Toaleta szkolna bywa początkiem konfliktu między szkołą a rodzicami. Propozycje szkół często są bowiem sprzeczne z fundamentalnymi prawami dziecka, w tym przede wszystkim z ochroną jego godności.
Zaświadczenie na łyk wody i papierek od lekarza upoważniający do wyjścia
Zestaw obowiązujących aktów prawnych – od konstytucji przez prawo oświatowe po Konwencję o prawach dziecka – wskazuje, że państwo i szkoła mają obowiązek chronić godność człowieka (dziecka) oraz zapewnić mu odpowiednią opiekę. Nauczyciel nie powinien więc decydować o tym, kiedy uczniowi „wypada” opróżnić pęcherz.
Kuratoria widzą w tym systemowy problem organizacyjny i raczej nie udzielają jednoznacznej odpowiedzi, czy takie zakazy są dopuszczalne. W efekcie szkoły zyskują oręż i wchodzą na niebezpieczny grunt interpretacyjny. Czasami wręcz zaczynają żądać od rodziców zaświadczeń lekarskich, na podstawie których uczeń będzie mógł napić się wody podczas lekcji lub w trakcie zajęć wyjść z sali i skorzystać z toalety.
Zakaz wychodzenia do toalety w trakcie lekcji łamie prawa dziecka
Na tle niepewności interpretacyjnej stanowisko Moniki Horny-Cieślak, Rzeczniczki Praw Dziecka, wydaje się klarowne – uporczywe zabranianie uczniom korzystania z toalety w trakcie lekcji jest naruszeniem ich praw.
Rzeczniczka zwraca uwagę na sytuacje, w których dzieci odczuwają upokorzenie lub strach, bo nie wiedzą, jak poprosić o wyjście. To nie są incydenty z marginesu – to realna codzienność wielu szkół (ale nie wszystkich), gdzie presja dyscypliny przeważa nad fizjologicznymi potrzebami dziecka. W dłuższej perspektywie skutkiem tego mogą być problemy zdrowotne ucznia, m.in. bóle brzucha.
Podstawowe potrzeby ucznia powinny mieć priorytet, ale...
Uczeń wychodzący do toalety pozostaje przez chwilę bez nadzoru i stąd biorą się obawy nauczycieli o bezpieczeństwo dziecka w drodze do i z łazienki. Szkoły wskazują, że nauczyciel nie może pozostawić klasy bez nadzoru, ani pozwolić uczniowi na samodzielne przemieszczanie się po szkole w trakcie zajęć.
Jak rozwiązać problem? Budować sanitariaty obok sal lekcyjnych, żeby nauczyciel mógł mieć oko na podopiecznego. Niby proste, ale nierealne. Organizowanie dorosłego pracownika, który odprowadzi i przyprowadzi ucznia, również uchodzi za zbyt problematyczne.
Co prawda, RPD wskazuje, że szkoła nie powinna zasłaniać się brakiem personelu czy nieprzemyślaną organizacją dnia. Niestety teoria dobrze wyglądająca na papierze często nie przystaje do rzeczywistości, a niedoskonałości prawa oświatowego spadają właśnie na dyrektorów i nauczycieli. Co więc zrobić? Ograniczyć liczbę uczniów jednocześnie opuszczających salę, aby nie zakłócić przebiegu lekcji, i ustalić momenty „preferowane” na wyjście – powiedzmy, że nie w trakcie sprawdzianu. To rzecz jasna rozwiązania doraźne i nadal bardzo nieidealne, ponieważ nie są w stanie rozplątać rąk skrępowanych niejednoznaczną interpretacją przepisów.
Uczniowie nie zawsze są szczerzy z nauczycielami
Nauczyciele walczą z wyjściami uczniów z jeszcze innych powodów. Z wieloletniej praktyki pedagogicznej wynika, że wyjście do toalety bywa dla młodzieży wygodnym pretekstem do ominięcia części lekcji, skorzystania ze ściągi albo spędzenia kilku minut na grzebaniu w telefonie bądź nawet pójścia do pobliskiego sklepu. Tak, to się zdarza, gdyż nie zawsze personel szczelnie pilnuje wyjścia. W praktyce część szkół idzie więc po linii najmniejszego oporu, ignorując fakt, że przerwa między lekcjami nie zawsze wystarczy z uwagi na kolejki do łazienek.
Dopóki nie przestaniemy udawać, że kwestia swobodnego dostępu do toalety to błahostka niewarta solidnego osadzenia w prawie, dopóty będziemy produkować kolejne pokolenia młodych ludzi zmagających się z tym prozaicznym – ale jakże istotnym – tematem.