Early access nie wziął się znikąd i nie jest też wyłącznie złem wcielonym. To raczej zwykły mechanizm rynkowy. Problem zaczyna się wtedy, gdy emocje przysłaniają zdrowy rozsądek.
Crowdfunding i powiązany z nim wczesny dostęp to opłacalna strategia biznesowa
W pierwotnej formie wczesny dostęp był pomysłem niemal romantycznym. Gra trafiała do odbiorców niedokończona, surowa, pełna braków, ale z jasnym komunikatem: jesteście częścią procesu twórczego. Kupujący nie byli więc wyłącznie klientami, lecz także testerami, komentatorami i nieformalnymi współtwórcami. W teorii wszyscy wygrywali – artyści pieniądze na dalszą produkcję, a gracze wpływ na kierunek rozwoju marki. Wczesny dostęp powiązano więc z crowdfundingiem. W zamian za wsparcie otrzymywałeś przywileje.
Sukces tego modelu był tak duży, że bardzo szybko zainteresowały się nim grube ryby i tak early access przestał być etapem przejściowym, a zaczął funkcjonować jako osobna forma sprzedaży. Wraz z jego popularyzacją zmieniła się też definicja. Gracze coraz częściej trafiali nie do niemal gotowych wersji beta, ale do niestabilnych etapów produkcji, które potrafiły tkwić w zawieszeniu przez lata. Oczekiwania rosły szybciej niż zawartość gier, a early access obnażył trudności, pokazując je bez marketingowego filtra.
Hype to waluta premium droższa niż budżet reklamowy
Z czasem rynek poszedł o krok dalej i dziś wczesny dostęp oznacza także możliwość zagrania kilka dni wcześniej po zakupie droższej edycji gotowego produktu. Zawartość jest identyczna; różni się wyłącznie moment inauguracji – jest o kilka dni szybszy. To czysta gra na emocjach, poczuciu ekskluzywności.
Oczywiście łatwo obwiniać wydawców za cynizm i chciwość, ale to gracze, masowo i konsekwentnie, pokazali, że hype jest walutą. Rynek tylko z tego skorzystał. Jeśli ktoś oferuje ci przynajmniej szansę na „skrzynkę złota”, trudno się nie skusić. Chwila przewagi staje się towarem premium, a gracze bez przymusu ustawiają się w kolejce, by za niego zapłacić ekstra. Skoro niecierpliwość da się monetyzować, to czemu nie spróbować?
O zakupach we wczesnym dostępie mówi się jako o premierze dla bogaczy
O zakupie gry we wczesnym dostępie rozumianym w „nowoczesnej” formie lub dla odmiany dopiero przy standardowej premierze mówi się czasami odpowiednio jako o „premierze dla bogaczy” i „premierze dla biedaków”. Te określenia, choć nieprzyjemne, powstały nie bez powodu – pokazują, jak bardzo gracze potrafią nakręcić się na konkretny produkt i jak rynek to wykorzystuje.
Ile dodatkowo musimy wyjąć z portfela, płacąc za tzw. „premierę dla bogaczy”? Oto zaledwie kilka przykładów zaciągniętych z serwisu GRYOnline.pl i pokazujących, jakie różnice w cenie dzielą graczy cierpliwych od tych w gorącej wodzie kąpanych.
Weźmy na tapet grę Forza Motorsport. Jej standardowa cena wyniosła 349 zł przy minimalnej cenie wczesnego dostępu 499 zł i bonusach m.in. w postaci przepustki samochodowej czy pakietu samochodowego składającego się z 5 samochodów i pieniędzy na start kariery.
Suicide Squad: Kill the Justice League również wpisało się w kanon rynkowy i stąd cena standardowa 314 zł (PC) i minimalna cena wczesnego dostępu 449 zł (PC). Czy bonusy takie jak m.in. 4 próbki kolorów albo stroje Ligi Sprawiedliwości są warte tej różnicy?
Podobną strategię zastosowano w Skull & Bones. Cena standardowa w wysokości 249,99 zł (PC) mierzyła się z minimalną ceną wczesnego dostępu na poziomie 359,9 zł (PC). Na innych platformach mechanizm działał analogicznie.
Nowoczesny early access: hit czy kit?
Czy postępowo rozumiany early access to bezsprzecznie hit, czy jednoznacznie kit? Odpowiedź nie jest prosta. Z jednej strony to na pewno hit dla wydawców – rynek gier wideo należy do nich, mogą rozsmakować się w próbie zarobienia większych pieniędzy. Dla niektórych graczy to też hit – szczególnie dla tych niemogących się doczekać swoich ulubionych tytułów. Z drugiej, może to być kit: część społeczności gamingowej postrzega wczesny dostęp jako sprzedawanie praktycznie tego samego dwa razy i krytykuje graczy działających pod dyktando wielkich firm. Niemniej nikt nikomu niczego nie narzuca – decyzja zawsze należy do konsumenta.
Przede wszystkim wczesny dostęp to po prostu narzędzie, które działa dokładnie tak, jak pozwalają na to konsumenci. Dopóki chęć zagrania wcześniej będzie silniejsza niż cokolwiek innego, wydawcy będą ten moment wykorzystywać. I trudno im się dziwić.
Tak czy inaczej poza satysfakcją z bycia „pierwszym” trudno wskazać prawdziwą wartość tego podejścia. Wyjątkiem są np. streamerzy próbujący dodatkowo zarobić na kilku dniach przewagi. Dla reszty odbiorców to raczej nic więcej niż impuls.
Gorzej będzie, jak wczesny dostęp powszechnie rozleje się na inne dziedziny życia niż rozrywka
Wczesny dostęp znany z branży rozrywkowej to szablon będący niebezpieczną inspiracją dla innych branż. W takim scenariuszu naprawdę wkroczymy w epokę totalnej korporacyjnej niewoli.
Taki wczesny dostęp funkcjonuje dziś np. w służbie zdrowia. Zamiast czekać ponad rok na wizytę u lekarza w publicznym szpitalu, pacjent decyduje się na wizytę prywatną i płaci kilkaset złotych. A teraz dodajmy do tego edukację, gdy studenci premium na publicznych uczelniach mieliby pierwszeństwo u najlepszych wykładowców. Albo rynek pracy i możliwość aplikowania za opłatą kilka dni przed innymi kandydatami oraz zwiększenie tym samym szans na zatrudnienie. Bądź sklepy pobierające taksę za szybsze obsłużenie klienta. Niemożliwe? Niby dlaczego? Przecież od dawna – nie chcąc stać w kolejkach – pracujemy za darmo przy kasach samoobsługowych, więc kto wie do czego posuną się popularne sieciówki. W logistyce normą jest pobieranie dodatkowej opłaty za szybsze dostarczenie paczki, a wystarczyłoby zamówić coś tydzień wcześniej albo poczekać dwa czy trzy dni dłużej i zaoszczędzić.
Wszystkiemu winne jest FOMO, czyli strach przed przegapieniem czegoś. Strach przed tym, że inni będą gdzieś szybciej, będą mieli lepiej. Że zostaniemy w tyle. To właśnie FOMO pcha ludzi do płacenia coraz więcej za iluzję kontroli, przewagi i bycia „o krok przed innymi”. Musimy mieć produkt „na już”, nie chcemy czekać – i firmy doskonale o tym wiedzą. Chcą nam to ułatwić, a przy okazji dodatkowo zarobić.
Nie warto mieć pretensji do przedsiębiorstw. To naturalna reakcja rynku na naszą potrzebę natychmiastowości. Niestety chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak idąc tą drogą łatwo dajemy się wciągnąć w komercyjną karuzelę, z której trudno wyjść. Jeszcze łatwo zrozumieć, że za priorytetową wizytę u lekarza płaci się więcej. Trudniej natomiast pojąć, dlaczego ktoś płaci ekstra tylko po to, żeby spodnie, bluza czy naszyjnik dotarły do niego w poniedziałek zamiast w środę, skoro nie są one przeznaczone na żadną specjalną okazję.
W efekcie zamiast wolnego wyboru pojawia się emocjonalny szantaż, a zamiast równości system kastowy oparty na grubości portfela. Jeśli zaakceptujemy „wcześniejszy dostęp” jako uniwersalną zasadę funkcjonowania świata, nie tylko gry będą droższe. Droższe stanie się życie, a my coraz bardziej będziemy przypominać zniewolone trybiki napędzające koncerny, które perfekcyjnie nauczyły się wykorzystywać nasze lęki i pragnienia.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj