1. Home -
  2. Społeczeństwo -
  3. Tak, wydawcy gier są pazerni. Ale 300-400 zł za premierowy tytuł to nie fanaberia

Tak, wydawcy gier są pazerni. Ale 300-400 zł za premierowy tytuł to nie fanaberia

Cena 300–400 zł za premierowy tytuł potrafi zatrzymać kursor myszy w pół drogi do przycisku „kup”. Na pierwszy rzut oka taki wydatek wygląda jak luksusowa fanaberia, ale czy słusznie? Niekoniecznie. Niezadowolenie z cen bierze się stąd, że patrzymy na gry komputerowe tu i teraz, a nie w perspektywie. Gdybyśmy przyjęli inną optykę niż zazwyczaj, zobaczylibyśmy, że na gry wcale nie wydajemy fortuny.

Gdy za wieczór w restauracji płacimy więcej niż za pół nowej hitowej produkcji gamingowej, wirtualne przygody zaczynają wyglądać bardziej jak długoterminowa inwestycja w wolne chwile niż kosztowna zachcianka.

Wysokie ceny gier wyglądają groźnie tylko na pierwszy rzut oka

Kiedyś cena maksymalnie 60 dolarów za większą grę na premierę była świętością, dziś coraz częściej słyszy się o 70–80 dolarach, a w Polsce o cenach przekraczających 300 zł. Kwota na etykiecie odstrasza, ale mówimy o rynku, na którym ambitna pojedyncza produkcja kosztuje setki milionów i powstaje przy udziale setek albo i więcej specjalistów. 

Płacimy za pudełko, plik, za ogrom pracy studia oraz za czas, który spędzimy w wirtualnym świecie. A ten ostatni – w przypadku największych produkcji – liczymy w tygodniach w przypadku niedzielnych pecetowców czy konsolowców.

Konkurencja jest większa niż kiedykolwiek – obok blockbusterów funkcjonują tysiące mniejszych tytułów i projekty free-to-play. Przeciętność nie ma prawa dłuższego bytu.

Godzina grania kosztuje mniej niż pączek w cukierni

Wydanie 300–400 zł na grę komputerową typu AAA uderza po portfelu. Trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli kupujemy dwie takie gry w miesiącu, przy braku spektakularnych dochodów naprawdę można poczuć solidne uszczuplenie budżetu. Aczkolwiek patrzenie na to z perspektywy psychologii nastawia człowieka na klasyczny błąd poznawczy – skupienie się na kosztach jednostkowych w połączeniu z brakiem uwzględniania kosztu w czasie.

Kiedy widzimy, że jedna gra kosztuje kilkaset złotych, automatycznie oceniamy tę kwotę jako bardzo wysoką, ignorując fakt, że gra daje nam rozrywkę przez dziesiątki albo i setki godzin. Nasz mózg myśli „tu i teraz”: ile wydam w momencie zakupu, zamiast dzielić koszt. Gdyby od razu zastosował tę drugą opcję, wydanie jednorazowo kilkuset złotych łatwiej dałoby się przełknąć.

Załóżmy, że gra za 400 zł zapewnia 150 godzin dobrej zabawy. Wynik dzielenia daje nam koszt około 2,67 zł za godzinę. Jeśli ktoś spędzi w grze „tylko” 100 godzin, koszt rozgrywki wzrośnie do 4 zł za 60 minut. Dalej niewiele.

Dla kontrastu podajmy papierosy. Paczka papierosów za 20 zł wypalana co dwa dni oznacza 10 zł dziennie płacone za trucie organizmu, czyli 300 zł miesięcznie i 3600 zł rocznie. W skali roku to równowartość przynajmniej 9 dużych premierowych hitów albo kilkudziesięciu gier kupionych na promocjach. Z tą różnicą, że jedna duża produkcja zajmie nas na kilka tygodni i możemy do niej wracać wielokrotnie, a papierosy pójdą z dymem. Jeśli jesteś palaczem, a jednocześnie zapalonym graczem, weź sobie to do serca.

Oczywiście przykłady można mnożyć. To samo tyczy się alkoholu – kilka piw w weekend, okazjonalne drinki na mieście czy butelka wina do kolacji w skali miesiąca generują kwoty liczone w setkach złotych, a w skali roku w kilku tysiącach. Do tego dochodzą rzeczy, nad którymi zupełnie się nie zastanawiamy, bo wydają się małymi wydatkami: kawa na mieście, jedzenie na dowóz, energetyki, przekąski na stacji paliw, subskrypcje, z których prawie nie korzystamy, ubrania kupowane dla poprawy humoru czy taksówki brane na krótkich dystansach. Osobno faktycznie te rzeczy kosztują niewiele, ale po ich zliczeniu można by za nie sfinansować solidny sprzęt, dziesiątki świetnych gier albo inne hobby.

Polak w oczach wydawców przestał być graczem „na dorobku”

Najłatwiej jest powiedzieć, że na gry szkoda pieniędzy i że kosztują za dużo, a jednocześnie bez zastanowienia przepuszczać niemałe sumy na rzeczy znikające w jeden wieczór.

Istotnie, nie ma co specjalnie bronić deweloperów i wydawców, bo również mają wiele na sumieniu – niechętnie wydają gry w pudełkach, przez co ograniczają możliwość ich odsprzedaży, próbują zastąpić artystów sztuczną inteligencją, zaniedbują polskie wersje językowe albo nie spełniają marketingowych zapowiedzi i nabijają graczy w butelkę. Jednak regularne narzekanie na ceny gier nie jest do końca uzasadnione, jeśli szerzej spojrzymy na wydatki.

Wejście Polski do Unii Europejskiej fundamentalnie zmieniło sposób, w jaki nasz kraj był postrzegany na arenie międzynarodowej – z „szarego” państwa doszliśmy do dynamicznie rozwijającej się gospodarki, konsekwentnie zmierzającej na zachód (od 1995 do 2022 roku wzrost siły nabywczej pensji Polaków wyniósł prawie 100 proc.). Wraz z tym zagraniczni wydawcy zaczęli postrzegać Polskę jako dojrzały i perspektywiczny rynek, na którym można stosować zachodnie standardy.

Kupowanie GTA VI na premierę nie jest twoim obowiązkiem

Komfort współczesnego gracza polega na tym, że nie musi on kupować wszystkiego od razu – i tak jest w co grać i trudno to przerobić. Niekiedy lepiej dać sobie czas i poczekać aż opadnie marketingowy kurz. Pamiętajmy, że na naszej potrzebie zagrania w coś natychmiast korzysta przede wszystkim wydawca – zresztą w ten sposób branża gier podzieliła ludzi na lepszych i gorszych.

Dopóki wystarczająco dużo osób wiedzionych FOMO kupuje tytuły AAA na premierę, nikt nie ma powodu, by ceny obniżać. Bez mocnego spadku popytu nic się nie zmieni i musimy się z tym pogodzić. Wydawcy chcą zarobić jak najwięcej i jest to normalne – przecież to gigantyczny biznes obarczony ogromnym ryzykiem, tyle że jako odbiorcy tego ryzyka nie dostrzegamy i nie doliczamy do ceny.

Rozsądne podejście polega więc nie na narzekaniu na ceny i kupowaniu mimo wszystko, tylko na przeglądaniu ofert w porównywarkach bez impulsywnego klikania „kup”. Jeśli na jakimś tytule aż tak bardzo nam nie zależy, warto się wstrzymać. Z upływem czasu – ale trzeba wykazać się cierpliwością! – ceny mocno spadają.

Są rzecz jasna również takie tytuły, przy których wszelkie porady o poczekaniu na rabaty zwyczajnie przestają działać. Bez wątpienia do tej kategorii należy GTA VI. Można więc powtarzać, że warto się wstrzymać, że lepiej poczekać na ewentualne łatki itp., ale branża rządzi się swoimi prawami. Bywają premiery, przy których zdrowy rozsądek schodzi na dalszy plan – i będąc fanem serii, trudno z tym walczyć.

Tak czy inaczej, pamiętajmy, że to gracz rozdaje karty: osaczony przez korporacje może wchodzić w każdy premierowy szał albo poczekać z myślą o swoim portfelu. Nikt nie przystawia nam pistoletu do skroni.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi