1. Home -
  2. Praca -
  3. ZUS nie zbankrutuje. Ale za to jeden pracownik będzie musiał utrzymać jednego emeryta

ZUS nie zbankrutuje. Ale za to jeden pracownik będzie musiał utrzymać jednego emeryta

Najnowsza, długoterminowa prognoza ZUS-u, wybiegająca aż do 2080 r., ostatecznie rozprawia się z dwoma skrajnymi mitami. Pierwszym jest wizja plajty państwowego ubezpieczyciela - dokument jasno wskazuje, że ZUS jako instytucja przetrwa, a wypłaty świadczeń nie są zagrożone. Drugim mitem jest jednak nadzieja na samofinansowanie się systemu. Co więcej, ciężar jego utrzymania będzie wyjątkowo dotkliwy.

Deficyt wpisany w DNA systemu. Do emerytur i rent trzeba będzie dopłacać

Prognoza FUS nie pozostawia złudzeń - dziura budżetowa w funduszu emerytalnym jest zjawiskiem trwałym. W bieżącym roku dopłata z budżetu państwa wynosi 81 mld zł, ale kwota ta będzie systematycznie rosnąć. W perspektywie roku 2080 deficyt ma przekroczyć nominalnie pół biliona złotych. Choć kwota ta, po uwzględnieniu inflacji (realna wartość na poziomie dzisiejszych 136 mld zł), nie poraża tak mocno jak w ujęciu nominalnym, to kluczowa jest jej relacja do PKB.

Najtrudniejszy egzamin czeka finanse publiczne w latach 2045–2060. To wówczas deficyt FUS w relacji do PKB przekroczy 3 proc., a w wariancie pesymistycznym zbliży się do 4 proc.

Jest to efekt "przechodzenia przez system” wyżów demograficznych z lat powojennych i lat 80. XX wieku. W tym okresie blisko 8 proc. wszystkich wydatków sektora publicznego może być przeznaczane wyłącznie na zasypywanie dziury w ZUS, co drastycznie ograniczy pole manewru w innych obszarach, takich jak zdrowie czy inwestycje.

Zobacz też: Nie, ZUS nie jest piramidą finansową. Choć może sprawiać takie wrażenie

Demografia nie bierze jeńców. Płatników po prostu ubywa

Problemem, którego na ten moment nie można sensownie rozwiązać, jest kurcząca się baza płatników. Prognozy są bezlitosne; liczba osób ubezpieczonych (pracujących) spadnie z obecnych ponad 16 mln do zaledwie 10 mln w 2080 r. Równocześnie liczba emerytów powiększy się z 7,5 mln do blisko 10 mln.

Wskaźnik obciążenia systemowego, wynoszący obecnie 0,46 (czyli ponad dwóch pracujących na jednego emeryta), będzie nieuchronnie rósł, by pod koniec prognozowanego okresu zbliżyć się do jedności.

W praktyce oznacza to gospodarczą wersję "jeden na jednego" - każdy aktywny zawodowo Polak będzie musiał utrzymać statystycznego emeryta. To ogromne wyzwanie nie tylko dla systemu ubezpieczeń, ale dla całego rynku pracy i systemu podatkowego.

Rządzący nie pomagają. Nowe świadczenia pogarszają sytuację

Paradoksalnie, polityka bieżąca często pogłębia, zamiast łagodzić te napięcia. Jak zwraca uwagę money.pl, wprowadzenie renty wdowiej od lipca 2025 r., choć społecznie oczekiwane, zmniejszyło wydolność funduszu emerytalnego o 0,4-0,8 punktu procentowego w długim horyzoncie. Co więcej, prognoza ZUS nie obejmuje kosztów tzw. trzynastych i czternastych emerytur, które są finansowane bezpośrednio z budżetu państwa, a nie z FUS. A to dodatkowo zaciemnia rzeczywisty obraz kosztów starzenia się społeczeństwa.

Dlaczego zatem, mimo tak dramatycznych zmian w proporcjach pracujący-emeryci, system się nie zawali? Odpowiedzią jest spadająca stopa zastąpienia. Relacja pierwszej emerytury do ostatniej pensji będzie maleć, co oznacza, że świadczenia przyszłych emerytów będą relatywnie niższe niż obecnych. To mechanizm "samoregulacji" systemu zdefiniowanej składki - skoro wpłacamy mniej (bo krócej pracujemy lub jest nas mniej), to wyciągamy mniej.

Rodzi to jednak potężne ryzyko polityczne. Rosnąca rzesza emerytów, stanowiąca coraz większą siłę wyborczą, może nie zaakceptować "głodowych" świadczeń wynikających z algorytmu. Wówczas presja na polityków, by dosypywać pieniądze spoza systemu (kolejne dodatki, waloryzacje kwotowe), stanie się nie do zatrzymania, ostatecznie burząc założenia dzisiejszych prognoz.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi