Europejscy przywódcy stają murem za Danią oraz Grenlandią i mówią Donaldowi Trumpowi "nie"
Amerykanie w sobotę 3 stycznia porwali prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro wraz z żoną i przewieźli do Stanów Zjednoczonych, żeby postawić mu zarzuty karne. Będzie sądzony przez sąd w Nowym Jorku za "uczestnictwo w zmowie narkoterroryzmu", przemyt kokainy do USA oraz – z jakiegoś powodu – dwa zarzuty posiadania karabinów maszynowych. W międzyczasie w Wenezueli najwyraźniej dalej rządzi ten sam reżim, który po prostu zaczyna się dogadywać z Donaldem Trumpem. Ten zaś wydaje się zainteresowany przede wszystkim wenezuelską ropą, a jego podwładni starają się przekonać Kongres, że ujęcie Maduro wcale nie było wojną, której prezydentom USA nie wolno samodzielnie rozpoczynać, ale operacja organów ścigania przeciwko przestępcom. Można by ją równie dobrze określić mianem "specjalnej operacji wojskowej".
W tym momencie cały świat zastanawia się, co USA zrobią teraz. Rozważania są o tyle zasadne, że przedstawiciele administracji Trumpa i on sam czynią aluzje wobec kolejnych państw. Oberwało się Kolumbii, która najgłośniej protestowała przeciwko atakowi na Wenezuelę. Trump wielokrotnie sugerował, że chętnie zabrałby się za Meksyk, który uważa – nie bez racji – za państwo kontrolowane przez tamtejsze brutalne kartele narkotykowe. Niektórzy komentatorzy sugerują także rozprawę z komunistycznymi władzami na Kubie. Z europejskiej perspektywy najważniejszy okazał się powrót do marzeń Donalda Trumpa o aneksji Grenlandii.
W niedzielę ogłosił on znowu, że Stany Zjednoczone potrzebują wyspy ze względów bezpieczeństwa. Nie jest żadną tajemnicą, że jego wysłannicy w ostatnich miesiącach próbowali kusić mieszkańców Grenlandii. Zostali wręcz ostentacyjnie zignorowani przez Grenlandczyków. W grudniu zaś mianował gubernatora Luizjany Jeffa Landry'ego swoim specjalnym przedstawicielem do spraw wyspy. Teraz doradca ds. bezpieczeństwa krajowego Stanów Zjednoczonych Stephen Miller nie tylko podważył duńskie zwierzchnictwo nad spornym terytorium, ale też niemalże otwarcie grozi przejęciem Grenlandii siłą.
Nikt nie będzie walczył zbrojnie ze Stanami Zjednoczonymi o przyszłość Grenlandii. [...] Żyjemy w świecie, w realnym świecie rządzonym siłą, potęgą (…) To są żelazne prawa tego świata od zarania dziejów.
Na reakcję Europy nie trzeba było długo czekać. Przywódcy państw naszego kontynentu w specjalnie wydanym oświadczeniu stanęli murem za Danią oraz Grenlandią.
Grenlandia należy do jej mieszkańców. To wyłącznie Dania i Grenlandia mają prawo decydować w sprawach dotyczących Danii i Grenlandii.
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Wielkie pieniądze i wielkie ego prezydenta USA
Ktoś mógłby stwierdzić, że to po prostu kolejny wyskok administracji Donalda Trumpa. Owszem, lekceważenie Europy i zapatrzenie w metody stosowane przez totalitarne reżimy Rosji i Chin stanowią już swego rodzaju stałą tej prezydentury. Możemy również się zastanawiać nad tym, czy Trump rzeczywiście spróbuje przejąć Grenlandię siłą i co się wtedy stanie. Mowa w końcu o ataku jednego członka NATO na drugiego. Warto się jednak pobawić w adwokata diabła i zastanowić się nad tym, o co tu właściwie chodzi amerykańskiej administracji.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Donald Trump chce po prostu zasłynąć jako ten prezydent, który powiększył terytorium USA o jakiś imponujący kawał lądu. Grenlandia idealnie się do tego nadaje. Jest duża, wyjątkowo dobrze widoczna na mapie. Do tego jest wyjątkowo słabo zaludniona. Nie ma przy tym znaczenia, że wyspa już teraz jest objęta gwarancjami NATO jako autonomiczna część Danii, a Stany Zjednoczone posiadają tam bazę wojskową. Bazą Pituffik zarządzają obecnie tamtejsze Siły Kosmiczne będące nominalnie częścią lotnictwa USA.
Kolejnym ważnym tropem są surowce. Grenlandia dysponuje ogromnymi zasobami właściwie wszystkiego, co dzisiejszym gospodarkom jest naprawdę do szczęścia potrzebne: pierwiastki ziem rzadkich, uran, gaz ziemny, ropa naftowa, wszelkiego rodzaju metale. Wraz z globalnym ociepleniem zasoby te stają się możliwe do eksploatowania. Sama Grenlandia za bardzo tego nie robi. Jej gospodarka opiera się przede wszystkim na rybołówstwie, turystyce i dotacjach płynących z Kopenhagi.
Donald Trump przekonywał niedawno, że Grenlandia jest "pełna rosyjskich i chińskich statków". Już w marcu zeszłego roku Władimir Putin przekonywał, że Rosja nie ma nic wspólnego z wyspą. Najprawdopodobniej w ten sposób próbował podpuścić prezydenta USA, by ten katastrofalnym wyskokiem zniszczył NATO od środka. O ile Rosja jest zbyt słaba, by rzeczywiście umościć się na Grenlandii, o tyle Chiny rzeczywiście próbują zaznaczyć swoją obecność na wyspie od co najmniej 2020 r. Mowa przede wszystkim o gospodarce oraz polityce.
Ludzie Trumpa w jednym mają rację: Grenlandia sama w sobie nie jest w stanie kontrolować swojego terytorium i zasobów
Trudno byłoby argumentować, że autonomiczna Grenlandia pod duńską kontrolą stanowi jakiekolwiek zagrożenie dla bezpieczeństwa USA. Nie ma się co oszukiwać: Amerykanie przez długie lata praktycznie ignorowali chińską infiltrację gospodarczo-kulturową na własnym terytorium. Mam na myśli nie tylko przyczyny awantury o Huawei i poprzedniej wojny handlowej Chiny-USA, ale także amerykański przemysł rozrywkowy od lat robiący wszystko, byleby tylko podlizać się Pekinowi. Równocześnie administracja Trumpa nie robi zbyt wiele, by powstrzymać chińską ekspansję w rejonie Pacyfiku. Pod tym względem wykazuje się tą samą indolencją, jaką sama zarzuca Europejczykom.
Wydaje się więc, że najważniejszą przyczyną grenlandzkiej obsesji Trumpa jest zwykła chęć zagarnięcia bogatego terytorium i zapisania się nie tylko może w historii, ile na mapie świata. Jest jednak jedna kwestia, w której Amerykanie mają trochę racji. Grenlandia ma bardzo szeroką autonomię. Mieszkańcy wyspy kontrolują terytorium o ogromnej powierzchni i znaczeniu strategicznym. Nie da się jednak ukryć, że sami nie są w stanie go utrzymać, gdy światowe potęgi ostrzą sobie na nie zęby. Mamy do czynienia z wyspą o populacji zbliżonej do Zgierza czy Świdnicy. Grenlandia nie należy do Unii Europejskiej, bo nie chciała należeć. W 1985 r. zrezygnowali z członkostwa w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. Pod względem gospodarczym jest praktycznie całkowicie zależna od Danii. Wspomniane dotacje z Kopenhagi stanowią 40 proc. jej budżetu.
Dlaczego więc europejscy przywódcy kładą tak duży nacisk na wolę garstki mieszkańców wyspy? Zapewne chodzi o antykolonializm. Szeroka autonomia Grenlandii została ustanowiona w 1979 r., a więc w okresie, gdy upadały ostatnie relikty europejskiego kolonializmu na świecie.
Owszem, Europa powinna stać murem za Duńczykami i nie pozwolić, by narcystyczny megaloman akurat będący prezydentem USA zajmował europejskie terytorium. Nie ma przy tym znaczenia, czy wybierze przekupstwo, szantaż, podstęp czy przemoc. Należy jednak zachować realizm, co do faktycznej podmiotowości lokalnych władz w Nuuk. Gdyby Dania nie powiedziała "nie", to zasoby Grenlandii już dawno eksploatowałyby amerykańskie korporacje.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj