Uber uwalnia miasta od korków? Wolne żarty – jest dokładnie na odwrót

Gorące tematy Moto Zagranica dołącz do dyskusji (240) 10.09.2018
Uber uwalnia miasta od korków? Wolne żarty – jest dokładnie na odwrót

Udostępnij

Jerzy Wilczek

„Internet rzeczy” jeszcze nie tak dawno temu miał być odpowiedzią na wszystkie problemy współczesnego świata. Weźmy Ubera – dzięki niemu z wielkich miast miały zniknąć korki. Wygląda jednak na to, że ruch w metropoliach rośnie dramatycznie – właśnie przez Ubera. Przeciw Uberowi są już nie tylko taksówkarze, ale nawet władze Nowego Jorku. Uber a korki.

Walka z Uberem – to najnowszy cel rady miejskiej Nowego Jorku. Niedawno władze metropolii ograniczyły na rok liczbę zezwoleń dla kierowców, które mogą dostać firmy „ridesharingowe”. Decyzja władz Nowego Jorku oznacza, że przez 12 miesięcy nowi kierowcy nie będą mogli dostawać nowych licencji na jeżdżenie z Uberem czy Lyftem. Wyjątek zrobiono jedynie dla tych kierowców Ubera, którzy mają auta specjalnie przystosowane do przewożenia wózków inwalidzkich. Skąd ten pomysł?

Otóż w ostatnich latach firmy „ridesharingowe” typu Uber czy Lyft uznawano za wybawienie dla wielkich miast. Jak wiadomo, gigantycznym problemem są tam korki. A korki biorą się z tego, że ludzie jeżdżą zbyt chętnie własnymi autami. Pojazdy zabierają dużo miejsca, a miasta tak naprawdę nie są to tego przygotowane. Więc tworzą się gigantyczne zatory. Eksperci widzieli światełko w tunelu w ostatnich latach właśnie przez Ubera. No bo skoro „ridesharing” jest taki prosty, to po co komu miałyby być niby prywatne auta? A skoro w erze Ubera auta są niepotrzebne, to przecież i korki powinny przejść do historii, prawda? Cóż, wychodzi na to, że jest zupełnie odwrotnie.

Uber a korki. Firma jest znowu pod ostrzałem

Kłopoty Ubera są już stałym tematem w Europie – tam zwalcza firmę taksówkowe lobby, ale amerykański startup nie jest też, delikatnie mówiąc, ulubieńcem europejskich lewicowych elit. Ale że Uber ma problemy w największym mieście USA – to już może trochę dziwić. Ale skąd ten wniosek, że Uber powoduje, a nie zmniejsza, korki w metropoliach?

By to wyjaśnić, Amerykański serwis Axios niedawno przypomniał lata 30. w Nowym Jorku. Wtedy to znany urbanista Robert Moses przeobrażał metropolię – budował coraz to nowe drogi, autostrady i mosty. Efektem miało być „odetkanie” coraz bardziej korkującego się miasta. Efekt był natomiast zupełnie odwrotny. Z każdą nowo oddaną droga miasto korkowało się coraz bardziej. Ciekawy paradoks, ale podobnie jest w miastach na całym świecie. Także w Warszawie – niby są coraz to nowe drogi, a korki jakoś się powiększają. Bo większe drogi sprawiają, że samochodów na nie wyjeżdża coraz więcej. A coraz więcej samochodów oznacza coraz więcej potrzeb jeśli chodzi o drogi… I tak koło się zamyka.

Co to ma wspólnego z Uberem? Otóż również szefowie firm „ridesharingowych” obiecali, że ich apki wybawią miasta od korków. A jak wygląda rzeczywistość? Amerykańskie badania pokazują, że klienci wybierają Ubera nie tyle zamiast swojego własnego auta. Okazuje się raczej, że Uber jest alternatywą dla komunikacji publicznej, poruszania się na rowerze czy nawet na pieszo. – Od 49 do 61 proc. podróży Uberem czy Lyftem w ogóle by się nie odbyło samochodem, gdyby nie takie aplikacje – głosi raport firmy UC Davis. Dodatkowo, szacuje się, że w USA liczba klientów korzystających z Ubera czy Lyfta rośnie o 40 proc. rocznie.

Z badań wynika też, że przez firmy typu Uber zwiększył się ruch właściwie we wszystkich dużych metropoliach w USA.

Uber a korki. Firma, którą lubią tylko klienci

Chyba żadna inna firma nie ma tylu wrogów, co Uber. Nienawidzą jej taksówkarze, to akurat dość oczywiste. Nie lubią europejscy politycy, bo firma coś się nie kwapi, by na Starym Kontynencie odprowadzać podatki. Nie lubi Ubera lewica, która widzi w niej wysysającą lokalne biznesy korporację. Nie lubią media, bo zarzucają jej fatalne traktowanie pracowników, zwłaszcza za czasów byłego szefa Travisa Kalanicka. Teraz do tego doszły jeszcze władze NYC…

Problem w tym, że Ubera wciąż lubią klienci. A rosnąca liczba przejazdów z użyciem apki jest chyba na to najlepszym dowodem. Walka z Uberem to więc trochę taka historia z Donaldem Trumpem, tylko w świecie biznesu. Jego też w polityce nikt nie lubi, z własną partią włącznie. Ale póki co, to on wygrywa, mimo kolejnych ostrzałów. A jak długo Uberowi uda się rozwijać mimo nienawiści całego establishmentu?