Dopiero po śmierci spadkodawcy zaczyna się proces, w którym to osoba wydziedziczona musi wykazać, że zarzuty wobec niej były nieprawdziwe albo bezpodstawne. Zamiast klasycznego modelu, w którym udowadnia się komuś winę, mamy sytuację odwrotną – trzeba udowodnić własną niewinność.
Bardzo łatwo kogoś wydziedziczyć, ale wydziedziczonemu bardzo trudno udowodnić, że na to nie zasłużył
Art. 1008 Kodeksu cywilnego przewiduje katalog przesłanek do wydziedziczenia, ale moment ich wpisania do testamentu nie wymaga przedstawiania twardych dowodów. Nikt nie weryfikuje relacji rodzinnych na bieżąco, nie bada ich jakości ani intensywności. Wystarczy wskazać jedną z ustawowych przesłanek i ewentualnie ją doprecyzować poprzez krótki opis. Dopiero później – gdy spadkodawcy już nie ma – rozpoczyna się analiza, czy była ona prawdziwa. Prawo przewiduje trzy konkretne przesłanki wydziedziczenia i trzy sposoby jego podważenia, jednak w praktyce udowodnienie bezzasadności zarzutów bywa niezwykle trudne.
Przez to cały ciężar przenosi się na drugą stronę. Osoba wydziedziczona musi odtworzyć historię relacji, wykazać, że pomagała, utrzymywała kontakt, nie dopuściła się zarzucanych jej czynów albo że doszło do przebaczenia. Jednakże rutyna rzadko pozostawia po sobie materialne ślady. Rozmowy czy odwiedziny nie trafiają do dokumentów. Natomiast w sądzie liczą się przede wszystkim papiery.
W wojnie o spadek przygotujmy się na survival
Prawo wymaga udowodnienia czegoś, co z natury jest prywatne i nieformalne. Więzi rodzinne buduje się latami przez drobne gesty, pomoc, kontakt – a ich brak równie często wynika z decyzji obu stron. W postępowaniu spadkowym trzeba jednak pokazać konkrety: korespondencję, potwierdzenia przelewów, dokumentację medyczną, zeznania świadków (a ci w sądzie często raptem wszystko zapominają, mimo że wcześniej plotkowali jak najęci). Bez mocnych dowodów testamentu nie da się podważyć. Zostaje nam scenariusz najgorszy z możliwych: szermierka słowna.
Przez to wydziedziczenie jest narzędziem działającym natychmiast i jednostronnie. Jedna osoba podejmuje decyzję, a druga – gdy ma taką chęć – musi ją podważać w długiej i emocjonalnej procedurze, która zwykle jest skazana na porażkę. Warto przy tym pamiętać, że samo pominięcie w testamencie to jeszcze nie wydziedziczenie – pominięty spadkobierca zachowuje prawo do zachowku, co stanowi istotną różnicę.
Instytucja wydziedziczenia sprzyja wydziedziczającemu, nawet jeśli wydziedzicza on bezpodstawnie
Współczesne podejście do dziedziczenia łączy kwestie majątkowe z oceną relacji. Testament – oprócz bycia suchym podziałem dóbr – zaczyna szerzej funkcjonować jako forma podsumowania więzi: nagroda albo kara.
W momencie sporządzania testamentu ta ocena pozostaje wyłącznie punktem widzenia testatora, będącego być może pod wpływem nieprzyjaznych nam osób albo chwilowego wzburzenia. Możliwość weryfikacji pojawia się dopiero wtedy, gdy nie można już zadać najważniejszych pytań osobie, która nas wydziedziczyła. Z góry znajdujemy się na przegranej pozycji umocowanej na – z punktu widzenia sądu – marnych jakościowo domysłach. Nie jest bowiem łatwo wykazać, że spadkodawca działał w stanie wyłączającym świadome albo swobodne powzięcie decyzji i wyrażenie woli, pod wpływem błędu czy groźby.
Mechanizm wydziedziczenia pokazuje, jak łatwo sformalizować rzeczywistość poprzez postawienie jednej strony w uprzywilejowanej pozycji i zmuszenie drugiej do udowadniania własnej niewinności. I jak trudno w języku dowodów opowiedzieć historię relacji, które przez lata toczyły się poza dokumentami. Jedno jest natomiast pewne – nawet skuteczne wydziedziczenie nie zamyka drogi zstępnym wydziedziczonego, którzy mogą dochodzić zachowku w jego miejsce.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj