1. Home -
  2. Biznes -
  3. Są trzy typy nieruchomości, które deweloperom chce się jeszcze budować poza Warszawą

Są trzy typy nieruchomości, które deweloperom chce się jeszcze budować poza Warszawą

Wielkie aglomeracje przyciągają nagłówki, ale gros łopat wbija się dziś poza nimi. W minionym roku w sześciu największych miastach oddano ok. 45 tys. mieszkań i domów, podczas gdy w mniejszych ośrodkach – niemal dwa razy więcej, bo aż 80 tys.

Jerzy Wilczek23.08.2025 8:22
Biznes

Jak wynika z najnowszych szacunków JLL, polskie budownictwo mieszkaniowe wcale nie jest z definicji wielkomiejskie. Źródłem podaży stają się lokalne rynki, przedmieścia i miejscowości wakacyjne.

Najmocniej pracują tzw. obwarzanki: gminy i powiaty okalające metropolie

W ostatnich latach powstawało tam średnio ok. 20 tys. lokali rocznie, z dużym udziałem domów w zabudowie szeregowej i bliźniaczej (ok. 10 tys. rocznie). Na mapie wyróżniają się obrzeża Warszawy, Trójmiasta, południe od Wrocławia, Wieliczka przy Krakowie oraz okolice Poznania. Krótko mówiąc: im dalej od ścisłego centrum, tym częściej widzimy płotki wokół nowych osiedli.

To nie jest przypadek. Po pierwsze – hybrydowa praca nauczyła nas, że trzy dni bez biura nie muszą oznaczać społecznej izolacji. Jeśli dojazd „w te dni biurowe” nie zabija, zyskujemy ciszę, ogród i metrówkę, na którą nie byłoby szans w mieście.

Po drugie – przez ostatnie lata miasta i państwo naprawdę dołożyły do dróg, tras S, węzłów przesiadkowych czy kolei aglomeracyjnej. Te inwestycje skonsumowały właśnie miejscowości satelickie. Po trzecie – cena.

Wyprowadzenie się za rogatki często przekłada się na dodatkowy pokój albo kawałek działki, a więc realny skok jakości życia przy tej samej zdolności kredytowej. To wszystko składa się na argument, który JLL podkreśla wprost: podmiejskie lokalizacje są popularne, bo są tańsze, cichsze i coraz lepiej skomunikowane.

Drugi biegun to miasta regionalne – Szczecin, Lublin, Białystok, Rzeszów

Tu mieszkaniówka to przede wszystkim zabudowa wielorodzinna, a wolumen budów urosł do ok. 20 tys. lokali w minionym roku, czyli dwa razy więcej niż dekadę temu. Rzeszów wybija się wskaźnikiem „produkcji” na 1000 mieszkańców – porównywalnym do Gdańska czy Wrocławia – co potwierdza, że część ośrodków regionalnych przestała być peryferiami, a stała się alternatywnymi biegunami wzrostu.

Osobny, ale równie ciekawy rozdział to małe miasta – 30–100 tys. mieszkańców. W latach 2020–2024 powstawało tam średnio ok. 10 tys. mieszkań i domów rocznie, a kupującymi byli głównie lokalni nabywcy „na własne potrzeby”: pierwsze lokum albo poprawa metrażu. To ważne, bo pokazuje, że popyt nie jest wyłącznie spekulacyjny.

Tu decydują czynniki życiowe: bliskość rodziny, praca w lokalnym biznesie czy po prostu „chcemy zostać”. Deweloper, który potrafi dobrze odczytać takie mikropotrzeby – sensowny rozkład, miejsce na wózek, skrytki lokatorskie, parking bez polowania – wygrywa bez konieczności windowania standardu do „apartamentów”.

Na końcu są lokalizacje wakacyjne: morze, góry, jeziora

Tam widać dwie motywacje: własny „second home” do pracy zdalnej i weekendów oraz chęć zbudowania pasywnego dochodu z najmu krótkoterminowego. JLL notuje rosnący ruch w tym segmencie, interpretując go jako efekt bogacenia się społeczeństwa. Z mojej strony dodam łyżkę dziegciu: to segment najbardziej wrażliwy na regulacje (np. limity najmu) i sezonowość. Opłacalność potrafi wyglądać świetnie w tabelce, ale tonie, gdy dojdą serwis, pustostany i koszty finansowania. Mimo to trend „drugich domów” raczej będzie się umacniał – zwłaszcza jeśli hybryda pracy zostanie z nami na stałe.

Czy tej podaży poza metropoliami będzie jeszcze więcej? JLL studzi entuzjazm i słusznie. Demografia jest bezlitosna, a mniejsze ośrodki kurczą się szybciej niż duże. „Pewniakami” w perspektywie kilkunastu lat pozostają duże miasta i ich obwarzanki – tam koncentrują się miejsca pracy, edukacja i usługi – oraz, z nazwy, Rzeszów. Tu zgoda. Jeśli dodać do tego drożejące grunty w centrach i rosnące oczekiwania co do zieleni i prywatności, przedmieścia będą naturalnym buforem podaży. Ale nie wszystkie małe miasta uciągną wieloletnie serie inwestycji – część już dziś działa na pojedynczych, dopasowanych do lokalnego popytu projektach i to jest zdrowy poziom ambicji.

Co z tego wynika dla kupujących?

Po pierwsze – warto przestać fetyszyzować „adres”. Dojazd 25–35 minut w obie strony w dobrze zaprojektowanej infrastrukturze bywa mniej bolesny niż codzienny korek przez pół miasta. Po drugie – w małych ośrodkach kluczowe jest sprawdzenie jakości wykonawcy, bo rynek bywa płytki, a lokalni deweloperzy to często jakościowa trzecia liga.

A dla deweloperów? Ci, którzy wchodzą do małych miast z kalką z metropolii, zwykle przepłacają i przeskalowują ryzyko. Wygrywają ci, którzy budują etapami, pilnują kosztów eksploatacji (nie każdy potrzebuje hali garażowej) i projektują produkt „w punkt” – bez marnowania metrów na wspólne przestrzenie, których nikt później nie używa.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi