- Bezprawnik -
- Państwo -
- Partie nie mogą targetować wyborców po poglądach i zdrowiu. Weto tego nie zmieniło
Partie nie mogą targetować wyborców po poglądach i zdrowiu. Weto tego nie zmieniło
Prezydent nie podpisał ustawy, która miała ustalić, kto w Polsce pilnuje przepisów o reklamie politycznej i za co grożą kary. Unijne rozporządzenie w tej sprawie działa jednak od roku bez krajowej ustawy, a Urząd Ochrony Danych Osobowych zapewnia, że jego część nadzoru weto nie dotyczy. Gorzej z resztą obowiązków, które nadal nie mają w Polsce swojego strażnika.
Rozporządzenie 2024/900 obowiązuje bez polskiej ustawy
Unijne rozporządzenie 2024/900 w sprawie przejrzystości i targetowania reklamy politycznej stosuje się bezpośrednio we wszystkich państwach członkowskich od 10 października 2025 r. Państwa miały jednak przyjąć własne przepisy, które wskażą organy nadzoru, procedury i wysokość kar. Polski Sejm uchwalił taką ustawę 4 września 2026 r. (druk nr 2769). Kancelaria Prezydenta poinformowała 15 października, że Karol Nawrocki odmówił jej podpisania. Tego samego dnia zawetował też nowelizację Kodeksu wyborczego i ustawę o wykonywaniu wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. To nie pierwsza taka decyzja w tym roku, w lipcu głośne było m.in. weto do ustawy o statusie osoby najbliższej.
Według portalu Prawo.pl ustawa rozdzielała zadania między kilka instytucji. Państwowa Komisja Wyborcza miała być krajowym punktem kontaktowym i organem wiodącym, z prawem nakładania kar w czasie kampanii i w trakcie ciszy wyborczej. Prezes UKE miał nadzorować przedsiębiorców komunikacji elektronicznej, KRRiT dostawców usług medialnych i platformy wideo, a Prezes UOKiK pozostałe podmioty. Prezes UODO miał zajmować się przetwarzaniem danych do targetowania reklam. Maksymalna kara miała wynosić 6 proc. rocznego przychodu sponsora, wydawcy lub dostawcy usług reklamy politycznej.
Dlaczego prezydent zawetował ustawę o reklamie politycznej
Swoją decyzję prezydent uzasadnił w nagraniu opublikowanym w serwisie X. Jak relacjonuje tygodnik „Do Rzeczy”, stwierdził, że przepisy „budziły moje zasadnicze zastrzeżenia ze względu na nieostre definicje”. Dodał, że „wolność słowa nie polega na tym, że obywatel może mówić wyłącznie to, na co pozwoli mu urzędnik”. Krytykował też przyznanie urzędnikom rządowym prawa do rozstrzygania, gdzie kończy się publicystyka, a zaczyna reklama, oraz to, że ustawa „narzuciła Państwowej Komisji Wyborczej funkcje represyjne”. Według prezydenta kary nakładane przez PKW w okresie ciszy wyborczej mogłyby osłabić bezstronność tego organu.
Zwolennicy ustawy argumentowali inaczej. Senator sprawozdawczyni Joanna Sekuła, jak podaje Prawo.pl, wskazywała, że unijne przepisy mają pomóc odróżnić płatny przekaz od treści redakcyjnych i ograniczyć manipulację oraz obcą ingerencję w wybory. Jej zdaniem bez krajowej ustawy Polska nie jest w stanie skutecznie egzekwować wymogów rozporządzenia. Problem nie jest abstrakcyjny, bo zagraniczne ingerencje w wybory to temat, który w Europie wraca przy każdej większej kampanii.
Spór o definicję reklamy politycznej wpisuje się w szerszy spór o granice władzy w mediach społecznościowych, czyli pytanie o to, ile państwo może decydować o treściach w sieci.
UODO: weto nie odbiera nam kompetencji
Dzień po wecie Urząd Ochrony Danych Osobowych opublikował komunikat, że jego pozycja się nie zmienia. Urząd podkreśla, że uprawnienia wynikają wprost z rozporządzenia, a „w odniesieniu do Prezesa UODO przepisy tej ustawy mają jedynie charakter porządkujący”.
Rozporządzenie samo wskazuje organy ochrony danych jako właściwe do monitorowania zasad z art. 18 i 19, czyli tych, które dotyczą targetowania i dostarczania reklam politycznych w internecie. Do tej działalności stosuje się odpowiednio uprawnienia z art. 58 RODO, a Prezes UODO może nakładać kary pieniężne zgodnie z art. 83 RODO. W najpoważniejszych przypadkach RODO pozwala na kary do 20 mln euro albo 4 proc. światowego obrotu. Każda kara za naruszenie RODO jest jednak ustalana indywidualnie, więc górny pułap to raczej sygnał, jak poważnie prawodawca traktuje ten obszar.
Jakie dane wolno wykorzystać do targetowania wyborców
Co konkretnie nadzoruje UODO? W komunikacie z 10 października 2025 r. urząd wyjaśniał, że techniki targetowania z wykorzystaniem danych osobowych są dopuszczalne tylko wtedy, gdy administrator zebrał dane bezpośrednio od osoby, której dotyczą, a ta wyraziła wyraźną i odrębną zgodę na ich użycie w reklamie politycznej. Zakazane jest profilowanie oparte na szczególnych kategoriach danych, w tym wywnioskowanych, takich jak poglądy polityczne, wyznanie, zdrowie czy orientacja seksualna. Nie wolno też kierować takich reklam do osób, które z wystarczającą pewnością nie osiągną wieku uprawniającego do głosowania w ciągu roku.
Administratorzy muszą ponadto mieć wewnętrzną politykę stosowania tych technik, prowadzić rejestr ich użycia, co roku oceniać ryzyko dla praw i wolności oraz przekazywać dodatkowe informacje, które pozwolą obywatelom korzystać z ich praw. W praktyce wyborca, który podejrzewa, że komitet wyborczy dotarł do niego na podstawie danych o zdrowiu czy wyznaniu, może złożyć skargę do Prezesa UODO.
Gdzie po wecie zostaje luka
Problem polega na tym, że UODO pilnuje tylko fragmentu rozporządzenia. Urząd sam przyznaje, że akt ten „wprowadza szerszy zakres obowiązków, które pozostaną poza właściwością Prezesa UODO”. Chodzi przede wszystkim o obowiązki przejrzystości: oznaczanie reklam politycznych, informowanie, kto za nie zapłacił, ile kosztowały i z jakimi wyborami się wiążą. Zgodnie z rozporządzeniem organy nadzoru nad tymi obowiązkami i sankcje miały wskazać państwa członkowskie. Zawetowana ustawa właśnie to robiła, a bez niej w Polsce nie ma instytucji uprawnionej do karania np. wydawcy, który nie oznaczy płatnego przekazu.
Dla przeciętnego wyborcy skutki są dziś ograniczone, bo największe platformy same zrezygnowały z tego rynku. Meta ogłosiła w lipcu 2025 r., że od października przestaje przyjmować w UE reklamy polityczne, wyborcze i dotyczące spraw społecznych, tłumacząc to, jak podawał serwis Axios, trudnościami operacyjnymi i niepewnością prawną wywołaną nowymi przepisami. Google wcześniej podjął podobną decyzję. Płatna polityczna promocja nie zniknęła jednak całkiem: wciąż pojawia się w mniejszych serwisach, mediach lokalnych i w formie mniej oczywistych współprac. Wątpliwości budzi też, czy PKW i bez nowych uprawnień poradzi sobie z kampanią prowadzoną w sieci w okresie, gdy obowiązuje cisza wyborcza.
Na wskazówki czekają też administratorzy danych. Europejska Rada Ochrony Danych pracuje nad wytycznymi do art. 18 i 19 rozporządzenia, a 27 marca 2026 r. przeprowadziła w tej sprawie konsultacje z udziałem interesariuszy. Do czasu nowej ustawy realny nadzór nad reklamą polityczną w Polsce sprowadza się więc do ochrony danych osobowych.
zobacz więcej:










