Rzecznik rządu przyznaje: nikt nie zbadał jak koronawirus roznosi się w poszczególnych sektorach gospodarki w Polsce

Państwo Zdrowie dołącz do dyskusji (89) 26.01.2021
Rzecznik rządu przyznaje: nikt nie zbadał jak koronawirus roznosi się w poszczególnych sektorach gospodarki w Polsce

Maciej Bąk

Przedstawiciele zamkniętych branż od wielu miesięcy proszą o to, by rząd pokazał wyniki badań pokazujących gdzie najłatwiej się zarazić. Dziś dowiedzieliśmy się, że takich polskich badań… nie ma. Rząd opiera się na publikacjach naukowych, bazujących na tym co działo się w Stanach Zjednoczonych. Czy faktycznie, jak twierdzi rzecznik rządu, sytuacja w Polsce i USA jest analogiczna?

Gdzie najłatwiej się zarazić? Rząd tego nie sprawdzał

Trwa gorąca dyskusja wokół tego, które branże gospodarki można otworzyć najpierw. Stosunkowo niewielka liczba codziennych zakażeń (średnio około 5-6 tysięcy) może skłaniać do tego, by ogłosić koniec narodowej kwarantanny. Rząd jednak widzi to, co dzieje się w innych europejskich krajach, dlatego do luzowania obostrzeń pochodzi bardzo ostrożnie.

Dziś rzecznik rządu Piotr Muller powiedział w Polsat News, że – wbrew wcześniejszym plotkom – premier Mateusz Morawiecki we wtorek nie ogłosi decyzji w sprawie częściowego otwarcia gospodarki. Przy okazji prowadzący rozmowę Marcin Fijołek zapytał ministra o to, na podstawie jakich badań rząd podejmuje decyzje o nałożeniu restrykcji. Piotr Muller odpowiedział:

Bazujemy tutaj miedzy innymi na tych badaniach, które pojawiły się w czasopiśmie Nature. To jedno z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych na świecie, które badały mozliwość transmisji wirusa w poszczególnych miejscach.

Dopytywany o to czy istnieją polskie analizy transmisji wirusa, rzecznik rządu odparł:

Nie sposób przeprowadzić badań kiedy mamy zamknięte poszczególne sektory gospodarki. Bo siłą rzeczy te badania się prowadzi porównując dane przy zamkniętych i otwartych obiektach.

Rząd zatem opiera się na badaniach przeprowadzonych w USA, bo „ten wirus jest analogiczny”.

Czy polskie badania faktycznie są zbędne?

Nie można odmówić publikacjom w czasopiśmie Nature rzetelności – to pewne. Pod tym kątem argumenty rzecznika rządu są absolutnie logiczne. I z całą pewnością jest tak, że branże najbardziej ryzykowne (takie jak chociażby branża eventowa) są tak samo ryzykowne zarówno w USA, jak i w Polsce, Chinach czy Rosji. Problem polega na tym, że różne kraje bardzo różnie pochodzą do nakładanych na ludzi restrykcji.

Najlepszy przykład to Wielka Brytania. Tam życie społeczne praktycznie nie istnieje już od blisko roku (np. koncertów nie odmrożono nawet w wakacje). Tymczasem wciąż jest tam problem z wprowadzaniem powszechnego obowiązku zakrywania twarzy. Trudno nam to sobie w Polsce wyobrazić, ale jeszcze kilka dni temu trwała na wyspach dyskusja wokół tego czy ochroniarze w sklepach mogą nie wpuszczać osób bez maseczek. W naszym kraju z kolei zasłanianie ust i nosa stało się już niemal całkowicie powszechne. Antymaseczkowca spotkać na ulicy jest coraz trudniej – i bardzo dobrze!

Tymczasem w Polsce, pomimo tego że do wielu zasad sanitarnych stosujemy się wzorowo, nie możemy pojechać na narty, ale możemy stłoczyć się w sklepie wielkopowierzchniowym, by przez kilka godzin robić zakupy. A przecież we wspomnianym Nature wyraźnie pokazane jest, że w tego typu obiektach transmisja koronawirusa jest bardzo intensywna. Podobnie zresztą jak w miejscach kultu. W Polsce jednak otwarte kościoły to już sanitarny standard, który przestał już kogokolwiek dziwić.

Mieliśmy czas wykonać swoje badania

Trzeba też koniecznie odnieść się do słów rzecznika rządu, który powiedział że nie dało się przeprowadzić takich badań w Polsce, bo gospodarka była zamknięta. A przecież nie była. Mieliśmy chyba najweselsze wakacje w Europie, w górach i nad morzem były tłumy, ba, w Polsce odbyła się nawet część festiwali muzycznych. W moim Gdańsku codziennie na terenach postoczniowych bawiły się prawdziwe tłumy. A mimo wszystko wzrost zakażeń pojawił się dopiero po powrocie dzieci do szkół. Była więc doskonała okazja, żeby zbadać jak poszczególne luzowania obostrzeń wpływają na transmisję wirusa.

Jedno jest pewne – niezależnie od przyjętej podstawy nałożenia restrykcji, na otwarcie gastronomii i fitness w lutym raczej nie ma szans. Rząd raczej szykuje się na powrót do w miarę normalnego działania galerii handlowych, być może otworzy też stoki narciarskie i częściowo hotele. Ale to będzie na tyle. Oczywiście, wydaje się to być zdroworozsądkowym rozwiązaniem. Ale wprowadzając je przydałoby się pokazać przedstawicielom innych branż wyniki badań mówiących: to jeszcze nie wasza kolej. I przy okazji zaprezentować wreszcie solidny pakiet pomocowy.

89 odpowiedzi na “Rzecznik rządu przyznaje: nikt nie zbadał jak koronawirus roznosi się w poszczególnych sektorach gospodarki w Polsce”

  1. > Antymaseczkowca spotkać na ulicy jest coraz trudniej

    Zawsze było, bo nikt nie ma na czole wypisane, czy naprawdę popiera, czy też jest przeciwko, a nosi z musu. Natomiast naocznie widzę, że ludzie którzy wychodzą nie do sklepu czy innego przybytku, a na spacer, z psem, na dziećmi z sanki itd. masek nie zakładają w ogóle, ewentualnie na brodę. I to nawet gdy jest mroźno. To naturalny odruch wobec nakazu, który na otwartej. niezatłoczonej przestrzeni jest bezsensowny, bo jak mogę kogoś zarazić li tylko przechodząc obok?

    • Pełna zgoda.
      Mieszkam w okolicy, gdzie poza „centrum dzielnicy” ulice są puste – chodząc bez maski nie mam kogo zarazić lub być zarażonym.
      Pracuję w historycznym centrum miasta słynnego turystyką, która teraz nie istnieje – ulice są puste, więc j.w.
      Maskę zakładam, wsiadając do pojazdu komunikacji miejskiej, do sklepu, lub kiedy wchodzę na przystanek gdzie jest więcej ludzi.
      Pozdrawiam.

    • Możesz nakasłać na drzewo, ktoś będzie przechodził, wirus na niego skoczy i nieszczęście gotowe. Dlatego zamykano lasy bo wirusy skaczą po ścianach i gałęziach.

  2. Badania wykona uczelnia Ojca Rydzyka. Na przyklad za drobne 100 milionów. (ironia)
    Teraz na serio – ale tu nie chodzi o to gdzie łatwiej czy trudniej zarazic się wirusem. Badania naukowców z jesieni mowiły wyraźnie iż transmisja wirusa odbywa się w około 70% w gospodarstwach domowych. Dlatego moim zdaniem puszczenie dzieci do szkół było wspaniałym, pokerowym zagraniem, w myśl analogicznej sytuacji do tej z Gry Endera w której wzięli udział w grze, nie bedąc świadomym, ze to tak naprawdę wcale nie jest gra a walka o najwyższą stawkę. To byla i jest nasza najlepsza armia, elita. Zbieramy teraz tego pozytywne konsekwencje. Nie twierdzę, że jestem miarodajny ale u nas pokot na około 8 osób (poza statystykami, bez służby zdrowia) nastąpił kiedy „młody” przyniósł „prezent” ze szkoly, właśnie na jesień, taki był wektor ataku bez wątpliwości. Idzie ku dobremu, pierwsza fala uderzyła już z hukiem o brzeg. Za burte wyrzucane nie byly te dzialy gospodarki gdzie prawdopodobienstwo bylo większe, lecz te (naj)mniej, wiem, bardzo subiektywna ocena, priorytetowe.

  3. Ba. Rząd nie dokonał ŻADNYCH poważnych badan w tym zakresie, ani na początku epidemii w kwietniu, maju, gdzie masa ludzi pozarażał się jeszcze w pierwszym kwartale i przechorowała to. Nie było masowych badań na przeciwciała, które powinny obejmować osoby, które miały objawy. Nie był żadnych badań szczegółowych w lecie, a tym bardziej na jesień. Rząd zachowywał się jak stado jeleni w lesie. Jak jeden skręcił w lewo, reszta też skręciła. Obostrzenia w Polsce od początku wzbudzały zdziwienie swoim nierozsądnym działaniem, szkodzeniem ludziom i biznesowi, który przecież płaci podatki i utrzymuje system zdrowia. Ostatni w zeszłym tygodniu był taki news z badań nauczycieli. To chyba była pierwsza grupa społeczna, która została na poważnie sprawdzona. Okazało się, że tylko 2 % nauczycieli miało pozytywny wynik. A co ważniejsze, gdyby to przełożyć na całą populację Polaków mogło by się okazać, że nawet 15-16 mln mogło się już zarazić. A nie tak jak pokazują różne dane 5-6 mln. Istotą obecnych działań powinno b yć już nie tylko minimalizowanie ilości zarażonych, ale i próba dostosowania się do rzeczywistości, która nas otacza, wirusa, jego działania. Tego, że rozpoczęto szczepienia na grupach podwyższonego ryzyka. To wszystko powinno być dokładnie zbadane. Ale mamy od pewnego czasu państwo z kartonu, a teraz karton namókł i drze się w każdy miejscu..

  4. Ja mogę tylko napisać, że wiele sektorów nie ma jak zarażać – np. w kinie maseczki były obowiązkowe. Tak samo jak dezynfekcja, limity – odstępy itd. i co?
    Nic dobrego – oprócz zdenerwowanych wyproszonych kilku klientów (bo litości nie było) to żadnych pozytywów w tej sytuacji. Nikt się nie zaraził, nie znam kina aby się w nim ktoś zaraził.
    I co? Potraktowali kina jak śmieci – jakby masowo ludzie w nich umierali.
    A kościoły otwarte.

  5. W naszym kraju z kolei zasłanianie ust i nosa stało się już niemal
    całkowicie powszechne. Antymaseczkowca spotkać na ulicy jest coraz
    trudniej – i bardzo dobrze!

    Zasłanianie ust, owszem, ale nie nosa. Ja za każdym razem, gdy jestem w mieście widzę pełno pinokiów. Poza tym nie oszukujmy się – co z tego, że ktoś ma „zasłoniętą” twarz? Żeby to rzeczywiście dawało efekt maska musi być odpowiednio skonstruowana.

    Dlatego twierdzenie, że Polska ma na tym polu jakieś realne osiągnięcia jest śmieszny, bo z praktycznego punktu widzenia większość z tych ludzi mogłaby chodzić bez „maski” i efekt byłby podobny. I nie jest to tylko moje zdanie; to samo mówią lekarze. Dlatego w jednym z krajów (nie pamiętam jednak konkretnie w którym) pojawiła się propozycja, żeby wymagać noszenia masek z konkretnym standardem.

    Co do badań – przypomnę choćby amantadynę. Trzeba było medialnego szumu, żeby ktoś się tym zainteresował i zaczęto przeprowadzać prawdziwe badania pod kątem skuteczności w leczeniu nim koronawriusa.

    • Poza tym nie oszukujmy się – co z tego, że ktoś ma „zasłoniętą” twarz? Żeby to rzeczywiście dawało efekt maska musi być odpowiednio skonstruowana.

      Maseczka chirurgiczna jest dostatecznie dobra, maski płócienne gorzej, co zależy od ilości warstw. Ale zdecydowanie lepsza maska płócienna niż nic, więc totalnie się nie zgadzam. Nawet te 50-60% robią całkiem dużo, bo chodzi o to, by trafiło jak najmniej wirusów, to wtedy będzie łagodniejsza choroba, a może nawet organizm zwalczy sam z siebie, jeśli będzie dostatecznie mały.
      Z innej strony, pomysł tamtego kraju nie jest głupi, ale to trzeba wiedzieć, o który chodzi, bo mogą być inne przeszkody (np. w Unii mogłoby upierać się o wspólny rynek).

      Co do badań – przypomnę choćby amantadynę. Trzeba było medialnego szumu, żeby ktoś się tym zainteresował i zaczęto przeprowadzać prawdziwe badania pod kątem skuteczności w leczeniu nim koronawriusa.

      Nie trzeba było, bo była badana od marca-kwietnia (nie w Polsce), a i dwa zespoły badawcze (w Szczecinie i Lublinie) publikowały swoje spostrzeżenia w czerwcu bodajże (i od tego czasu była cisza).
      Po prostu tamten kolega z Lublina przysłonił koledze z Przemyśla dupsko, żeby nie poszedł siedzieć za przeprowadzanie badań klinicznych naruszając prawa pacjentów, na co jak najbardziej zasługiwał. + sam typek (ten przemyski) dał opis, od którego bullshitem wiało z siedmiu mil. Przypomnę także, że do października nie byłoby za bardzo na kim badać tę amantadynę, natomiast po wielkim wysypie zakażeń stało się to w sumie możliwe. Komisje bioetyczne nie wydają z kolei decyzji natychmiast, no i przygotowanie dokumentacji to trochę czasu.
      Zatem na ile to był zbieg czasu, a na ile skutek presji na naukowców (zazwyczaj niedziałający, bo opinię MSM na temat ich prac naukowych sami naukowcy często mają w dupie i słusznie) – tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *