1. Home -
  2. Społeczeństwo -
  3. Urzędnik chętnie zrobi z ciebie właściciela kota. Mimo że nakarmiłeś zwierzaka tylko raz

Urzędnik chętnie zrobi z ciebie właściciela kota. Mimo że nakarmiłeś zwierzaka tylko raz

Na papierze wszystko wygląda wzorcowo: programy opieki uchwalone, kwoty wpisane, obowiązki jasno określone – koty wolno żyjące powinny być zadbane. W rzeczywistości jednak zdarza się zaobserwować ciche przesuwanie odpowiedzialności. Bywa że urzędnicy, zamiast natychmiast wziąć się do roboty i zadbać o zwierzę, próbują kota komuś „przypisać”. Bo jeśli jest on właścicielski, gmina nie musi się nim opiekować i na niego wydawać. Proste? Aż za bardzo.

Status kota ma ogromne znaczenie, ponieważ od jednej definicji zależy, kto płaci za leczenie czy karmę.

Kot wolno żyjący nie jest kotem bezdomnym

Z punktu widzenia prawa kot bezdomny i kot wolno żyjący to dwa różne światy. Kot bezdomny to zwierzę, które utraciło opiekuna i nie radzi sobie dobrze na wolności (wtedy np. trafia do schroniska), natomiast kot wolno żyjący urodził się na wolności i jest częścią ekosystemu, samodzielnie zdobywa pożywienie i instynktownie broni swojego terytorium. Nie wolno go krzywdzić ani przepędzać. Powinien być wspierany przez gminę w miejscu bytowania, np. poprzez dokarmianie. Aczkolwiek opieka to obok dostarczania jedzenia także leczenie i sterylizacja (kastracja) oraz dostęp do schronienia. I tu zaczyna się administracyjna gra pozorów.

Jeśli kot zostanie uznany za czyjegoś, obowiązek zadbania o zwierzaka przez gminę znika. Z punktu widzenia urzędników lepiej więc komukolwiek kota wolno żyjącego „wepchnąć” niż organizować mu przynajmniej doraźną opiekę. Da się usłyszeć: skoro już się pan tym kotem zajął, to proszę się nim dalej zajmować, bo my nie mamy co z nim zrobić.

Tymczasem prawo mówi wprost: gmina jest zobowiązana do zapewnienia opieki nad kotami wolno żyjącymi. To nie jest dobra wola ani projekt wizerunkowy czy element kampanii informacyjnej. To obowiązek przypisany ustawowo (art. 11a Ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt).

„Nie mamy pieniędzy” to najwygodniejsza wymówka będąca klasycznym przykładem spychologii

Gdy znajdujemy kota w potrzebie, nie zawsze od razu mamy pewność, czy ma właściciela, ale jeśli nie posiada obroży czy chipa, traktujemy go jako zwierzaka pozbawionego opiekuna – będącego „własnością” gminy.

Wiele urzędów niestety próbuje uchylać się od obowiązków i tłumaczy się brakiem pieniędzy lub miejsca albo tym, że skoro ktoś dokarmia kota, to przejmuje za niego odpowiedzialność. To jeden z najczęściej powielanych mitów, który w starciu z urzędnikami staje się dla nich wygodnym narzędziem do przerzucania wszystkiego na obywatela. Tymczasem nawet okazyjne dokarmianie przez panią czy pana z sąsiedztwa nie zmienia statusu kota. Miseczka z karmą automatycznie nie czyni kota zwierzęciem właścicielskim. Wygodne argumenty, że to „koty dzikie” i należy zostawić je naturze również lepiej włożyć między bajki. Należą one do typowej urzędniczej zasłony dymnej i nic nie znaczą.

Każdego roku w budżecie gminy muszą być zabezpieczone pieniądze na dokarmianie, leczenie, sterylizacje, umowy ze schroniskami i lecznicami, a także inne działania ograniczające bezdomność – kropka. Jeśli urząd odmawia pomocy, zażądajmy wyjaśnień na piśmie – często tyle wystarczy, aby nagle pieniądze się znalazły, a problem przed minutą rzekomo nie do rozwiązania, okazał się jednak rozwiązywalny.

Warto też wcześniej ustalić, z jaką lecznicą gmina ma podpisaną umowę, bo pomoc musi być dostępna całodobowo (zapewnienie całodobowej opieki weterynaryjnej w przypadkach zdarzeń drogowych z udziałem zwierząt jest wymagane ustawowo!). W zależności od pory dzwoń do urzędu, straży miejskiej albo na komisariat i zażądaj udzielenia ci wskazówek co do sposobu zaopiekowania się zwierzęciem. Nie każdy czuje się na siłach, by stanowczo rozmawiać z urzędnikami – i to zrozumiałe – ale nie można godzić się na zrzucanie odpowiedzialności na mieszkańców. Gmina ma obowiązek udzielić pomocy zwierzakowi i jako obywatele mamy prawo takiej pomocy od gminy wymagać.

Dziury w systemie łatają ludzie dobrej woli wrażliwi na krzywdę

Gdy pieniądze zapisane w programach i przewidziane np. na dokarmianie są przez gminy oszczędzane, a nie wydawane mimo potrzeb, powstaje luka. Tę lukę wypełniają ludzie dobrej woli, w tym wolontariusze wrażliwi na krzywdę zwierząt. Poświęcają na pomoc oprócz własnych pieniędzy również swój teoretycznie wolny czas. Oficjalnie ich działania są dobrowolne, więc pieniądze za tę często „pracę po pracy” im się nie należą, jednak bez ludzi dobrej woli system by się zawalił. Jako że Polska jest krajem zbiórek, wsparcie bardzo często opiera się dodatkowo na wpłatach od innych zwierzolubów.

Bezdomność zwierząt w Polsce jest przytłaczająca i pochłania ogromne pieniądze. Ostrożnie szacuje się ją na milion przypadków, przy czym tylko w 2023 roku na opiekę nad bezdomnymi zwierzętami polskie gminy wydały 355 mln zł.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi