Kiedy lekarz wystawia zwolnienie lekarskie?
Zwolnienie lekarskie (L4) nie przysługuje za sam fakt wizyty u lekarza. Można je otrzymać wyłącznie wtedy, gdy lekarz – po ocenie stanu zdrowia – uzna, że pacjent nie jest zdolny do pracy. Podstawą jest więc stan zdrowia uniemożliwiający wykonywanie obowiązków zawodowych, a nie sama konieczność pojawienia się w gabinecie.
Jeżeli więc idziesz na rutynową, choć konieczną wizytę do specjalisty – kardiologa, neurologa, endokrynologa – a formalnie jesteś zdolny do pracy (czyli zgodnie z polską narracją ZUS nie masz 40 stopni gorączki, nie odpadła ci ręka, ani nie masz akurat zawału), musisz wziąć urlop. System nie przewiduje innego rozwiązania.
Lekarze podkreślają: takie zwolnienia lubi kontrolować ZUS
Lekarze nie ukrywają, że obawiają się wystawiania zwolnień „na wizyty”, bo są one często kwestionowane. Nawet wtedy, gdy pacjent musi się zgłosić z powodów obiektywnych – kontynuuje leczenie, przechodzi diagnostykę albo pozostaje pod stałą kontrolą specjalisty.
Dotyczy to m.in. pacjentów kardiologicznych czy neurologicznych, którzy formalnie mogą pracować, ale jednocześnie muszą regularnie pojawiać się na badaniach i konsultacjach. Paradoks polega na tym, że takie osoby – dbające o zdrowie – są w praktyce karane koniecznością „kombinowania” z urlopem.
To absurd także z perspektywy systemowej. W interesie ochrony zdrowia jest, by pacjent chodził do lekarzy i się badał, bo wczesne wykrywanie chorób pozwala na skuteczniejsze leczenie, zwiększa szanse całkowitego wyleczenia, a także w ujęciu długofalowym, minimalizuje koszty leczenia. Tymczasem system zdaje się raczej nas zniechęcać do regularnych wizyt, bo każda z nich to koszt – płacimy albo urlopem, a więc czasem na wypoczynek, albo pieniędzmi.
Jak chcesz się leczyć, to nie odpoczniesz podczas urlopu wypoczynkowego
Urlop – zwykle w wymiarze 26 dni – jest urlopem wypoczynkowym. Przynajmniej w teorii. To czas, w którym pracownik powinien odpoczywać, podróżować, uprawiać sport, spędzać czas z rodziną albo po prostu odetchnąć od pracy i obowiązków i zapomnieć o trudach dnia codziennego.
Urlop pełni kluczową funkcję dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Ma też ogromne znaczenie społeczne i rodzinne. Problem w tym, że przychodnie i poradnie na NFZ pracują w standardowych godzinach pracy, dokładnie wtedy, gdy większość osób… pracuje.
Jeżeli ktoś leczy się przewlekle albo monitoruje stan zdrowia – co jest szczególnie istotne np. u pacjentów kardiologicznych – konieczne bywają 1–2 wizyty miesięcznie. W praktyce oznacza to, że albo bierzesz prywatne wizyty (bo da się je umówić po południu), albo bierzesz urlop. I w ten sposób urlop, który ma służyć regeneracji, staje się „walutą” za dostęp do leczenia. Często cenniejszą niż pieniądze.
Systemowy absurd, który wszyscy znamy
Nie chodzi o to, by każdy pacjent dostawał zwolnienie lekarskie na każdą wizytę – to wiązałoby się z ryzykiem licznych nadużyć. Ponadto zwolnienie nie musiałoby obejmować całego dnia, a jedynie kilka godzin. Chodzi o to, że obecny model nie przewiduje żadnego pośredniego rozwiązania – np. usprawiedliwionej nieobecności z powodu wizyty medycznej, która nie jest chorobą, ale jest koniecznością.
Efekt? Leczenie odbywa się kosztem odpoczynku albo domowego budżetu. A przecież jedno i drugie – zdrowie i urlop – mają służyć temu samemu celowi: żebyśmy byli zdolni do pracy nie tylko dziś, ale też za kilka lat.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj