Przez najbliższe 10 lat czekają nas ciągłe podwyżki cen prądu, a największe w gospodarstwach domowych. Bo nie chcemy być „eko”

Zakupy dołącz do dyskusji (70) 31.07.2018
Przez najbliższe 10 lat czekają nas ciągłe podwyżki cen prądu, a największe w gospodarstwach domowych. Bo nie chcemy być „eko”

Udostępnij

Jerzy Wilczek

Przyzwyczajamy się – ceny prądu będą rosnąć i rosnąć. Zagrożą nie tylko domowym budżetom, ale też przedsiębiorcom. Zresztą prąd już teraz energia bynajmniej tania u nas nie jest – płacimy za nią więcej niż Niemcy, Austriacy czy Luksemburczycy.

Ceny prądu będą rosnąć i rosnąć. Do 2030 roku za megawatogodzinę przedsiębiorcy zapłacą ok. 381 zł. W porównaniu do 2015 r. to niemal o 20 proc. więcej – i to nawet nie uwzględniając inflacji! Na jeszcze większe podwyżki powinny się nastawić gospodarstwa domowe. Te mają doskoczyć do 2030 316 zł za MWh, czyli o ponad 22 proc. Ceny prądu będą większe i dla przemysłu, ale „tylko” o 9 proc. A żeby było ciekawiej, do tego będą dochodzić jeszcze rosnące stawki za dostarczanie prądu do gniazdek – dla gospodarstw mają one wzrosnąć o ponad 30 proc. Takie estymacje przedstawia przynajmniej Instytut Energetyki Odnawialnej.

Ceny prądu. Czemu tak drogo? Bo nie chcemy być eko

Już teraz nie jest wesoło. Jeśli chodzi o ceny hurtowe, to za megawatogodzinę płacimy w Polsce 37,6 euro. Dużo mniej niż Grecy, który płacą za nią najwięcej w Unii, bo 54,7 euro. Jednak mniej od nas płacą na przykład Czesi, Łotysze czy Estończycy. Mało tego, na energię wydają znacznie mniej najbogatsze kraje Wspólnoty, a więc Luksemburg, Niemcy i Austria. Skąd to się bierze?

Nie jest tajemnicą, że Unia chce wymusić na swoich członkach bardziej proekologiczne nastawienie do energii. Dlatego ceny za uprawnienia do emisji CO2 ciągle rosną. A polski rząd nie należy ani do przesadnych entuzjastów jeśli chodzi o odnawialne źródła energii, ani jeśli chodzi o atom. Ciągle uznaje natomiast węgiel za „czarne złoto”, a my musimy za to płacić.

Prąd coraz droższy. Firmy mają się czego bać?

Czy ceny prądu się więc kiedykolwiek zatrzymają? Pewnie tak, ale Instytut Energetyki Odnawialnej prognozuje, że może się stać to dopiero pomiędzy 2030 a 2035 rokiem. Głównie dlatego, że wtedy mają spaść ceny uprawnień do emisji CO2.

A co do tego czasu? Czy rosnące jak na drożdżach ceny prądu to zagrożenie tylko dla stabilności polskich gospodarstw domowych, czy może problem dla całej gospodarki?

Prof. Stanisław Gomułka w rozmowie z „Rzeczpospolitą” obawia się, że ceny prądu będą przede wszystkim zagrożeniem dla wielkich zakładów produkcyjnych.

– Chodzi o grupę kilkudziesięciu znaczących odbiorców energii, u których rosnące koszty jej zakupu zmniejszą zyski, a wraz z nimi także możliwości inwestowania – precyzuje w rozmowie z „Rz” profesor.

A co z mniejszymi firmami? Gomułka tu nie dramatyzuje. Mówi, że większe zagrożenie to dla nich rosnące koszty pracy. Jednak staliśmy się eksportową potęgą w ramach UE głównie dlatego, że koszty produkcji były u nas bardzo niskie w porównaniu do zachodniej części Wspólnoty. Skoro rosną i koszty pracy, i ceny energii, to wszyscy niebawem możemy mieć problem. A nawet jeśli te prognozy dla całej gospodarki się nie sprawdzą, to na pewno rachunki za energię będą nas nieźle denerwować przez najbliższą dekadę.