Vinted zmienia profil działania?
Vinted kojarzyło się dotąd z cyfrową wyprzedażą szafy: buty „założone raz”, sukienka „nietrafiony prezent”, marynarka z matury, czy produkty, które zwyczajnie nam się znudziły i chcemy zrobić miejsce w szafie na nowe.
Oczywiście na Vinted można kupić nie tylko ubrania, buty, czy dodatki. Od pewnego czasu kwitnie tam również handel kosmetykami, czy akcesoriami do makijażu. Popularność zyskują również dekoracje wnętrz, czy nawet akcesoria kuchenne.
W ostatnich tygodniach jednak dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał. Użytkownicy zaczęli wyłapywać ogłoszenia, które bardziej pasują do spożywczego bazaru niż second-handu online. Na Vinted pojawiły się produkty takie jak masło, szynka, pomarańcze, a nawet skórki mandarynek. I nie są to ceny z kategorii „oddaję, bo nie potrzebuję”. Masło potrafi kosztować około 25 zł, podczas gdy w sklepie zapłacimy zwykle 7–10 zł. Gdyby ktoś chciał potraktować to poważnie, wyszłoby na to, że Vinted właśnie odkryło nową gałąź luksusu: nabiał premium z opcją wysyłki.
Masło na Vinted to jakaś nowa moda?
Oczywiście nie chodzi o to, że Polacy nagle porzucili markowe ubrania na rzecz markowych wędlin. Bardziej prawdopodobne jest to, że obserwujemy klasyczny internetowy wynalazek: obejście systemu. A teorii, po co komu masło na Vinted, jest kilka – i każda ma w sobie niepokojąco dużo sensu.
Pierwsza, najbardziej prozaiczna, dotyczy przesyłek. W normalnym świecie wysłanie paczki kosztuje często kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt złotych. Vinted natomiast oferuje przesyłki w cenach preferencyjnych, a do tego ma wygodną infrastrukturę nadania: etykieta w aplikacji, paczkomat, gotowe. W tej wersji „masło” nie jest masłem. Jest biletem wstępu do tańszego transportu.
Dlaczego jednak nie wystawić prawdziwego przedmiotu, który chce się wysłać? Bo prawdziwy przedmiot mógłby zostać kupiony przez kogoś obcego, zanim „umówiony” odbiorca zdąży kliknąć. Jeśli więc dwie osoby chcą sobie coś wysłać w określonej cenie i z określoną opcją dostawy, wystawienie abstrakcyjnego produktu działa jak zasłona dymna. Masło na Vinted ma tę zaletę, że raczej nie wywołuje masowego polowania okazji. A jeśli kosztuje 25 zł – tym bardziej. To odstraszacz, nie wabik.
To w gruncie rzeczy opowieść o tym, jak platformy stają się nie tylko miejscem sprzedaży, ale także infrastrukturą logistyczną. Użytkownicy traktują Vinted jak operatora przesyłek „z bonusem”, a nie jak targ ubraniowy. Z perspektywy regulaminów – to już robi się śliskie. Serwis może mieć swoje zasady dotyczące przedmiotu transakcji, a fikcyjne ogłoszenia bywają kwalifikowane jako wprowadzanie w błąd lub obchodzenie mechanizmów platformy. Tyle że internet nie lubi, gdy ktoś mówi mu, jak ma używać narzędzi, które działają taniej i wygodniej niż te oficjalne.
Nielegalne substancje i produkty z ograniczeniami?
Druga teoria jest zdecydowanie bardziej niepokojąca. Mówi się, że „masło na Vinted” jest kryptonimem, a ogłoszenia służą do sprzedaży produktów zakazanych przez regulamin. W skrajnych przypadkach mogą to być narkotyki albo dopalacze. W tych bardziej codziennych – alkohol, wyroby tytoniowe czy leki. To właśnie te kategorie są klasycznie blokowane na portalach sprzedażowych, bo generują ryzyko: prawne, wizerunkowe, a przede wszystkim także zdrowotne.
Tu pojawia się dosyć ciekawe zagadnienie. Platforma to nie jest próżnia prawna, a transakcja „udawana” nie staje się legalna tylko dlatego, że nazwiemy ją masłem. Jeśli pod ogłoszeniem kryje się towar, którego obrót jest ograniczony lub zakazany, to odpowiedzialność nie znika. Co więcej, takie mechanizmy kodowania działają tylko wtedy, gdy obie strony są „wtajemniczone”. Każdy inny kupujący to potencjalny problem: ktoś może kupić „masło” w dobrej wierze, a potem zacząć dochodzić roszczeń, gdy okaże się, że nie dostał nic sensownego. Albo – w odwrotnej wersji – ktoś kupi ogłoszenie, a sprzedający wyśle „coś”, czego wysyłać nie powinien.
Oczywiście tutaj ryzyko niechcianego kupca zmniejsza cena – naprawdę, nie dałabym za kostkę masła 25 złotych, nawet gdyby ubijała go sama Paris Hilton (chociaż może tutaj znaleźliby się amatorzy tłuszczu mlecznego i kobiecych wdzięków z zasobnymi portfelami, jednak wtedy ten fakt z pewnością byłby w ogłoszeniu odnotowany).
Nie, nie chodzi o to, aby „nie wypaść z algorytmu”
Można tu dostrzec analogię do praktyk znanych z innych platform sprzedażowych, choć tylko pozorną. Na Allegro od lat funkcjonuje mechanizm podnoszenia ceny realnych produktów, których sprzedawca chwilowo nie ma na stanie, bo czeka na dostawę. Chodzi o to, by nie kończyć oferty i nie wypaść z algorytmu, który premiuje ciągłość sprzedaży, historię aukcji i liczbę transakcji.
Z ekonomicznego punktu widzenia to racjonalne: lepiej sprzedać drożej (albo wcale), niż zniknąć z wyników wyszukiwania i zaczynać od zera. Tyle że w przypadku masła na Vinted taka strategia nie miałaby większego sensu. Vinted nie działa jak klasyczny marketplace oparty na algorytmicznej widoczności ofert, lecz raczej jak społecznościowa platforma ogłoszeniowa, gdzie oferty są jednorazowe, krótkotrwałe i rzadko „żyją” miesiącami. Podnoszenie ceny w celu „przetrwania w algorytmie” zwyczajnie się tu nie opłaca – co tylko wzmacnia tezę, że masło nie ma nic wspólnego z realnym handlem spożywczym, a jest jedynie środkiem do zupełnie innego celu.
Co na to Vinted?
Chociaż masło na Vinted nie wydaje się naruszać żadnych punktów regulaminu, a platforma póki co w tej sprawie milczy, należy spodziewać się zmasowanych kontroli i działań mających na celu określenie z czym faktycznie mamy styczność, i jak duży jest problem.
Dla samego Vinted to sygnał ostrzegawczy. Jeśli aplikacja, która miała walczyć z nadprodukcją ubrań, zaczyna być kojarzona z masłem, szynką i podejrzanymi kryptonimami, to prędzej czy później pojawi się reakcja. A ta zwykle bywa prosta i bolesna: masowe blokady kont, ostrzejsza moderacja, kolejne ograniczenia, które uderzą również w uczciwych użytkowników. A być może czeka nas jedynie zmiana regulaminu.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj