Stało się. Nadszedł wyczekiwany „Liberation Day”, swego rodzaju punkt zwrotny w polityce Stanów Zjednoczonych. Donald Trump ogłosił wprowadzenie ceł na cały świat – dosłownie. Jego decyzja dotknie każdy zakątek Ziemi. Nie mierzmy jednak wielkości decyzji na podstawie ich zasięgu, a efektach, które przyniosą. Te za to mogą być co najmniej niekorzystne – w tym dla Stanów Zjednocznonych. W końcu protekcjonizm gospodarczy ma to do siebie, że tracą obie strony. To jednak doskonała okazja, aby tym bardziej nie kroczyć drogą USA, a wzmacniać fundamenty integracji europejskiej – wolny handel.
Kwintesencja trumpizmu
Od inauguracji prezydentury Donalda Trumpa nie minęły jeszcze trzy miesiące, a ten zdążył zszokować świat tyle razy, jakby chciał, żeby druga kadencja pozostała w pamięci ludzi o wiele dłużej niż pierwsza. Nakładnie i znoszenie ceł na Meksyk i Kanadę stało się powodem żartów. Jego zwolennicy próbowali znaleźć w tym ukryty sens, rozgrywanie partii w tzw. „szachach 5D”. Nie będzie jednak zaskoczeniem, że sami się w tej argumentacji niejednokrotnie gubili.
I nie ma co się dziwić, bo póki co jedyne, co przyniosły rządy Donalda Trumpa, to niepewność i niepokój. Nie daj Boże, aż kiwanie palcem w kierunku Grenlandii przeobrazi się w realne czyny. Mam nadzieję jednak, że słynne hasło „Make America Great Again” nie skupią się na byciu „great” pod względem terytorialnym. W końcu potęga Ameryki to przede wszystkim tzw. „soft power”. Sytuacja, w której wieloletni sojusznicy i partnerzy nerwowo spoglądają na kolejne wypowiedzi prezydenta USA uświadamiając sobie, że muszą szukać alternatyw, nie sprawi, że Ameryka będzie potężniejsza. Jeśli jednak wszystko to dzieje się po to, aby zadowolić najtwardszy republikański elektorat, to bardzo Amerykanom współczuję.
„Liberation Day”, w którym ogłoszono nałożenie ceł na cały świat, można podpiąć pod tego rodzaju zachowanie. Oczywiście wszystko jest tłumaczone tym, że to Stany Zjednoczone są tymi poszkodowanymi. Przez wiele lat Ameryka miała być wykorzystywana przez inne kraje w handlu międzynarodowym. Zarówno przez najbliższych partnerów, jak i rywali. Skutek tego jest taki, że USA zwróciło się ku głębokiemu protekcjonizmowi, który leżał zakurzony w szafie od wielu lat. Zapomniano jednocześnie o benefitach, które niósł wolny handel. Gdyby ludzie po prostu wiedzieli, jak wiele rzeczy powstało dzięki handlowi międzynarodowemu, taka decyzja by nie przeszła.
Cła i historia zdecydowanie się nie lubią
Politycy lubią przerzucać się hasłami, które uderzają w globalizm. Nie powinno być jednak zdziwieniem, że tak jak w przypadku Donalda Trumpa, jest to nic innego jak mydlenie oczu nieświadomym wyborcom. O tym, co zawdzięczamy dzięki globalizmowi, można napisać książkę. Nie byłoby globalizmu bez wolnego handlu. Co więcej – według mnie to prawie jego synonim. Nie chodzi tutaj jednak o udowodnienie, że globalizm to kierunek idealny – bo takich nie ma. Potrzeba realistycznego podejścia, które nie będzie oparte na najniższych ludzkich instynktach. Warto zrozumieć, że demonizowanie globalizmu to nie strategia rozwoju, lecz polityczna zasłona dymna.
Jeśli rozwiązanie trapiących Amerykę problemów leży w metodach z lat 30. XX wieku, i do tego niesprawdzonych, to coś jest nie tak. Mowa oczywiście o ustawie Smoota-Hawleya, która w 1930 roku podniosła cła importowe na ponad 20 tys. produktów. Efekt dla Stanów Zjednoczonych był niezwykle bolesny – wiele krajów nałożyło cła odwetowe, co doprowadziło do spadku eksportu o 67%. Nie będzie zaskoczeniem, że Wielki Kryzys się tylko pogłębił.
Pamiętacie jak w 2018 roku Donald Trump nałożył cła 25% na stal i 10% na aluminium? Oficjalna przyczyna była taka, jak w większości przypadków – „ochrona krajowych producentów”. Efekt był taki, że w ciągu miesiąca od wprowadzenia ceł, ceny stali wzrosły o 5%, a aluminium o 10%. Congressional Budget Office ocenił, że cła wprowadzone miedzy styczniem 2018 a styczniem 2020 roku obniżyły realny PKB USA o 0,5% w 2020 roku i zwiększyły ceny konsumpcyjne o 0,5%. Przełożyło się to jednocześnie o średni spadek realnego dochodu gospodarstw domowych o 1277 dolarów w 2019 roku. Organizacja Tax Foundation oceniła, że koszt jednego uratowanego miejsca pracy w przemyśle stalowym wyniósł ok. 650 tys. dolarów.
Też mamy nakładać cła?
Co ma zrobić Polska i Unia Europejska w takiej sytuacji? W końcu dostaliśmy cła w wysokości 20% – jeśli ktoś myśli, że można przejść obok tego obojętnie, to się bardzo myli. Co prawda eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego ocenili, że w pesymistycznym przypadku wojna handlowa z USA może obniżyć polskie PKB o 0,43%, to nie zapominajmy o długotrwałych skutkach. W końcu najbardziej narażonym krajem na cła USA są Niemcy. Na przemysł motoryzacyjny nałożono cła w wysokości 25%. Dobrze wiemy, że z niemieckim przemysłem motoryzacyjnym nie jest najlepiej. Nawet jeśli nie odczujemy skutków ceł bezpośrednio, to jest jeszcze inna droga. Przecież Niemcy to największy partner handlowy Polski i innych krajów Unii Europejskiej. W Europie wszystko jest naczyniem połączonym.
W takim razie co mamy zrobić? Wdawać się w dalszą wojnę handlową i nakładać cła odwetowe? Obawiam się, że jest to najbardziej prawdopodobna decyzja unijnych władz. Taki obrót spraw byłby kolejnym ciosem w wolny handel. Należałoby jednak szukać kolejnych rozwiązań, które umożliwiłyby zrekompensowanie strat poniesionych w wyniku decyzji Donalda Trump. Wojna handlowa na jednym froncie to nie powód, aby nie działać inaczej na innych frontach.
Nie byłoby integracji europejskiej bez wolnego handlu. Tym bardziej jako Polacy powinniśmy o tym pamiętać. Pamiętamy dobrze, ile zawdzięczamy wolnemu handlowi i wolnej gospodarce przez ostatnie 35 lat. Nasz kraj zmienił się nie do poznania. Decyzja Donalda Trumpa powinna nas zainspirować do pójścia inną drogą. Trzeba szukać alternatyw. Nie nastawiajmy się od razu, że uda nam się zrekompensować wszystkie poniesione straty, ale chociaż ich część. Tak, żeby zasiać ziarno, które w przyszłości wykiełkuje. Unia Europejska powinna być bardziej niż kiedykolwiek otwarta na nowe kontakty.
To szansa na udowodnienie sobie, światu, a przede wszystkim USA, że to wolny handel jest słuszną drogą, a nie kolejne bariery i podziały. W końcu cały świat został dotknięty amerykańskimi cłami – dlaczego by nie wyciągnąć dłoni do innych krajów tak, aby mogły czerpać z korzyści europejskiego wspólnego rynku w większym stopniu? Kto wie, może pomysł dołączenia Kanady do Unii Europejskiej pewnego dnia będzie realną wizją, a nie tylko internetowym memem? Świat będzie szukać zamienników dla amerykańskich produktów – dlaczego by na tym nie skorzystać? Jak nie teraz, to kiedy?