Wygląda na to, że nauczyciele wylobbowali sobie w MEN utrzymanie prawa do ingerowania w ubiór uczniów
Nie jest żadną tajemnicą, że Ministerstwo Edukacji Narodowej przygotowuje od jakiegoś czasu dużą reformę w postaci ustawy o prawach i obowiązkach ucznia, która jest tak naprawdę nowelizacją ustawy prawo oświatowe. Projekt ten od początku wzbudzał pewne kontrowersje, głównie ze strony środowisk nauczycielskich. Dotychczasowe zapowiedzi sugerowały bowiem, że MEN zamierza ukrócić szkolną samowolkę w kreowaniu tychże obowiązków i ograniczania praw uczniów.
Najlepszym przykładem takich praktyk są szkolne statuty, które ingerują w wygląd ucznia w sposób daleko wykraczający poza istniejące ramy prawne. Z pewnością każdy z nas słyszał już o awanturach o niewłaściwą fryzurę, makijaż, zbyt "wyzywający" strój czy zbrodnię na honorze szkoły w postaci farbowanych włosów. Wydawać by się więc mogło, że MEN wreszcie ukróci roszczenia dyrekcji niektórych placówek do pełnienia funkcji arbitrów elegancji i moralności.
Okazuje się jednak, że resort wcale nie zamierza całkowicie odbierać szkołom praw do ingerowania w ubiór uczniów. Z niedawnej wypowiedzi minister Barbary Nowackiej dla Radia ZET wynika, że powinniśmy się spodziewać raczej rozwiązań "kompromisowych". Co dokładnie planuje MEN?
Trzeba wprowadzać pewne normy chociażby dot. norm społecznych albo bezpieczeństwa. Dziś tego nie ma. Jest dżungla i wolna amerykanka. Uczniowie mogą wszystko, a nauczycieli wprowadzają własne założenia. Uporządkujmy to wreszcie.
Już samo stwierdzenie o "uczniach mogących wszystko" może budzić pewien niepokój. Być może jednak chodzi jedynie o przypadki ekstremalne? Na pewno tak właśnie starała się przedstawić swój pomysł na ingerencje w ubiór uczniów.
Bardzo często bardzo mocno opadające spodnie męskie mogą przekraczać pewne normy społeczne i chęć uczestniczenia reszty klasy w pewnych widokach.
Modne są czasem takie wielkie kolczyki, które mogą nie być bezpieczne, np. na lekcjach WF-u. Jej zdaniem nauczyciele, którzy proszą uczniów o ich zdjęcie, mają rację, ale brakuje im narzędzi prawnych: – Chcemy im dać to narzędzie, żeby mogli wesprzeć swoje argumenty przepisami prawa.
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w najlepszym przypadku mamy tutaj do czynienia z półprawdą. Owszem, mamy przepis pozwalający wymusić zdjęcie dużych kolczyków w trakcie lekcji WF-u. Jest nim na przykład §31 ust. 3 rozporządzenia w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach. Brzmi on: "Ćwiczenia są prowadzone z zastosowaniem metod i urządzeń zapewniających pełne bezpieczeństwo ćwiczących." Problem męskich spodni trudno skomentować inaczej, niż zwróceniem uwagi, że przykucnięcie powoduje zazwyczaj podobny problem niezależnie od kroju spodni.
MEN najwyraźniej próbuje przeforsować jakąś formę zgniłego kompromisu, który jednak wyraźnie faworyzuje jedną stronę
O co więc tutaj chodzi? Całkiem możliwe, że MEN wsłuchało się w głosy nauczycieli, którzy głośno pomstowali właśnie na to, że "uczniom wolno wszystko". Świadczy o tym informacja minister Barbary Nowackiej od przebiegu prac nad projektem:
Przygotowaliśmy ustawę o prawach i obowiązkach ucznia, gdzie regulujemy to, co jest stałym elementem sporu. Zaprosiliśmy nauczycieli, niektóre organizacje pozarządowe, konsultowaliśmy. Projekt czeka na Komitet Stały Rady Ministrów.
Owszem, w konsultacjach brały udział także organizacje pozarządowe, które zwalczają nadużycia ze strony szkół. Przykładem może być tutaj Stowarzyszenie Umarłych Statutów czy Stowarzyszenie Kogutorium. Nie można więc zarzucić resortowi zignorowanie głosów uczniów oraz rodziców.
Wydaje się jednak, że MEN wyszło z założenia: "Dobrze, odpuścimy uczniom czepianie się fryzur, w zamian zostawimy nauczycielom prawo czepiania się ich stroju". Zgodnie z przysłowiem: "Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek". Nie musimy zresztą zgadywać, bo stosowny przepis znajdziemy bezpośrednio w projekcie ustawy o prawach i obowiązkach ucznia. Mowa o nowym art. 42b pkt 4) prawa oświatowego:
Uczeń w szkole podstawowej, szkole ponadpodstawowej, szkole
artystycznej lub placówce, o której mowa w art. 2 pkt 3–8, ma obowiązek:
[...]
4) nosić strój zgodny z ogólnie przyjętymi normami społecznymi, a w przypadku,
o którym mowa w art. 100, nosić na terenie tej szkoły lub placówki jednolity strój;
noszenie stroju nawołującego do nienawiści lub dyskryminacji innych osób lub
sprzecznego z przepisami prawa lub stwarzającego zagrożenie dla bezpieczeństwa
innych osób przebywających w tej szkole lub placówce lub samego ucznia jest
niedozwolone
Prawo do "kształtowania własnego stroju i wyglądu" również znalazło się w projekcie, ale zgodnie z właściwym przepisem pełni funkcję służebną względem zacytowanego wyżej art. 42b pkt 4) oraz pkt 5). Warto zauważyć, że ministerialna gwarancja dla fryzur ucznia nie została zapisana wprost.
Postawmy sprawę jasno: w szkolnych realiach nie ma czegoś takiego jak "ogólnie przyjęte normy społeczne" dotyczące ubioru
Czy aby na pewno jest to dobre podejście? Dość złośliwy ton, jakim się posługuję, pozwala z pewnością dość jasno rozpoznać, że nie jestem zwolennikiem dawania pedagogom jakiejkolwiek możliwości ingerowania w ubiór uczniów w szkole. Nigdy nie byłem zresztą entuzjastą koncepcji szkolnych mundurków. Powód jest prosty: jeżeli już ktoś miałby decydować za ucznia o jego wyglądzie, to tylko i wyłącznie jego rodzice. Jeśli szkoła ma jakieś uwagi co do tego, jak dany młody człowiek ubiera się na jej terenie, to powinna się zgłosić właśnie do nich.
Ktoś mógłby zwrócić uwagę na przywołane wyżej ogólnie przyjęte normy społeczne. Tylko czy aby na pewno takowe mamy? Mamy silnie spolaryzowane społeczeństwo, w którym żywioł liberalne i konserwatywne aktywnie się zwalczają. Są osoby, którym duże kolczyki i spodnie wiszące na biodrach nie przeszkadzają, odsłonięte brzuchy uczennic im nie przeszkadzają, a nawet nie mają nic przeciwko włosom farbowanym na krzykliwe kolory.
Znajdą się też takie osoby, którym nie podobają się żadne odstępstwa od wzorców ubierania się z czasów ich własnej młodości. Są też tacy, którzy po prostu stawiają dyscyplinę i równość ponad swobodę ekspresji młodych ludzi. Tych wszystkich postaw nie da się ze sobą w dzisiejszych czasach pogodzić.
Od strony czysto legislacyjnej, stosowanie nieostrego i podlegającego ocenie pojęcia "ogólnie przyjęte normy społeczne" tak naprawdę przynieść może jeden rezultat. Skoro swobodę kształtowania stroju i wyglądu ucznia mogą zanegować te normy, to w praktyce kluczowe okaże się zdanie podmiotu interpretującego, co jest "ogólnie przyjętą normą".
Innymi słowy: nic się nie zmieni, bo interpretatorem na co dzień będzie szkoła, a więc widzi-mi-się nauczycieli i dyrekcji. Dopiero interwencja kuratorium może wymusić korektę kursu organu silniejszego. Właśnie dlatego prymat "ogólnie przyjętych norm społecznych" wobec swobody kształtowania uczniowskiego wyglądu i stroju stanowi poważny błąd konstrukcyjny.
Jeżeli już MEN koniecznie chce stosować takie kryterium, to powinno bardzo szczegółowo wyznaczyć granice szkolnej ingerencji w uczniowskie swobody. Skoro zaś nie zamierza tego zrobić, to trudno mówić o jakiejkolwiek zmianie. Po cóż więc marnować czas na uchwalanie przepisów, które prowadzą do dokładnie tego samego rezultatu?
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj