Był taki czas, gdy politycy forsowali spółkę cywilną jako alternatywę dla związków partnerskich
Postawmy sprawę jasno: małżeństw jednopłciowych w Polsce nie będzie w dającej się przewidzieć przyszłości. Nie będzie też związków partnerskich. Przyjęty niedawno przez rząd projekt ustawy o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu również nie ma szans powodzenia. Z kancelarii prezydenta Karola Nawrockiego płyną jednoznaczne sygnały, że głowa państwa taką ustawę zawetuje. Dlaczego? Zamiast skupić się na symbolice i sprawach życia codziennego, autorzy projektu postanowili "na osłodę" forsować umieszczenie w nim małżeńskich przywilejów podatkowych, co wydaje się niemalże idealnym pretekstem do zawetowania takiej ustawy. O ile oczywiście zdoła ona wyjść z Sejmu.
Pary jednopłciowe i heteroseksualne konkubinaty nie mają co liczyć na ustawodawcę. Czy mają więc jakąkolwiek opcję w przepisach obowiązującego prawa? Politycy lubili swego czasu przedstawiać spółkę cywilną jako alternatywę dla związków partnerskich. W pewnym momencie pomiędzy 2013 a 2014 rokiem politycy ówczesnej Platformy Obywatelskiej nawet proponowali rozwiązać problem formalizacji relacji niemałżeńskich właśnie poprzez rozbudowanie instytucji spółki cywilnej.
Pytanie brzmi: czy tak się w ogóle da? Zacznijmy od wyjaśnienia, czym właściwie jest spółka cywilna. Jak sama nazwa wskazuje, mamy do czynienia z instytucją prawa cywilnego. Wyróżnia to ją spośród innych spółek, które uregulowano w kodeksie spółek handlowych. Spółka cywilna nie posiada osobowości prawnej, nie stanowi oddzielnego podmiotu, nie posiada własnego mienia. Jej majątek to po prostu współwłasność wspólników takiej spółki. Na pierwszy rzut oka brzmi to całkiem perspektywicznie. Dodajmy do tego umocowanie wszystkich wspólników do reprezentowania spółki cywilnej na zewnątrz. Za zobowiązania spółki wspólnicy odpowiadają solidarnie całym swoim majątkiem.
Spółka cywilna zamiast związku partnerskiego nie rozwiązuje żadnego problemu relacji rodzinnych "wspólników"
Siłą rzeczy bardzo szybko dostrzeżemy pewne niedogodności. Zacznijmy od art. 860 kodeksu cywilnego, określającego, do czego dokładnie zobowiązują się wspólnicy zakładający spółkę cywilną.
Przez umowę spółki wspólnicy zobowiązują się dążyć do osiągnięcia wspólnego celu gospodarczego przez działanie w sposób oznaczony, w szczególności przez wniesienie wkładów.
Czy prowadzenie wspólnego gospodarstwa domowego jest celem gospodarczym? Pojęcie to nie jest co prawda zdefiniowane ustawowo, ale orzecznictwo i nauka prawnicza są pod tym względem jasne. Chodzi przede wszystkim osiąganie korzyści, które da się wyrazić w pieniądzu. Innymi słowy: spółka cywilna ma na siebie zarabiać. Ludzkie relacje mają dużo szersze spektrum potencjalnych celów: od wzajemnego wsparcia emocjonalnego aż po prokreację i wspólne wychowywanie potomstwa. Teoretycznie można by próbować argumentować, że wspólne prowadzenie gospodarstwa domowego ma pewien aspekt gospodarczy. W końcu partnerzy muszą się jakoś wspólnie utrzymać. Problem w tym, że taka argumentacja byłaby co najmniej naciągana. Ktoś dostatecznie złośliwy, na przykład jakiś konserwatywny polityk, mógłby od razu sięgnąć po art. 5 kodeksu cywilnego:
Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony.
Założenie spółki cywilnej w celu sformalizowania nieformalizowalnego związku byłoby w pewnym sensie nadużyciem prawa do jej utworzenia. Zapewne w praktyce czekałby nas nasycony ideologicznie bój sądowy przez wszystkie możliwe instancje, prawdopodobnie z udziałem Trybunału Konstytucyjnego.
Rzecz jednak w tym, że spółka cywilna zamiast związku partnerskiego służyłaby jedynie uporządkowaniu spraw majątkowych. Od strony podatkowej nie przynosiłaby zbyt wielkich korzyści. Równocześnie narzucałaby wspólnikom status przedsiębiorców, co nie każdemu musi odpowiadać. Straciliby na przykład konsumenckie prawo do odstąpienia od umowy zawartej na odległość. Nawet domowe zakupy byłyby w końcu ściśle związane z ich "działalnością gospodarczą". Także spory z innymi firmami stałyby się problematyczne, gdy przepisy traktują ich jako "podmioty profesjonalne".
Czego taka spółka nie byłaby w stanie zrobić, to uregulować spraw rodzinnych: dziedziczenia, opodatkowania darowizn, relacji prawnych z dziećmi partnerów-wspólników, a także automatycznego dostępu do informacji o stanie zdrowia i leczeniu wspólnika. Innymi słowy: nie partnerzy nie załatwiają tak naprawdę nic. Nie uzyskują także choćby namiastki uznania ich istnienia przez nasze państwo. Jeśli więc nie widać różnicy, to po co marnować czas i papier?