Long story short: W jednej z korporacji połowa ludzi pracuje na etacie, połowa – na umowie zlecenia. Zaproszenia na wigilię firmową poszły do wszystkich, rozpoczęły się przygotowania, plany, nawet „Secret Santa” został już rozlosowany. I tutaj komunikat HR-u:
Firma zapłaci tylko za etatowców. Zleceniobiorcy – o ile chcą przyjść – mają zapłacić sami
Z punktu widzenia prawa sytuacja jest niestety dość prosta. Umowa o pracę daje pracownikowi status wynikający z Kodeksu pracy, ochronę socjalną, benefity, fundusz socjalny, integracje. Umowa zlecenia – nie. Zleceniobiorca jest w teorii „podmiotem zewnętrznym”, nawet jeśli od miesięcy siedzi przy tym samym biurku i robi dokładnie to samo co pracownik na etacie.
Przepisy nie nakładają na pracodawcę obowiązku finansowania integracji dla osób na zleceniu. Nie jest to też klasyczna dyskryminacja w rozumieniu prawa pracy, bo różne formy zatrudnienia = różne reżimy prawne.
Ale to, że coś jest legalne, nie oznacza, że jest przyzwoite.
W tej historii nie chodzi nawet o pieniądze. Chodzi o komunikat, który wysyła firma. Nie dość, że zleceniobiorcy mają gorsze warunki pracy, to nawet w kontekście tej całej świątecznej atmosfery, jednoczenia się, familijnego charakteru, przypomniano im, że są współpracownikami drugiej kategorii.
Najpierw pełne włączenie w życie zespołu, a potem szybkie przypomnienie, kto jest „wewnątrz”, a kto „na doczepkę”. Ktoś to nawet opakował w Excel pod nazwą „optymalizacja kosztów niekrytycznych”.
Szczególnie symptomatyczne jest to, że – jak wynika z relacji internauty – pomysł takiej „optymalizacji” narodził się lokalnie, w Polsce. Centrala była zaskoczona. W innych krajach nikt nawet nie wpadł na to, żeby dzielić ludzi przy wigilijnym stole według rodzaju umowy. To mówi bardzo dużo o kulturze zarządzania nad Wisłą.
Wielu przedsiębiorców w Polsce uwielbia mówić o „zachodnich standardach”, „nowoczesnym HR” i „dbaniu o ludzi”. Ale gdy przychodzi do elementarnego gestu – kawałka kolacji opłaconej dla całego zespołu – nagle wraca mentalność folwarku. Jest pan, są fornale, są bardziej i mniej uprawnieni do bycia traktowanymi jak ludzie.
Ta historia pokazuje też jeszcze coś: jak bardzo fikcyjna bywa granica między „pracownikiem” a „zleceniobiorcą” w korporacyjnej codzienności. Równe cele, równe obowiązki, równe deadline’y – ale nierówne miejsce przy stole. I co gorsza: często z pełną świadomością, że tak właśnie ma być. Ale tak naprawdę nie o to chodzi. Przecież po to jest wigilia firmowa, żeby te podziały zacierać.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj