1. Home -
  2. Energetyka -
  3. Stoimy u progu nowej fali inflacji i drożyzny. Możliwa jest powtórka z 2022 roku

Stoimy u progu nowej fali inflacji i drożyzny. Możliwa jest powtórka z 2022 roku

Wojna wywołała skokowy wzrost cen ropy, co od razu wykorzystały koncerny paliwowe. Benzyna na stacjach natychmiast zdrożała. Bombardowania Iranu? Niezupełnie. Wspominam, co się stało w 2022 r. Później uderzył nas kryzys inflacyjny. Nie można wykluczyć, że tym razem będzie podobnie.

Ceny ropy w górę — polscy kierowcy płacą za wojnę w Zatoce

Bombardowanie Iranu przez USA i Izrael oraz okolicznych państw przez Iran przyniosły błyskawiczny wzrost cen ropy, czego właściwie można się było spodziewać. W pewnym momencie przebiły one poziom 110 dolarów za baryłkę i zaczęły się zbliżać do granicy 120 dolarów. Nagle jednak spadły. Około godziny 20:30 w poniedziałek osiągnęły poziom 84,57 dolarów za baryłkę. Później nastąpiła korekta i teraz utrzymują się gdzieś w okolicach 90–95 dolarów. Trudno powiedzieć, co przyniosą najbliższe dni.

Wiele oczywiście zależy od tego, jak długo wojna będzie trwała. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nie wszystko idzie zgodnie z planem prezydenta Stanów Zjednoczonych, choć Donald Trump zarzeka się, że cele militarne operacji „Epicka Furia" praktycznie zostały wykonane. W międzyczasie Izrael bombardował irańską infrastrukturę naftową, co miało nie spodobać się Amerykanom. Irańczycy tymczasem zapowiedzieli, że nie będą atakować dronami i rakietami sąsiadów, którzy aktywnie nie pomagają ich wrogom w atakowaniu ich. Równocześnie Teheran blokuje strategiczną cieśninę Ormuz, licząc, że w ten sposób zmusi Trumpa, by dał sobie spokój z wojowaniem.

Jak wojna wpływa na ceny na stacjach paliw w Polsce

Jak to się ma do sytuacji w Polsce? Odpowiedź możemy zobaczyć na dowolnie wybranej stacji benzynowej. Branża paliwowa błyskawicznie zareagowała na wstrząsy cenowe. Jeszcze nie zdążyła wyczerpać zapasów kupionych przed atakiem na Iran, a już ceny ocierają się o 7 zł za litr, gdzieniegdzie przekraczając tę barierę. Oczywiście powrót do normalności zajmie im długo, nawet jeśli jakimś cudem Donald Trump i Modżtaba Chamenei zawarliby porozumienie w momencie, gdy piszę te słowa.

Można śmiało zauważyć, że przypomina to mocno reakcje rynków na inwazję Rosji na Ukrainę na początku 2022 r. Najpierw mieliśmy panikę utrzymującą się od końca lutego do czerwca, później częściowy spadek i stabilizację. Następnie ceny powoli i niespiesznie spadały aż do obecnego ataku na Iran. Skutki gospodarcze całego wojennego zamieszania były opłakane. Wzrost cen benzyny, gazu i reszty surowców energetycznych przyniósł nam kryzys inflacyjny, którego bolesne skutki odczuwamy do dziś za każdym razem, gdy robimy zakupy, albo w ogóle coś kupujemy.

Czy tak będzie i tym razem? Możliwe. Może się też okazać, że ceny paliw uspokoją się na tyle szybko, że obejdzie się bez szoku dla całej gospodarki. Problem w tym, że analogii z 2022 rokiem jest trochę więcej.

Sytuacja gospodarcza Polski — niepokojące podobieństwa do okresu sprzed kryzysu inflacyjnego

Skokowe ceny surowców energetycznych i samej energii elektrycznej były jedynie jednym z czynników, które doprowadziły do dramatu lat 2022–2023. Światowa gospodarka odbudowywała się wówczas po poprzednim kryzysie w postaci epidemii covid-19. W Europie mieliśmy jeszcze kryzys energetyczny w 2021 r. Eksperci zazwyczaj wskazują także na nadpodaż pieniędzy w gospodarce, spiralę kosztową związaną także z rosnącymi kosztami pracy oraz spóźnioną reakcję banków centralnych. Polska dodatkowo oberwała za bycie rynkiem wschodzącym. Niekiedy wskazuje się także na dodatkowe czynniki ryzyka w postaci obciążenia programami socjalnymi oraz wysokim zadłużeniem państwa, które same w sobie nie wywołują może kryzysu, ale utrudniają państwu reagowanie. Warto także wspomnieć o zwykłej pazerności niektórych przedsiębiorstw, które po prostu chciały się obłowić w czasach kryzysu — wówczas wielu ekspertów ostrzegało, że grozi nam recesja w Polsce.

Podaż pieniądza, płace i finanse publiczne pod presją

Prawdę mówiąc, nie zmieniło się tak dużo, jak byśmy tego chcieli. Ponownie jesteśmy w momencie, w którym nasza gospodarka dopiero co wyszła z poprzednich tarapatów. Cykl błyskawicznych podwyżek płacy minimalnej trwa w najlepsze — niedawno okazało się, że płaca minimalna w 2026 znów znacząco wzrośnie. Podobnie jest zresztą z nominalnymi płacami w gospodarce, czego wyrazem jest tzw. średnia krajowa. Podaż złotówki stale rośnie od kwietnia 2023 r. Finanse publiczne uginają się pod presją socjalnego Eldorado i konieczności zbrojenia się na potęgę, a w budżecie znowu straszy dziura zaplanowana w tym roku na 271,7 mld zł. Rosnący dług publiczny Polski dodatkowo ogranicza pole manewru rządu w sytuacji kryzysowej.

Co zrobi Rada Polityki Pieniężnej?

Nie wiemy, co ze stopami procentowymi zrobi teraz Rada Polityki Pieniężnej. Czeka ona obecnie na aktualne dane. Prawdopodobnie jej członkowie również zastanawiają się, co się stanie w nadchodzących tygodniach.

Ryzyko kolejnego skokowego wzrostu cen w gospodarce jak najbardziej więc istnieje. Rosnące ceny paliw siłą rzeczy przekładają się na ceny praktycznie każdego możliwego do wyobrażenia sobie towaru. W końcu jakoś trzeba go nie tylko wyprodukować, ale też przetransportować. Dotyczy to także na przykład półproduktów czy surowców. Prędzej czy później każde ogniwo łańcucha dostaw dostosowuje ceny do kosztu zakupu paliwa.

Czy rząd może zapobiec kolejnemu kryzysowi cenowemu?

Czy można temu zjawisku przeciwdziałać jeszcze przed szkodą? Istnieje oczekiwanie społeczne, by rząd „coś zrobił". Przykładem takiego rozwiązania mogłoby być czasowe obniżenie VAT na paliwa. Problemy z takim rozwiązaniem są jednak dwa. Przede wszystkim podatek od towarów i usług jest silnie sprzężony z unijnym prawodawstwem i takie posunięcie wymaga zgody Komisji Europejskiej. Nie sposób także nie zauważyć, że dziura budżetowa zrobi się wówczas jeszcze większa. Przypomnijmy, że niższy VAT na paliwo był już stosowany w ramach tarczy antyinflacyjnej w 2022 roku i choć przyniósł ulgę kierowcom, to jednocześnie mocno obciążył finanse państwa.

Dlaczego „wzięcie na dywanik" prezesa Orlenu nie rozwiąże problemu

Ktoś mógłby powiedzieć, że wystarczy po prostu wziąć na dywanik prezesa Orlenu i zagrozić mu, że jeśli nie utrzyma cen na stacjach na rozsądnym poziomie, to wyleci na przysłowiowy zbity pysk ze stanowiska razem ze wszystkimi krewnymi zatrudnionymi gdzieś w budżetówce do trzeciego pokolenia wstecz. Dla niektórych może to być całkiem kuszące rozwiązanie. Jest też ono niespecjalnie legalne w świetle odpowiedzialności kadry zarządzającej spółkami akcyjnymi za działanie niezgodne z najlepszym interesem firmy. Trzeba także pamiętać, że koncerny paliwowe są jedynie jednym z ogniw łańcucha dostaw.

Orlen już obniżył swoją marżę praktycznie do zera, a ceny przez to wcale nie wróciły do pierwotnego poziomu. Koncern w końcu również kupuje paliwo od producentów, którzy też chcą zarobić na wojnie. Nie da się przy tym ukryć, że coś jest nie tak ze sposobem ustalania ceny benzyny sprzedawanej kierowcom w sytuacjach kryzysowych. Wzrost jest błyskawiczny, spadki zaś powolne. Być może właśnie tutaj istnieje pole do działania dla ustawodawcy, by takich praktyk po prostu zakazać, albo drastycznie je ograniczyć.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi