1. Bezprawnik -
  2. Moto -
  3. „Zasłabłem” zamiast „patrzyłem w telefon”. Prokuratorzy coraz częściej przekreślają tę wymówkę

„Zasłabłem” zamiast „patrzyłem w telefon”. Prokuratorzy coraz częściej przekreślają tę wymówkę

Śmierć Łukasza Litewki wstrząsnęła krajem — 36-letni poseł Nowej Lewicy zginął w czwartek po południu na ul. Kazimierzowskiej, trasie łączącej Dąbrowę Górniczą z Sosnowcem. Jechał rowerem, gdy na jego pas wtargnął samochód osobowy.

Jerzy Wilczek23.04.2026 18:27
Moto

Według wstępnych informacji kierowca miał zjechać na przeciwległy pas po tym, jak zasłabł za kierownicą — ale to dopiero wersja medialna, która będzie przedmiotem weryfikacji prokuratorskiej. Co się naprawdę wydarzyło, ustalą biegli, i nie naszą rolą jest tę pracę wyręczać. Warto jednak skorzystać z okazji, by przyjrzeć się szerszemu zjawisku: „zasłabnięcie za kierownicą” bywa w polskich postępowaniach powtarzającą się linią obrony — czasem uzasadnioną, czasem obalaną przez biegłych medycyny sądowej.

Dlaczego akurat „zasłabnięcie”? Bo brzmi jak siła wyższa

Każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z postępowaniem karnym po wypadku drogowym, wie, że linia obrony zaczyna się formować już w pierwszych minutach po zdarzeniu. I zanim jeszcze na miejsce dojadą służby, kierowca — jeśli jest przytomny — musi zdecydować, co powie funkcjonariuszom. Przyznanie się do nieuwagi, zerknięcia w telefon albo SMS-a, którego akurat pisał, natychmiast ustawia go w roli sprawcy spowodowania wypadku drogowego. Twierdzenie, że „nagle zrobiło mu się słabo”, otwiera zupełnie inną furtkę procesową.

Bo zasłabnięcie, jeśli zostanie potwierdzone medycznie, może oznaczać brak winy. A brak winy to brak przestępstwa. Kierowca, który nagle i w sposób niemożliwy do przewidzenia traci przytomność w wyniku zdarzenia kardiologicznego, hipoglikemii czy udaru, nie może być za to zdarzenie pociągnięty do odpowiedzialności karnej — nie dlatego, że sąd „darowuje” sprawcy z litości, tylko dlatego, że w ogóle nie ma komu postawić zarzutu. Nagły, nieprzewidywalny stan zdrowotny wyłącza możliwość zawinienia, a bez winy nie ma sprawstwa w sensie prawnym. Postępowanie w takiej sytuacji zostaje umorzone, i to często jeszcze na etapie prokuratorskim, bez dochodzenia do sądu.

Jest jednak drugie dno, o którym rzadko mówi się w debacie publicznej. Brak winy karnej nie oznacza bezkarności finansowej. Rodzina potrąconego rowerzysty czy pieszego i tak dostanie odszkodowanie z polisy OC sprawcy — polskie prawo cywilne zakłada bowiem, że posiadacz pojazdu mechanicznego odpowiada za szkody niezależnie od tego, czy zawinił, czy nie. Liczy się sam fakt, że prowadził pojazd, który kogoś uderzył. To tak zwana odpowiedzialność na zasadzie ryzyka — i właśnie dlatego obowiązkowe OC istnieje w takiej, a nie innej formie. Ubezpieczyciel wypłaci, nawet jeśli kierowca stracił przytomność, a potem zmarł na miejscu w wyniku zawału. Dopiero udowodnienie, że rowerzysta sam wymusił pierwszeństwo albo wtargnął pod nadjeżdżający samochód, może ten mechanizm wyłączyć.

Biegli jednak nie dają się tak łatwo zwieść

W postępowaniach po wypadkach drogowych powraca scenariusz, w którym kierowca twierdzi, że zasłabł, a badania szpitalne niczego nie potwierdzają. EKG w normie, ciśnienie w normie, żadnych śladów niedokrwienia czy arytmii. Biegły z zakresu medycyny sądowej w opinii dla prokuratury stwierdza wówczas, że brak jest obiektywnych przesłanek medycznych potwierdzających utratę przytomności.

Co konkretnie weryfikują biegli? Jeśli linia obrony zakłada, że kierowca miał zawał, sprawdzany jest m.in. poziom troponiny — markera pojawiającego się przy uszkodzeniu mięśnia sercowego, który utrzymuje się we krwi przez wiele dni. Jeśli wersja mówi o hipoglikemii u cukrzyka, analizowane są parametry glukozy i ketonów. Przy rzekomym udarze sprawdza się tomografię i rezonans głowy pod kątem ognisk niedokrwienia. Brak takich śladów — przy stabilnych parametrach — może znacząco osłabiać wersję obronną. A jeśli ją osłabia, prokurator zadaje zupełnie inne pytanie: skoro kierowca nie zasłabł, to co robił w momencie zjechania na przeciwny pas?

Telefon w ręku — częsty scenariusz „niewyjaśnionych” zjazdów na przeciwny pas

Policyjne raporty o stanie bezpieczeństwa na polskich drogach od lat wskazują rozproszenie uwagi kierowcy jako jedną z głównych przyczyn wypadków — a telefon komórkowy należy do najpoważniejszych i najczęściej wskazywanych źródeł tego rozproszenia. I nie chodzi wyłącznie o rozmowę. To pisanie wiadomości, scrollowanie TikToka na czerwonym świetle, sprawdzanie mapy, wybieranie piosenki w Spotify. Każde zerknięcie w ekran to kilka sekund jazdy na ślepo.

Prawo o ruchu drogowym jest w tej kwestii bezwzględne — kierującemu zabrania się korzystania z telefonu, które wymaga trzymania słuchawki lub mikrofonu w ręku. Mandat to 500 złotych i aż 12 punktów karnych — dwa razy takie przewinienie i prawo jazdy ląduje w starostwie. Dlatego niedawno ruszyła specjalna akcja policyjna łapki na kierownicę, w ramach której drogówka wykorzystuje nie tylko tradycyjne kontrole, ale także nieoznakowane radiowozy i drony, żeby przyłapywać kierowców wpatrzonych w ekran.

Uchwyt to nie immunitet

Częstym nieporozumieniem jest przekonanie, że telefon umieszczony w uchwycie sprawia, że kierowca jest nietykalny dla przepisów. To półprawda. Samo spojrzenie na ekran nawigacji zamocowanej w uchwycie nie jest tym samym co trzymanie telefonu przy uchu — i co do zasady nie stanowi wykroczenia. Ale w momencie, gdy kierowca zaczyna telefon obsługiwać ręką — przeciągać mapę palcem, wpisywać adres, przewijać listę odtwarzania — wraca do sytuacji, którą przepisy traktują jak trzymanie urządzenia w dłoni. Kwestię, gdzie dokładnie przebiega granica i czy w praktyce sam telefon w uchwycie a mandat się wykluczają, opisaliśmy szerzej. Konkluzja jest taka: jeśli kierowca, mając telefon w uchwycie, doprowadzi do kolizji albo wypadku przez obsługę urządzenia, korzystanie z niego będzie potraktowane jako okoliczność obciążająca.

A teraz wyobraźmy sobie sytuację, w której kierowca rzeczywiście pisze SMS-a, odrywa wzrok od drogi na 3–4 sekundy, zjeżdża na przeciwny pas i kogoś potrąca. Zanim na miejsce dotrą służby, ma chwilę, by ułożyć sobie w głowie wersję wydarzeń. Przyznanie się do telefonu to mandat plus wysokie prawdopodobieństwo postępowania karnego. „Zasłabnięcie” — przynajmniej na tym wczesnym etapie — wygląda jak znacznie korzystniejszy scenariusz. To nie jest reguła, to nie dotyczy wszystkich, ale jest to wzorzec, który prokuratorzy rozpoznają i biorą pod uwagę.

Co grozi za „nieszczęśliwy wypadek”, którego nie było?

Jeśli biegły obali wersję o zasłabnięciu, kierowca odpowiada za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym — grozi za to od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. W praktyce polskie sądy w takich sprawach bywają znacznie łagodniejsze, niż oczekuje opinia publiczna. Głośna była swego czasu sprawa, w której za śmiertelne potrącenie pieszej na przejściu sąd orzekł wyrok w zawieszeniu, argumentując, że nic już nie zwróci życia ofierze — była to moim zdaniem zbyt łagodna kara, ale takich wyroków zapada w Polsce więcej, niż się wydaje.

Kiedy wypadek staje się zabójstwem — rzadki wyjątek, nie reguła

Zastrzeżenie na początek: w polskim prawie karnym klasyczną ścieżką dla sprawcy wypadku drogowego pozostaje spowodowanie wypadku, nawet ze skutkiem śmiertelnym. Kwalifikacja jako zabójstwo zdarza się wyjątkowo i jest zarezerwowana dla drastycznych stanów faktycznych. W orzecznictwie pojawia się jednak konstrukcja tzw. zamiaru ewentualnego — stanu, w którym sprawca wprawdzie nie chce kogoś zabić, ale przewiduje taką możliwość i się na nią godzi. Przy trzykrotnym przekroczeniu prędkości, prowadzeniu zmodyfikowanego, niedopuszczonego do ruchu pojazdu albo wjechaniu z impetem na czerwonym świetle prokuratura próbuje czasem udowodnić taki zamiar. W debacie publicznej bywa to opisywane jako próba zakwalifikowania drogowej tragedii jako zabójstwa — a o tym, czy wypadek drogowy zabójstwo rzeczywiście mogą się w polskim prawie spotkać, pisaliśmy już wcześniej. Różnica w widełkach kary jest fundamentalna: zamiast 8 lat mamy od 8 do 25 lat więzienia albo dożywocie. Procesowo to jednak droga znacznie trudniejsza, obłożona mocnym wymogiem dowodowym, i w większości spraw kończy się przekwalifikowaniem z powrotem na klasyczny wypadek.

Sprawa z ulicy Sokratesa — gdy sąd powiedział „jeszcze nie zabójstwo”

Najgłośniejszym przykładem tej batalii jest warszawska sprawa Krystiana O. W październiku 2019 roku 33-letni mężczyzna pędził swoim pomarańczowym BMW ulicą Sokratesa na warszawskich Bielanach z prędkością około 126,5 km/h — przy dopuszczalnych 50 km/h. Auto miało zdemontowany czujnik ABS, zmodyfikowany układ kierowniczy i zawieszenie. Na przejściu dla pieszych kierowca wjechał w trzyosobową rodzinę. Ojciec, Adam G., w ostatniej chwili odepchnął żonę i trzyletnie dziecko w wózku. Sam nie zdążył uciec.

Prokuratura początkowo postawiła zarzut spowodowania wypadku, ale po opiniach biegłych zmieniła go na zabójstwo z zamiarem ewentualnym. Argumentowała, że jadąc z taką prędkością takim samochodem, Krystian O. musiał przewidywać możliwość zabicia człowieka i godził się na nią. Sąd pierwszej instancji, a później apelacyjny, tego zarzutu nie uznał — stwierdzono, że oskarżony „manifestował” hamowaniem i skrętem kierownicy, że nie chciał śmierci pieszego, więc działał ze skrajnej lekkomyślności, a nie z zamiarem ewentualnym. Ostatecznie w 2025 roku Sąd Najwyższy oddalił kasację prokuratury — Krystian O. został prawomocnie skazany na 7 lat i 6 miesięcy więzienia za spowodowanie wypadku, nie za zabójstwo. Granica między zamiarem ewentualnym a nieumyślnością okazała się, jak ujęła to sędzia sprawozdawca, „niezwykle wąska”.

I właśnie dlatego linia obrony w postaci „zasłabnięcia” jest dla kierowców, którzy rzeczywiście zawinili, tak atrakcyjna. Nie tylko może doprowadzić do umorzenia postępowania — odcina też teoretyczną możliwość eskalacji zarzutu.

Zostań na miejscu, nawet jeśli wydaje się, że zaraz zemdlejesz

Pozostaje jeszcze jedna kwestia — co robić po wypadku, niezależnie od tego, czy kierowca rzeczywiście się źle czuje, czy tylko tak twierdzi. Prawo o ruchu drogowym jest tu jednoznaczne: obowiązek udzielenia pomocy ofierze wypadku spoczywa na każdym uczestniku zdarzenia, nie tylko na sprawcy. Trzeba wezwać pogotowie i policję, zabezpieczyć miejsce, pozostać na nim do przyjazdu służb. Oddalenie się z miejsca zdarzenia nie zawsze samo w sobie jest przestępstwem — prawnicy specjalizujący się w sprawach drogowych od lat zwracają uwagę, że to, czy dane zachowanie zostanie zakwalifikowane jako „ucieczka”, zależy od okoliczności. Ale w praktyce opuszczenie miejsca potrącenia przez sprawcę, który następnie tłumaczy się złym samopoczuciem, jest dla prokuratury sygnałem ostrzegawczym. Może wpłynąć na surowszą ocenę zachowania, a w skrajnych wypadkach prowadzi do dodatkowych zarzutów — np. nieudzielenia pomocy.

Bo w polskim prawie istnieje jeszcze jedno zjawisko, które pojawia się w niektórych sprawach: kierowca, który naprawdę się boi odpowiedzialności, oddala się z miejsca wypadku, „dochodzi do siebie” w domu lub w szpitalu, a potem zgłasza się na policję już po kilku godzinach. Wtedy poziom alkoholu we krwi zdążył spaść, ewentualne ślady narkotyków się zmetabolizowały, a on sam twierdzi, że „stracił przytomność i pojechał szukać pomocy”. Taka taktyka zdarza się coraz rzadziej, bo nawet kilkugodzinne opóźnienie potrafią dziś zweryfikować monitoring miejski, logi telefonu i nagrania z kamer innych pojazdów.

Ufać, ale sprawdzać

Żeby była jasność — są wypadki, w których kierowca rzeczywiście zasłabł. Są kierowcy z niezdiagnozowanymi problemami kardiologicznymi, są epizody hipoglikemii, są udary. To nie jest tak, że każdy, kto powołuje się na nagłą niedyspozycję, kłamie. Problem polega na tym, że jako społeczeństwo nauczyliśmy się rozpoznawać pewien wzorzec: „zasłabnięcie” bardzo często okazuje się wygodną etykietą dla wstydliwej prawdy.

Dlatego w każdej takiej sprawie — również w sprawie wypadku z czwartku pod Sosnowcem — należy poczekać na wynik sekcji zwłok, badań toksykologicznych, opinii biegłych i ostatecznych ustaleń prokuratury. Dopiero one powiedzą, co tam się naprawdę wydarzyło. A my, jako uczestnicy ruchu — pasażerowie, kierowcy, rowerzyści, piesi — możemy w tym czasie zrobić tylko jedno: zachować czujność. Edukować się, edukować innych, zwracać uwagę bliskim, którzy za kierownicą sięgają po telefon. To nie zmieni losu ofiar wypadków, które już się wydarzyły. Ale może zmniejszyć liczbę tych, które jeszcze się wydarzą.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi