Decyzja premiera wymusi drastyczne zmiany w reformie PIP, które z pewnością ucieszą przedsiębiorców
Sylwester upłynął pod znakiem nie tylko żegnania starego roku i czekania na nowy, ale także dość istotnego zwrotu w przygotowywanych zmianach przepisów, które są bardzo istotne dla polskich przedsiębiorców. Słynna reforma Państwowej Inspekcji Pracy może zostać drastycznie okrojona. Wygląda bowiem na to, że radykalne przepisy dotyczące przekształcania elastycznych form zatrudnienia w umowę o pracę nie zyskały aprobaty premiera Donalda Tuska.
Prawdę mówiąc, doniesienia medialne sugerują, że moje powyższe stwierdzenie to daleko posunięty eufemizm. Business Insider pisze wręcz o awanturze na posiedzeniu rządu. Premier miał poczuć się oszukany. Projekt przygotowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej kierowane przez Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk miał zaś wykraczać poza ustalenia rządowe.
Jak już wspomniałem, poszło o nowe uprawnienia inspektorów pracy. Projekt reformy PIP zakładał, że będą oni mogli w drodze decyzji administracyjnej przekształcać umowy cywilnoprawne oraz kontrakty B2B w etaty. Siłą rzeczy takie rozwiązanie było – najdelikatniej rzecz ujmując – szalenie niepopularne wśród polskich przedsiębiorców, którzy bardzo sobie cenią legalne alternatywy umów pracy.
Jednym z elementów sporu miało być także wskazanie Komisji Europejskiej jako jeden z tzw. kamieni milowych uprawniających do środków z KPO wzmocnienie uprawnień inspektorów pracy. Warto w tym momencie przypomnieć, że nasze władze wynegocjowały wymianę pełnego ozusowania umów cywilnoprawnych właśnie na tego typu reformę. Trudno więc przewidywać, jak na kolejną woltę zareaguje Bruskela.
Wiemy na pewno, że projekt ustawy o zmianie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy w formie przygotowanej przez MRPiPS nie trafi do Sejmu. Czekają go poprawki przygotowywane przez resort. Jak przyznała portalowi money.pl szefowa Rządowego Centrum Legislacji Joanna Knapińska:
Projekt nie będzie procedowany w takim kształcie, zwróciłam go pani minister z etapu Rady Ministrów.
Od początku byłem zdania, że radykalny projekt po prostu nie miał szans na wejście w życie
Co to oznacza z punktu widzenia polskich przedsiębiorców? Z pewnością firmy chętnie stosujące umowy zlecenia oraz umowy B2B mają kolejny powód, by otwierać szampana. Potencjalna rezygnacja z koncepcji przekształcania takich umów w etaty za pomocą zwykłej decyzji administracyjnej to dla krajowego biznesu znakomita wręcz wiadomość. Pomijając oczywiście te firmy, które przestraszone perspektywą niekorzystnej reformy zdążyły zamówić zewnętrzne audyty zawartych umów cywilnoprawnych. Te jednak wciąż mogą się przydać.
Nie ma w tym momencie pewności, jakie dokładnie założenia przyjmie ostateczny rządowy projekt. Jeżeli korekty zaproponowane przez MRPiPS będą zbyt daleko idące, to czeka nas rozpoczęcie prac nad nim praktycznie od nowa. Nieco skromniejsze poprawki mogą teoretycznie zostać zaakceptowane przez rząd i trafić do Sejmu. Co jest istotne z punktu widzenia przedsiębiorców, to odwleczenie prac nad projektem w czasie. Im dłużej pracuje nad nim Ministerstwo i później rząd, tym później zajmą się nim posłowie i senatorowie. Daje to więcej czasu na przygotowania w postaci na przykład wspomnianych już audytów albo po prostu dostosowania wykonywania umów cywilnoprawnych do treści przepisów kodeksu cywilnego.
Równocześnie nie byłbym sobą, gdybym nie stwierdził, że wejście w życie radykalnej wersji reformy PIP od samego początku było wyjątkowo mało prawdopodobne. Nie ma się co oszukiwać: elastyczne formy zatrudnienia to jeden z fundamentów krajowego biznesu, czy tego chcemy czy nie. Na ok. 15 mln pracowników przypada 1,5 mln osób, które wykonuje pracę na podstawie umów cywilnoprawnych i ok. 160 tys. relacji B2B, które najprawdopodobniej są po prostu "takim wygodniejszym stosunkiem pracy". Opór ze strony przedsiębiorców był do przewidzenia. Koalicja Obywatelska zazwyczaj zapomina o swoim liberalnym rodowodzie, ale osoby prowadzące działalność gospodarczą wciąż stanowią ważną część elektoratu tej partii.
Prawdę mówiąc, spodziewałem się jednak, że reforma PIP albo utknie gdzieś w Sejmie, albo zostanie zawetowany przez prezydenta Karola Nawrockiego. Wygląda na to, że premier uznał, że lepiej odesłać projekt z powrotem do ministerstwa, albo w ogóle uniknąć blamażu poprzez wybicie mu zębów. Prawdopodobnie na początku nowego roku dowiemy się, w jakim kierunku zmierza nowa iteracja projektu. Można jednak założyć, że o przymusowej zamianie elastycznych form zatrudnienia w etaty bez udziału sądu możemy na razie zapomnieć.