O tym, że prawo i weganizm idą w parze, wie każdy, kto miał sposobność poznać studenta prawa. Podczas gdy ci jedynie wkurzają pozostałych uczestników imprezy, pewien więzień postanowił wykorzystać swoją dietę do tego, aby nieco zarobić. W więzieniu jednak nie ma zbyt wielu opcji na zarobienie pieniędzy. Trzeba wiedzieć, kogo pozwać. 

Więźniowie mogliby zadziwić niejednego studenta prawa swoją wiedzą w tej dziedzinie, a już na pewno doświadczeniem. Nie ma co się dziwić, w końcu czasu na wertowanie kodeksów w zakładowych bibliotekach mają aż nadto. Pozywanie więzień za zbyt małe cele lub za przeludnienie najwidoczniej stało się nudne. No bo przecież ile można korzystać z gotowców kolegów spod celi albo opierać się na dość bogatym orzecznictwie w tym zakresie? O szacunek trzeba się postarać, przekraczając kolejne granice. Właśnie dlatego pewien osadzony pozwał Skarb Państwa za brak diety wegańskiej w więzieniu.

Dieta w więzieniu to nie przelewki

Wiecie, skoro już więźniowie w ten sposób zatroszczyli się o swoje miejsce pobytu to czas najwyższy na odpowiednią dietę. W takim miejscu ciężko o wegański smalec czy łososia z marchewek. Dodajmy do tego stereotypowy obraz weganina, co w połączeniu ze specyficzną społecznością zgromadzoną w tym miejscu stanowi mieszankę wybuchową. Weganin, jak to weganin, pewnie pochwalił się tym faktem zaraz po wkroczeniu do celu. No to go wyśmiali. Poczuł się szykanowany na tyle, że swoje straty wycenił na 100 tysięcy złotych. O taką właśnie kwotę pozwał Skarb Państwa.

W pierwszej instancji oczywiście przegrał z kretesem. Sąd co prawda przyznał mu rację, że możliwość wyboru produktów, jakie spożywamy, jest dobrem, jednak nie jest to dobro osobiste, a więc nie podlega ochronie prawnej. Oczywiście – nikt nie ma prawa narzucać nikomu żadnej diety, a każdy dokonuje jej wyboru z najróżniejszych powodów. Nasz bohater swojego wyboru dokonał samodzielnie, nie będąc do tego przez nikogo zmuszany. Tu sąd powiedział ale. Kara to ma być kara, a nieograniczona swoboda wyboru jedzenia, jaką mamy na wolności, nie musi rozciągać się na pobyt w zakładzie karnym. To logiczne, że takie miejsce rodzi pewne ograniczenia.

Więzień oczywiście się odwołał

Mógł mieć ku temu trzy powody, które w tym przypadku najprawdopodobniej wystąpiły łącznie. Po pierwsze – i tak w więzieniu się nudzi. Po drugie, chociaż tutaj zgaduję, najprawdopodobniej był zwolniony z kosztów sądowych, a więc nic go to nie kosztowało. Po trzecie – z wyrokiem oczywiście się nie zgadzał. O dziwo, Sąd Apelacyjny podzielił stanowisko sądu pierwszej instancji. Zwrócił jednak uwagę na jeden fakt, który zdaje się, umknął sędziom. Chodziło o to, że więzień swoją dietę wybrał z powodów wyznaniowo-poglądowych. To już nie są przelewki, bo to dobra chronione na poziomie konstytucji.

Art. 53 ust. 7 Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Władze więzienia, jak również sąd, nie mają w związku z tym prawa kwestionowania wyboru więźnia. Powinny po prostu przyjąć jego oświadczenie dotyczące diety wegańskiej, kończąc temat w momencie, gdy ten powołuje się na kwestie wyznaniowe.

Śmieszne lub nie, ale sąd przyznał więźniowi 10 tysięcy złotych zadośćuczynienia.

Pastafarianie – wiecie co z tym robić.