Influencerzy gorsi niż politycy
Wszystko dzieje się w internecie, w mediach społecznościowych. Nawet jeśli mamy wykupione pakiety premium na znanych portalach i serwisach, aby zabezpieczyć się przed reklamami, to zawsze pojawią się oni – influencerzy. Jedna współpraca, druga współpraca, jakaś relacja na Instagramie z linkiem do zakupu polecanego produktu. Tak dziś wygląda marketing. I nie ma co się na to obrażać. Co więcej chciałbym w pewien sposób wziąć to w obronę.
SW Research przedstawiło dwa lata temu ranking najbardziej szanowanych zawodów w Polsce. Nie będzie zaskoczeniem, że na samym szczycie znalazł się strażak, ratownik medyczny, pielęgniarka i lekarz. Tak było chyba zawsze, i nic nie wskazuje na to, aby się to zmieniło. Na samym końcu? Youtuber i influencer. Nawet polityk znalazł się nad nimi.
Czy bycie influencerem jest trudne? To zależy, jak na to spojrzymy. Jeśli chodzi o nakład pracy i formę jej wykonywania, chyba wielu by pozazdrościło. Nie będzie przesadzeniem jeśli napiszę, że w wielu przypadkach praca sprowadza się do nagrania kilku rolek, wstawienia posta i okazjonalnie odpalenia transmisji na żywo dla fanów. Ale jest też druga strona medalu. W końcu nie wszyscy nadają się do funkcjonowania jako osoba publiczna. Trzeba mieć predyspozycje, trzeba umieć się poruszać w tym świecie. Z pewnością istnieją ludzie, dla których bycie 24/7 na świeczniku byłoby bardziej męczące niż zwykła praca na etacie.
Sprawdź polecane oferty
RRSO 21,36%
I tak możemy odbijać piłeczkę w nieskończoność. Jedna i druga strona ma w pewnych kwestiach rację. A co z wpływem influencerów na społeczeństwo? O tym można napisać nie tylko osobny artykuł, ale nawet książkę.
Influencerzy beneficjentami automatyzacji?
A co jeśli powiem wam, że pracę influencera można jeszcze bardziej uprościć? Wręcz zredukować niemal do zera? Nie będzie już nagrywania rolek, sesji zdjęciowych pod nowego posta, transmisji na żywo. Influencer zostanie zastąpiony w każdym z tych przypadków swoim awatarem AI. To nie jest coś, co proponuję, aby zrobić. To już się dzieje.
Jeden z najpopularniejszych chińskich streamerów, Luo Yonghao, „przeprowadził” livestreama dla platformy Baidu Inc. Przez ponad 6 godzin do publiczności gadał wygenerowany przez AI awatar. 13 milionów wyświetleń, wygenerowana sprzedaż na kwotę 7,6 miliona dolarów.
Awatar był napędzany modelem ERNIE, również od Baidu. Z przykrością przyznam, ale niestety nie znam języka chińskiego, więc muszę dać wiarę w to, co pisali w komentarzach internauci. Wszystko nie tylko wyglądało, ale i brzmiało bardzo wiarygodnie.
A może wręcz przeciwnie – staną się ofiarami?
Z drugiej jednak strony, co by szkodziło, aby największe firmy zaczęły wymyślać oryginalnych, nietuzinkowych „twórców”, którzy byliby nikim więcej, niż awatarami? Nie trzeba być prorokiem, aby stwierdzić, że taka inicjatywa bezpośrednio uderzyłaby w dotychczasowych influencerów. Czy jednak rzeczywiście tego chcemy?
Koniec końców, zabraknie nam tej naturalności, a wręcz niedoskonałości. W końcu tym cechują się transmisje na żywo – widzimy prawdziwe ludzkie starania, rozwijanie swoich internetowych działalności, czasami wręcz urocze niedociągnięcia twórców sprzed lat. I teraz co? Mamy dostać idealnego, nieomylnego awatara, z którym nie zrobimy sobie nawet zdjęcia w mieście, bo po prostu nie istnieje? Nie kupuję tego.
Może to po prostu kwestia Chin – tam takie coś przechodzi bez większego problemu, a w Europie spojrzelibyśmy na to krzywo? Jeśli awataryzacja internetu doprowadzi do renesansu takich rozrywek, jak teatr czy opera, to nawet się nie obrażę. Owszem, wszyscy spędzamy długie godziny przed ekranami smartfonów i komputerów, ale trzeba też zrobić sobie przerwę. I to nie na Netflixie przed ekranem telewizora czy z padem w ręce na konsoli, a gdzieś indziej, bez prądu, bez internetu. Paradoks rewolucji AI? Być może.