Sądy lubią wspominać, że kiedyś to się pisało krótko i na temat, ale wciąż preferują opasłe wnioski z dziesiątkami załączników

Codzienne Nieruchomości Państwo dołącz do dyskusji (61) 30.05.2019
Sądy lubią wspominać, że kiedyś to się pisało krótko i na temat, ale wciąż preferują opasłe wnioski z dziesiątkami załączników

Udostępnij

Tomasz Laba

Tyle się mówi o przeroście formy nad treścią. Sędziowie coraz częściej głośno narzekają na zupełnie bezsensowną grubość kierowanych do nich pism. Jednocześnie tęsknią za starymi czasami, kiedy to pozwy pisało się zwięźle i na temat. Jednak jak przychodzi co do czego, to pozytywnie rozpatrywane są właśnie te pisma, które mają grubość książki.

Wielkimi krokami podchodzę do ogromnego skoku jakościowego w moim życiu, jakim jest kupno mieszkania z rynku wtórnego. Wychodząc z założenia, że człowiek najlepiej uczy się na cudzych błędach, niczym gąbka chłonę opowieści znajomych, którzy ten proces mają już za sobą. Jedna z tych historii w dość zasmucający sposób obrazuje podejście do formalności.

Wniosek o wpis hipoteki w trybie przyspieszonym

Musicie wiedzieć, że jednym z dodatkowych zabezpieczeń banków przy udzielaniu kredytu hipotecznego jest ubezpieczenie pomostowe. To nic innego jak dodatkowa opłata uiszczana przez kredytobiorcę do chwili wpisania hipoteki do księgi wieczystej. Wysokość tego ubezpieczenia różni się w zależności od banku, ale w praktyce może oznaczać ratę wyższą nawet o kilkaset złotych. Sądy działające w mniejszych miejscowościach szybciej rozpatrują takie wnioski i wiele osób nawet nie zauważa podwyższenia jednej raty. Niestety nie można tego powiedzieć o wydziałach ksiąg wieczystych w największych miastach. Tu pół roku oczekiwania na wpis absolutnie nikogo nie dziwi, a podejrzewam, że w stolicy trwa to jeszcze dłużej. Tak długi czas potrafi kosztować w sumie równowartość całej jednej raty kredytu. To boli podwójnie, bo zwiększone koszty powstają tylko i wyłącznie przez to, że rozpoznanie wniosku o wpis zajmuje tyle czasu.

Mój dobry znajomy, kiedy tylko dowiedział się, że przez ponad pół roku będzie płacił wyższą ratę kredytu tylko dlatego, że obłożenie sądu jest tak wysokie, natychmiast zaczął szukać rozwiązania. Okazuje się, że sądy doskonale zdają sobie sprawę z tego niesprawiedliwego w gruncie rzeczy rozwiązania. W niektórych wydziałach funkcjonuje nawet coś, co potocznie nazywa się dyżurem hipotecznym. Polega to na przyspieszonym trybie rozpoznawania wniosków o wpis hipoteki do księgi wieczystej w takich najbardziej typowych sprawach. Nie oszukujmy się, kupno mieszkania z hipoteką to normalna praktyka rynkowa, a wpisy w księgach wieczystych są w zdecydowanej większości zwykłą formalnością. Zazwyczaj wystarczy złożyć wniosek do przewodniczącego wydziału o przyspieszenie rozpoznania sprawy.

Tak też zrobił. Po tygodniu miał telefonicznie dowiedzieć się o tym, czy wniosek został rozpatrzony pozytywnie. Sprawy w sądach rozpatrywane są według kolejności wpływu. Wniosek o przyspieszenie takiego wpisu w księdze wieczystej to nic innego jak prośba o podjęcie czynności w szczególnym trybie. Ten został przewidziany w regulaminie urzędowania sądów powszechnych.

§ 56 ust. 3. W szczególnie uzasadnionych przypadkach przewodniczący wydziału może zarządzić rozpoznanie sprawy lub spraw poszczególnych kategorii poza kolejnością określoną w ust. 1.

Krótko i na temat, ale nie w moim wydziale

Szczególnie uzasadniony przypadek to pojęcie bardzo otwarte. Niemniej jednak z pewnością większość zgodzi się z tym, że ponoszenie całkiem wysokich kosztów oczekiwania na wpis w księdze wieczystej, który jest jedynie formalnością, należy do takiego przypadku. Wniosek, jaki sporządził, określił jako „zwięźle, krótko i na temat”. Uzasadnienie opierało się na tym, że zwłoka w rozpatrywaniu wniosku naraża go na dodatkowe koszty, które musi ponosić nie z własnej winy. Tydzień później dowiedział się, że sąd nie wyraził zgody na przyspieszenie wpisania jego hipoteki. Wobec tego czas oczekiwania na wpis to co najmniej pół roku, a być może nawet więcej.

Nie mając nic do stracenia, postanowił raz jeszcze napisać taki wniosek. Z tą różnicą, że zamiast ograniczenia się do krótkiej, acz rozsądnej i prawdziwej argumentacji, stwierdził, że wprowadzi w życie wszystkie najgorsze praktyki, jakie przyjdą mu do głowy. W żadnym wypadku nie chodzi jednak o wulgaryzmy w pozwie. Napisał to samo, co w pierwszym wniosku, jednak skorzystał z metody, którą określił mianem „przytłoczenie faktami”. Odniosłem również wrażenie, że była to forma swojego rodzaju zemsty.

Przede wszystkim wyliczył co do złotówki koszty związane z zakupem mieszkania. Głównie wydatki na notariusza (taksa notarialna 2019 może zaboleć po kieszeni, zwłaszcza w połączeniu z podatkiem). Do tego załączył faktury z trwającego właśnie remontu, zaświadczenia od lekarza (starają się o dziecko, więc jego żona jest pod stałą opieką lekarza) i wszystkie inne rzeczy, które mu przyszły do głowy i mogły uzasadnić, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze mogą być spożytkowane na sto różnych sposobów. Każdy z nich byłby lepszy niż wyrzucanie ich w błoto.  W efekcie nie dość, że samo pismo było przeraźliwie długie, to lista załączników sprawiała, że miało objętość książki.

Jeszcze dziwniejsze było to, że tym razem sąd przychylił się do jego wniosku. Wpis uzyskał po tygodniu. To oczywiście dobra wiadomość, która niestety prowadzi do smutnych wniosków. Wychodzi bowiem na to, że sąd lubi, jak zawala się go zupełnie niepotrzebną robotą. Jednocześnie z każdej strony słychać ubolewanie nad tym, że coraz mniej pism kierowanych do sądów pisanych jest z sensem. Zamiast jakości króluje bowiem ilość, co przekłada się na objętość samych pozwów, a ostatecznie na grubość akt. Gdy jednak przychodzi co do czego, to większą szansę na rozpatrzenie ma wniosek z setką załączników i tysiącem stron. Dowód oczywiście mocno anegdotyczny, ale nie da się ukryć, że tendencja do pisania książek zamiast pozwów z jakiegoś powodu powstała.