Cisza wyborcza. Czy to naprawdę taki głupi przepis?

Państwo Społeczeństwo dołącz do dyskusji (24) 22.09.2018
Cisza wyborcza. Czy to naprawdę taki głupi przepis?

Udostępnij

Jerzy Wilczek

Cisza wyborcza regularnie staje się gorącym tematem w polskich mediach. Czemu? Zaraz to wyjaśnimy. Ale opowiemy też nieco o samej ciszy. Wielu uważa, że to przepis najgłupszy z głupich. Czy jednak naprawdę tak jest? A skoro tak – to czemu cisza jest tak popularna na świecie?

Czym jest cisza wyborcza? Zbytnio skomplikowane to nie jest – to po prostu czas, w którym zabroniona jest polityczna agitacja. W Polsce cisza zaczyna się o północy w dniu poprzedzającym dzień głosowania, a kończy się wraz z zamknięciem ostatniego lokalu wyborczego.

Idea jest prosta – podczas tego czasu wyborca ma się – nomen omen – wyciszyć i w spokoju pomyśleć o tym, na kogo powinien oddać swój głos. Często w mediach cisza wyborcza jest przedstawiana jako typowo polski absurd. Inni wskazują, że to jeden z tych momentów, w których państwo próbuje za bardzo ingerować w ludzką wolność. Sprawdziliśmy i wyszło nam, że to jednak typowo polski pomysł nie jest. Szacuje się, że cisza obowiązuje mniej więcej w połowie krajów UE. W Czechach trwa na przykład aż trzy dni. Również na świecie cisza jest dość często spotykana. W wielu krajach, na przykład w Egipcie, Nepalu czy Argentynie, trwa ona 48 godzin, a w takiej Indonezji jeszcze więcej.

Nie ma ciszy wyborczej natomiast w „kolebce demokracji”, czyli w USA. Tam na początku lat 90. Sąd Najwyższy uznał, że zabranianie ludziom agitacji jest jednak niekonstytucyjne.

Cisza wyborcza. Za i przeciw

Pogląd amerykańskiego Supreme Court jest dość często podzielany nad Wisłą. No bo przecież co to za wolność słowa, która jest wyłączana na określony czas? To argumenty znane od lat. Pojawiają się jednak i takie, które wskazują, że zakaz agitacji w czasach mediów społecznościowych stał się po prostu kuriozalny. No bo żeby egzekwować ciszę, to trzeba by było po prostu wyłączyć internet na ten czas. A taką operację mogliby przeprowadzić tylko fachowcy ze związków zawodowych. Zresztą media społecznościowe regularnie pokazują absurdalność ciszy wyborczej. W ostatni dzień ważnych głosowań, gdy już znane są nieoficjalne wyniki, użytkownicy na przykład Twittera zamieniają partię czy kandydatów na warzywa czy znane postaci ze świata sportu – i potem i tak przekazują w świat dane o głosowaniu, pod „kamuflażem”, kpiąc sobie jednocześnie z ciszy.

Ale jednak są i całkiem solidne argumenty za ciszą. Żyjemy w końcu w czasach bardzo agresywnych kampanii, może więc przed samym głosowaniem zasługujemy na nieco spokoju? No i może sens ma zakaz agitacji przed lokalami wyborczymi. Naprawdę chcemy, by w drodze do urn zaczepiały nas tłumy agitatorów i wciskały nam ulotki?

Cisza może być dobrym rozwiązaniem z jeszcze jednego powodu. Będziemy pewni, że na dzień przed wyborami nie zostaną ujawnione jakieś taśmy czy dokumenty, które będą mogły zmienić losy głosowania, nie dając atakowanemu kandydatowi czasu na reakcję czy wytłumaczenie się.

Jak widać więc sprawa ciszy nie jest ani „typowo polska”, ani wcale taka prosta. Zresztą mimo stałego „lobbowania” ze strony mediów niewiele się zmienia i nic nie wskazuje na to, by zakaz agitacji miał być prędko zniesiony.

Media – no właśnie, co z tymi mediami

Na początku obiecaliśmy, że uchylimy nieco drzwi do kuchni medialnego światka. Czemu gazety, serwisy i stacje telewizyjne tak chętnie zajmują się ciszą wyborczą? Odpowiedź jest prosta – muszą mieć jakiś temat polityczny na dzień przed wyborami. Media są tak uzależnione od polityki, że nawet dwa dni nie mogą zmienić tematu. A o polityce samej w sobie mówić nie mogą. Zamiast tego mówią więc o… ciszy. Co ważne głosowanie mamy zatem dyskusje medialne o tym, czy cisza wyborcza jest sensowna, czy też nie. W studiach pojawiają się eksperci, internet i gazety zalewają felietony o absurdalności ciszy… Ale to tak naprawdę w dużej mierze sposób na wyrobienie dziennikarskich wierszówek.

Cisza też pokazuje, jak bardzo wszyscy jesteśmy uzależnieni od politycznych newsów. Ale może niecałe dwa dni bez zalewających nas informacji o Jakich, Trzaskowskich, Schetynach, Zandbergach czy Błaszczakach to jednak całkiem sympatyczny czas?