Fatalna jakość reformy sprawiedliwości robi z naszego państwa przysłowiowe pochyłe drzewo. Nic dziwnego, że wszyscy na nie skaczą

Państwo Zagranica dołącz do dyskusji (14) 17.01.2020
Fatalna jakość reformy sprawiedliwości robi z naszego państwa przysłowiowe pochyłe drzewo. Nic dziwnego, że wszyscy na nie skaczą

Rafał Chabasiński

Upór rządzących w reformowaniu wymiaru sprawiedliwości, zgodnie z przewidywaniami, spotkał się z krytyką na arenie międzynarodowej. Zaproszona przez marszałka Senatu Komisja Wenecka krytykuje ustawę kagańcową. Parlament Europejski przyjął rezolucję w prawie praworządności w Polsce i na Węgrzech. Skoro jest tak źle, to po co brnąć w tym kierunku?

Spór związany z reformą wymiaru sprawiedliwości jest wciąż żywy i nie zakończy się na tym jej etapie

Reforma wymiaru sprawiedliwości ma szczególne znaczenie dla obozu rządzącego. Nie ulega większych wątpliwości, że w polskim społeczeństwie istniała silna potrzeba zmian w sądownictwie. Co do samego tego faktu istnieje nawet pewien konsensus. Zgadza się Zjednoczona Prawica, opozycja, sędziowie.

Problem w tym, że o ile sam pomysł zreformowania wymiaru sprawiedliwości brzmi dobrze, o tyle jego wykonanie przyniosło szereg niepożądanych skutków. Od czterech lat sądownictwo stało się teatrem zażartego sporu politycznego. Ten dotyczy nie tylko koalicji i opozycji, ale także kontynuacją spięć pomiędzy polskim rządem a organami Unii Europejskiej.

Co gorsza, widać wyraźny rozdźwięk pomiędzy deklaracjami rządzących a wykonaniem. Zamiast przyspieszenia spraw w sądach i stworzenia w społeczeństwie ogólnego poczucia bardziej sprawiedliwego rozstrzygania, mamy przede wszystkim obsadzanie kolejnych stanowisk w kolejnych instytucjach „właściwymi” osobami. Trzeba przyznać, że sprawia to paskudne wrażenie.

Ustawa kagańcowa wciąż zawiera rozwiązania podporządkowujące sądownictwo władzy wykonawczej

Nie sposób nie wspomnieć przy tym także o fatalnej jakości poszczególnych ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości. Ustawa o Sądzie Najwyższym była nowelizowana wielokrotnie. Tymczasem teraz Komisja Wenecka krytykuje ustawę kagańcową, jeszcze na etapie prac senackich.

Ustawa mająca dyscyplinować sędziów na początku swojej drogi legislacyjnej, jeszcze jako „poselski” projekt, zawierała szereg bardzo kontrowersyjnych przepisów. Pisaliśmy o tym na łamach Bezprawnika. Sejm zdążył nieco złagodzić co bardziej drastyczne rozwiązania. W szczególności kontroli nad działalnością publiczną sędziów i prokuratorów, oraz ich odpowiedzialności zawodowej za domniemaną aktywność polityczną.

Słowem kluczowym w tym przypadku jest „nieco”. Ustawa, która trafiła pod obrady Senatu wciąż budzi wątpliwości przedstawicieli opozycji co do jej zgodności chociażby z prawem Unii Europejskiej. W tym celu marszałek izby wyższej zaprosił do Polski przedstawicieli Komisji Weneckiej – tej samej, która opiniowała wcześniejszą reformę Trybunału Konstytucyjnego.

Komisja Wenecka krytykuje ustawę dyscyplinującą sędziów dlatego, że ta faktycznie wciąż jest złym aktem prawnym

Nie da się ukryć, że Tomasz Grodzki skorzystał z tej możliwości dlatego, że spodziewał się określonego rezultatu. Podobnie zresztą jak rządzący. Żadnej niespodzianki nie ma – Komisja Wenecka krytykuje ustawę kagańcową.

Niektóre z poprawek można uznać za dalsze podważanie niezależności sądownictwa. Zmiany te poważnie ograniczają wolność słowa i zrzeszania się sędziów. Polskim sądom skutecznie uniemożliwi się badanie, czy inne sądy w kraju są niezależne i bezstronne zgodnie z prawem europejskim.

Krytyka ze strony Komisji Weneckiej dotyczy także przepisów zabraniających chociażby kwestionowania w jakiejkolwiek formie statusu sędziów, którzy zdążyli odebrać ślubowanie od prezydenta. Jest to zresztą nieprzypadkowe rozwiązanie. Rządzący chcieliby, aby dowolny błąd proceduralny – nawet rażący – tracił w magiczny sposób znaczenie gdy tylko dojdzie do ślubowania przed obliczem głowy państwa. To jednak nie wszystko.

To, że komisja Wenecka krytykuje ustawę uchwaloną przez polski parlament nie stanowi zagrożenia dla polskiej racji stanu – wręcz przeciwnie

Nowelizacja ogranicza niezależność polskich sądów, a polskich sędziów naraża na sytuację bez wyjścia, gdy będą poddawani postępowaniom dyscyplinarnym za działania, których wymaga od nich prawo Unii Europejskiej.

Ustawa kagańcowa ma kilka konkretnych celów do zrealizowania. Wzmocnienie pozycji zarówno prezydenta, jak i ministra sprawiedliwości. Utrudnienie przede wszystkim sędziom publicznego krytykowania poczynań rządu, w szczególności oczywiście odnośnie wymiaru sprawiedliwości, oraz konkretnych posunięć personalnych.

Na liście jest jednak także zniechęcenie sędziów do wyboru stosowania bezpośrednio przepisów prawa unijnego zamiast radosnej twórczości wychodzącej z parlamentu i pałacu prezydenckiego. Nie da się ukryć, że rządzący obóz polityczny preferowałby taki wymiar sprawiedliwości, który nie ośmieli się podważyć jego woli. Niezależnie od tego jak wielki bubel prawny byłby jej wyrazem.

Postawmy sprawę jasno: Komisja Europejska krytykuje ustawę nie po to by podważać suwerenność naszego kraju. Robi to dlatego, że ta jest wciąż po prostu aktem jakościowo złym. Pozwala przypisać rządzącym szereg złych intencji. Nawet, jeśli teoretycznie ci tak naprawdę wcale ich nie mają.

Reforma wymiaru sprawiedliwości jest przedmiotem krytyki także ze strony Parlamentu Europejskiego

Tymczasem Parlament Europejski znowu zajmuje się między innymi Polską i kwestią praworządności w naszym kraju. Bez niespodzianek: debata zakończyła się niewiążącą rezolucją wzywającą Komisję Europejską do bardziej aktywnego stosowania art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Największą atrakcją tej debaty była chyba ostra wymiana zdań pomiędzy Radosławem Sikorskim a Beatą Szydło.

Komisja Wenecka krytykuje ustawę kagańcową, Parlament Europejski wzywa do stanowczych działań przeciwko Polsce. Można by się zastanawiać, czy przypadkiem instytucje ponadnarodowe nie pozwalają sobie na zbyt daleko posuniętą krytykę naszego kraju. Jakby nie patrzeć, Polacy nie lubią gdy inne państw wtrącają się w nasze wewnętrzne sprawy. To budzi złe wspomnienia.

Rządzący przekonują, że tak w istocie jest. W końcu sądownictwo stanowi element wyłącznych kompetencji państw członkowskich. Dlaczego więc Unia Europejska czepia się praworządności w Polsce? Wynika to z istoty samego pojęcia.

W tej całej „praworządności” chodzi o to, by polski rząd traktował polskie prawo poważnie – i o nic więcej

Nie chodzi tak naprawdę o to jakie konkretnie Polska przyjmuje rozwiązania prawne. Autonomii państw członkowskich w tym zakresie chyba nikt nie kwestionuje. Istotne jest co innego: to jak posunięcia rządu mają się do polskiego prawa. Rządy prawa stanowią jedną z wartości wymienionych w art. 2 Traktatu  Unii Europejskiej. Państwa członkowskie zobowiązały się do ich przestrzegania.

Tymczasem w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej znajdziemy art. 10. Zgodnie z tym przepisem: „ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.” Celowe, rozmyślne i poczynione z premedytacją zaburzenie tej równowagi stanowi działanie sprzeczne przede wszystkim z naszą ustawą zasadniczą – i dopiero przez to z prawem unijnym.

Jeżeli reformę wymiaru sprawiedliwości zaczyna się od podkopania pozycji organu, którego zadaniem jest badanie właśnie zgodności poczynań rządzących z Konstytucją, to nie ma się co dziwić, że poczynania polskich władz traktowane są w Brukseli podejrzliwie od samego początku. Zwłaszcza że kwestia obsadzania ważnych stanowisk „swoimi” w trakcie całej reformy wymiaru sprawiedliwości jest aż nazbyt widoczna.

Walka o praworządność w Polsce to także wypadkowa rozmaitych interesów wszystkich zaangażowanych stron

Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że na walkę o praworządność w Polsce na arenie międzynarodowej nie składają się także rozmaite interesy polityczne. Opozycja ma jasny interes w podkopywaniu pozycji polskich władz. Sędziowie w spowalnianiu i torpedowaniu reformatorskich zapędów Zjednoczonej Prawicy.

Także politycy europejscy mają interes w walce o praworządność. Dla niektórych to kwestia ideałów, dla innych budowania sobie poparcia wewnątrz swoich państw macierzystych – albo pozycji w samej Unii Europejskiej. Nawet sojusznik Prawa i Sprawiedliwości, Wiktor Orban, z pewnością cieszy się, że przez ostatnie lata to nie Węgry były najbardziej widoczną czarną owcą we Wspólnocie.

Tyle tylko, że brak elementarnego poszanowania dla prawa jako takiego sprawia, że wyjątkowo łatwo przyczepić się do praworządności w Polsce. Fatalna jakość prawa składającego się na reformę wymiaru sprawiedliwości robi z naszego kraju przysłowiowe pochyłe drzewo. Podobnie jak nieumiejętność choćby szczątkowego maskowania swoich czysto politycznych intencji realizowanych przy okazji. I jak tu się dziwić, że ktoś na nie skacze?