Najwyższe stawki mają przyciągać uwagę, a rzeczywistość i tak zatrzyma większość pracowników przy dolnej granicy wynagrodzenia.
Widełki płacowe to marketingowy trik mający skusić obietnicą bez pokrycia
Obowiązek ujawniania przedziału wynagrodzenia ma przeciąć wieloletnią zmowę milczenia wokół pensji. Problem w tym, że prawo nie zmusza do precyzyjnego określenia realnie osiągalnej stawki. Widełki mogą być szerokie. Niestety górna granica często pełni wyłącznie funkcję wabika. To kwota „dla idealnego kandydata”, który… nie istnieje.
Podawane w ogłoszeniach potencjalne zarobki rzędu 10, 15 czy 20 tys. zł miesięcznie, opatrzone hasłem, że wszystko zależy od ciebie i twojego zaangażowania, są niczym więcej jak grą na emocjach. Mają przyciągnąć kandydatów wizją rozwoju i ponadprzeciętnych dochodów, tyle że ta przepowiednia się nie zmaterializuje.
Zdecydowana większość zatrudnionych zaczyna od najniższej stawki z ogłoszenia. Argumenty? Zawsze podobne: ograniczony budżet, okres próbny, brak pełnej znajomości obowiązków.
W dolnej stawce wynagrodzeń łatwo utknąć na lata
Nowe przepisy nie regulują tempa wzrostu wynagrodzeń ani zasad awansu płacowego. To oznacza, że osoba zatrudniona na dolnej stawce najprawdopodobniej utknie tam na lata.
Podwyżki nadal będą uzależnione od uznaniowych decyzji przełożonych, kondycji firmy albo corocznych „przeglądów” zakończonych symbolicznym poklepaniem po plecach i uściśnięciem dłoni przez prezesa. Pracownik, który usłyszy, że „na razie” dostanie minimum, bardzo szybko przekona się, jak trudno przeskoczyć do środkowej części przedziału, nie mówiąc już o jego górnym krańcu.
Transparentność dla oka bywa niejakościowa dla portfela
Polska zobowiązuje firmy do przekazania informacji o wynagrodzeniu w ogłoszeniu, przed rozmową kwalifikacyjną lub przed podpisaniem umowy. Ale co z tego, skoro obowiązek ujawnienia wynagrodzenia nie przekłada się na naprawdę korzystną zmianę jakościową?
Widełki nie ujawnią, jak chętnie wypłacana jest górna stawka, ilu pracowników ją osiąga – czy w ogóle ktoś taki jest? – i ewentualnie po jakim czasie można liczyć na ekstrapensję. Gdyby ktoś wiedział o tym na starcie, być może na pracę nawet by się nie zdecydował.
Wygląda na to, że starym zwyczajem kandydat nadal będzie mamiony wizjami wysokich podwyżek w zamian za nieosiągalne wyniki albo górnej granicy, do której nie dotrze nawet za 10 lat nienagannej pracy. Mamy więc zmianę formalną, ale nie jest ona jakościowa, ponieważ pretendent nie otrzyma gwarancji, że to, co mu wstępnie obiecano, kiedykolwiek się ziści. Dla zachłannego przełożonego podwładny zapewne zawsze będzie niewystarczająco dobry, zbyt wolny, niespełniający oczekiwań. Poprzeczkę bez problemu da się podnieść o kolejny centymetr. A gdy pracownik w końcu do niej doskoczy, raptem okazuje się, że to tylko wersja próbna, bo wymagania właśnie zostały zaktualizowane.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj