1. Bezprawnik -
  2. Biznes -
  3. "Adam Glapiński zwolniony". Nie tylko Rafał Brzoska ma problem z oszustami i big tech. My też

"Adam Glapiński zwolniony". Nie tylko Rafał Brzoska ma problem z oszustami i big tech. My też

Z wewnętrznych dokumentów Mety, które opisała agencja Reuters wynika, że około 10 proc. przychodów koncernu w 2024 roku, czyli mniej więcej 16 miliardów dolarów, miało pochodzić z reklam oszustw, nielegalnego hazardu i zakazanych produktów.

Jakub Kralka18.08.2026 11:21
Biznes

Reklamy dla oszustów jako świetny element portfolio biznesowego?

Według ustaleń Reutersa użytkownicy różnych serwisów Mety (Facebook, Instagram) oglądali średnio około 15 miliardów reklam oznaczonych wewnętrznie jako „podwyższonego ryzyka” dziennie, a sam ten segment miał przynosić firmie zarobki rzędu 7 miliardów dolarów rocznie.

Co rozumiemy przez podwyższone ryzyko? Z dokumentów wynika, że system Mety blokuje reklamodawcę dopiero wtedy, gdy algorytm jest w co najmniej 95 proc. pewny, że mamy do czynienia z oszustem. Konta z niższym „wynikiem podejrzliwości”, ale wciąż sygnalizujące ryzyko, zamiast wylecieć z platformy, dostawały wyższe stawki za emisję, traktowane jako rodzaj kary finansowej (zapamiętajcie to, bo zaraz przejdziemy do sprawy Adama Glapińskiego). W praktyce oznacza to, że na potencjalnym oszustwie koncern po prostu więcej zarabiał. I cyk, problem rozwiązany, pora na CS-a.

Wewnętrzni analitycy Mety - znów za Reutersem - szacowali też, że jej aplikacje uczestniczą nawet w jednej trzeciej udanych oszustw w Stanach Zjednoczonych. To, jak wyglądają fałszywe reklamy na Facebooku z perspektywy poszkodowanych, opisywaliśmy zresztą już przy okazji listy NASK - problem dotyczy ponad stu znanych osób.

Aha, co więcej, Reuters opisał wewnętrzny „bezpiecznik” ustawiony na poziomie 0,15 proc. przychodów (około 135 milionów dolarów) jako maksymalną kwotę, z której firma była skłonna zrezygnować w ramach zaostrzania kontroli. W jednym z dokumentów pojawia się wprost kalkulacja, że przychody z ryzykownych reklam niemal na pewno przewyższą koszt jakiejkolwiek ugody z regulatorem. Tym samym potencjalna kara stała się raczej czymś w rodzaju możliwego, ale przecież nawet nie pewnego, podatku od przychodu ze scamu.

Warto przy tym nadmienić, że Meta oprotestowuje ten artykuł. Jej rzecznik nazwał wskaźnik 10,1 proc. „zgrubnym i zbyt szerokim” szacunkiem oraz podkreślił, że w samym 2025 roku firma usunęła ponad 134 miliony fragmentów treści reklamowych powiązanych z oszustwami. Tylko, że ta deklaracja odpowiadała na zupełnie inne pytanie, niż to, które interesuje społeczeństwo.

Jak strony internetowe zarabiają na bannerach reklamowych?

Powodem, dla których was tu wszystkich zebrałem, jest jednak kwestia reklam w systemie reklamowym Google, ponieważ jako Bezprawnik czujemy się jego ofiarą. Chciałbym też z góry wyjaśnić, że naprawdę robimy co tylko się da, by rozwiązać ten problem i nawet ten artykuł jest pewną formą rozpaczliwego krzyku, by dano nam narzędzia pozwalające walczyć z oszustwami.

Krótko mówiąc: jako media żyjemy z wyświetlania reklam. Wiemy, że średnio je lubicie, ale gdyby nie te reklamy, to musielibyśmy powiedzieć firmie hostingowej, że nie stać nas na opłacenie faktur, a sami po prostu poszukać sobie innej pracy. Ideałem jest sytuacja, w której bank czy producent samochodów (albo firma hostingowa) przychodzi, przegląda nasze statystyki, nasze teksty, nasze media społecznościowe, mówi "wow, ale macie fajnych czytelników" i decydują się na wydanie u nas części budżetu reklamowego. Tak się zresztą często dzieje - gratulacje dla was i dla nas, że was tutaj w bezprawnik.pl zebraliśmy.

Niestety liczba powierzchni reklamowej (a już szczególnie w sezonie ogórkowym, jakim jest sierpień), którą jesteśmy w stanie pokryć takimi reklamami, jest ograniczona. Wolną przestrzeń reklamową wystawiamy zatem na rozmaite aukcje programatyczne za pośrednictwem należącej do Google platformy AdExchange. Te reklamy są sprzedawane z reguły taniej, nie mamy też większej kontroli nad tym, kto je kupuje, niektóre kreacje dostarczane tą drogą są przepiękne (uwielbiam, gdy wpada tą drogą Land Rover), inne wykręcają twarz z obrzydzenia, ale co do zasady są to zupełnie sensowne kampanie. Dlatego tak bardzo dziwi mnie, że od kilkunastu dni tolerowany jest atak scamu, a Google - jako administrator tej platformy - niczego z tym nie robi.

"Adam Glapiński zwolniony"

W ramach systemu reklamowego AdExchange działa praktycznie każda strona internetowa w Polsce. Dlatego charakterystyczne bannery reklamowe o treści "Adam Glapiński zwolniony" lub równie często "Adam Glapiński z wolniony" są plagą, z którą nie mierzy się tylko Bezprawnik, ale praktycznie cała nasza konkurencja. Po sieci krążą screeny renomowanych mediów biznesowych i ekonomicznych, które straszą tymi kreacjami. Co więcej, każde medium musi się z tymi reklamami mierzyć z osobna.

Jeśli myślicie, że big techy takie jak Alphabet (Google) czy Meta (Facebook, Instagram) dają kiepskie narzędzia do zarządzania waszymi kontami, to przysięgam wam, że wszystko wygląda po tysiąckroć gorzej, gdy chcecie nimi zarządzać jako firmy. Narzędzia dla firm to co do zasady katastrofa, przy której PUE ZUS wygląda na intuicyjny i sprawny system administrowania danymi w sieci (swoją drogą PUE ZUS niedługo zniknie - zastąpi go eZUS). Dużo funkcji jest obecnych, ale po prostu nie działa, liczne funkcje są zwielokrotnione, niektóre zakopano tak głęboko, że praktycznie nie da się ich odnaleźć. Powiedzmy, że Google z punktu obsługi biznesu to jest takie 6/10, Meta - 3/10. Ale przynajmniej powstaje dzięki temu dużo nowych miejsc pracy.

Dużo nowych miejsc pracy powstaje też dzięki braku wrażliwości na scam, bo zaraz będziemy musieli zatrudnić dodatkowego traffic managera tylko do walki ze scamowymi reklamami z Adamem Glapińskim i (rzadziej) Moniką Olejnik. Na marginesie, dziwi mnie akurat taki dobór nazwisk, bo przecież prezes NBP jest jedną z najważniejszych osób w Polsce (niedawno pisaliśmy zresztą, jak Adam Glapiński złoto skupował do rezerw NBP na potęgę), ale jednak u masowego odbiorcy dużo większe emocje budzą jednak nazwiska typu Tusk, Nawrocki, Kaczyński itd.

Blokowanie scamowych reklam w Google Ad Managerze to robota głupiego

Ilekroć bowiem wypatrzymy spamerską reklamę na łamach Bezprawnika, musimy najpierw w nią kliknąć (co samo w sobie jest pewnym zagrożeniem, bo naraża nas na zarzut manipulowania wynikami kampanii...), a następnie sprawdzić, do jakiego URL-a prowadzi. Następnie musimy się zalogować do specjalnego panelu w googlowskim admanagerze i ten URL zablokować. Problem w tym, że z jednej strony Google chwali się swoim Gemini i sztuczną inteligencją, a z drugiej - blokowanie takich reklam to konieczność wklejenia konkretnego URL-a. Tak jest - konkretnego URL-a. Czyli jeśli na przykład strona działa w oparciu o jakiś losowy generator domen to każdy z tych URL-i musimy blokować z osobna, nie da się odgórnie zablokować powtarzającego się członu. Prymitywne narzędzia nie pozwalają też po prostu zablokować nam reklam ze słowem "Glapiński" czy "Olejnik" w nazwie. O co to, to nie.

Google dostarcza narzędzia do wyszukiwania kreacji graficznie, ale tych konkretnych bannerów nie znajduje, by było możliwe ich zablokowanie. Google pozwala też zablokować konkretnych reklamodawców, ale akurat reklamodawców odpowiedzialnych za scam z Glapińskim zablokować się nie da - prawdopodobnie są zbyt mali.

Każdy może zresztą podejrzeć, kto dokładnie emituje te reklamy. Z reguły są to firmy z Azerbejdżanu lub z krajów Beneluxu. Nie umiem natomiast powiedzieć czy to słupy, oszuści czują się tak bezkarni czy po prostu przejmują konta innych reklamodawców, emitując kampanie tak długo, jak im się uda (na to wskazywałoby, że czasem te reklamy są oznaczone jako jakieś kwiaciarnie czy inne restauracje, a nawet nie zawsze prowadzą na docelową, scamerską stronę, która udaje Wirtualną Polskę).

Musimy więc w prymitywny sposób polować na te kampanie (każda strona z osobna) i blokować URL-e, do których prowadzą. Robota głupiego, a przecież nie mamy pewności co do tego, czy jesteśmy w stanie wyłapać je wszystkie, na przykład gdyby te kampanie były kierowane tylko na określone województwa czy rozdzielczości. Dodam też, że podziwiam swoisty etos pracy scamerów, ponieważ z reguły jak już wyblokujemy na potęgę w piątek, to nowe reklamy nie są dodawane w weekendy, za to każdy poniedziałek to od rana intensywny atak scamu. Należy więc przyjąć, że jest to albo oszust z bardzo imponującym work-life balance, albo po prostu zatrudnia ludzi, którzy oszukują 9-17. I to paradoksalnie byłby dobry trop dla organów ścigania, by obrócić tych pracowników na naszą stronę i dotrzeć do decydentów.

Dla mnie osobiście istotne jest więc, by czytelnik po lekturze tego artykułu:

  • miał świadomość, że te reklamy są emitowane automatycznie, żadna strona nie zatwierdza ich ręcznie
  • wyłączenie całego systemu reklamowego z powodu tego, że ktoś przepuszcza przez nie scammerskie reklamy, byłoby nieproporcjonalną i nieadekwatną dla nas konsekwencją ekonomiczną
  • tracimy ogromne zasoby ludzkie, by chronić naszych czytelników i walczyć z oszustwami - naprawdę robimy co w naszej mocy, by walczyć z takim scamem
  • narzędzia dostarczane nam do tego przez big tech (Google) są niezwykle prymitywne, to takie absolutne minimum, które w ogóle nie zmierza do rozwiązania problemu

Dodam też, że na Bezprawniku mamy relatywnie wysokie "floor price", czyli najniższe ceny, które jesteśmy gotowi zaakceptować za takie automatyczne reklamy. Wielu wydawców emituje absolutnie wszystko, my celujemy w reklamodawców, którzy mają więcej pieniędzy (bo wolimy, żeby obok naszych tekstów wyświetlały się głównie samochody, nieruchomości, banki, a nie choroby skóry itd.). Oznacza to, że scamerzy od Olejnik i Glapińskiego są co do zasady gotowi dobrze zapłacić za takie emisje. A może Google sam im podnosi stawkę, tak jak to podobno miało miejsce w przypadku Mety?

Co robi Google z oszukańczymi reklamami?

Z opublikowanego wiosną 2026 roku raportu Google Ads Safety Report za 2025 rok wynika, że koncern zablokował lub usunął ponad 8,3 miliarda reklam (rok wcześniej było to 5,1 miliarda) i zawiesił 24,9 miliona kont reklamodawców. Samych reklam powiązanych z oszustwami usunięto 602 miliony, a ponad 99 proc. naruszeń miało zostać przechwyconych, zanim w ogóle dotarły do odbiorcy. W samej Unii Europejskiej Google podał, że usunął 1,6 miliarda reklam i zawiesił 2 miliony kont.

Te liczby robią wrażenie, dopóki nie zestawi się ich z codziennym doświadczeniem. Nie od dziś cyberprzestępcy wykorzystują reklamy w Google, by wypozycjonować fałszywe strony logowania do banków ponad witryny prawdziwe, a płatne wyniki podszywające się pod znane marki wciąż trafiają do użytkowników. Co ciekawe, w jednym z wewnętrznych przeglądów cytowanych przez Reutersa sama Meta przyznała, że oszustom łatwiej reklamować się u niej niż właśnie w Google. Skoro nawet konkurent traktowany jest jako punkt odniesienia w byciu szczelniejszym, poprzeczka leży nisko.

Natomiast to absolutnie nie zmywa odpowiedzialności z Google. I jedyne o co ja proszę w tym artykule, to o lepsze narzędzia do tego, byśmy mogli eliminować oszustów z naszych systemów reklamowych. Szybko, skutecznie, chirurgicznie, ale nie metodami z 1995 roku!

Sprawa Rafała Brzoski, czyli koniec bajki o "biernym hostingu"

W polskim kontekście najlepiej widać to na przykładzie sporu, który od dwóch lat toczy prezes InPostu. Historia, w której Rafał Brzoska wygrywa z Metą, zaczęła się od deepfake'owych reklam wykorzystujących wizerunek jego i żony Omeny Mensah, do promocji fałszywych inwestycji oraz do rozsiewania nieprawdziwych informacji o ich życiu prywatnym. W sierpniu 2024 roku Prezes UODO nakazał trzymiesięczne wstrzymanie takich reklam, w marcu 2025 roku Meta wycofała skargę na tę decyzję, a sąd udzielił rocznego zabezpieczenia, w ramach którego każda kolejna taka reklama grozi koncernowi karą.

Przełom nastąpił w kwietniu 2026 roku, gdy Sąd Apelacyjny w Warszawie odrzucił linię obrony opartą na twierdzeniu, że platforma jest wyłącznie biernym hostingiem. To istotne, bo cały model odpowiedzialności Big Techu opiera się na przerzucaniu winy na anonimowego reklamodawcę. W sierpniu 2026 roku spór wszedł w ostrą fazę, kiedy Brzoska wymienił z nazwiska polskich menedżerów Mety i zarzucił im wprost: „Bierzecie udział w przestępstwie”. Wkrótce po opublikowaniu tych wpisów jego konto na Instagramie zostało czasowo zablokowane.

Dlaczego politycy nie chcą docisnąć Big Techu?

Reakcje polityczne brzmią stanowczo, dopóki nie policzy się, ile realnie ważą... Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski przekazał PAP, że zwróci się do Mety o pilne wyjaśnienia w zakresie „eliminowania oszukańczych reklam, na których koncern cały czas zarabia”. Ile bezsennych nocy spowoduje to w siedzibie Mety?

Nadziei należy szukać w Brukseli. Akt o usługach cyfrowych (DSA) pozwala nakładać kary sięgające 6 proc. globalnego obrotu platformy, co dla firmy wielkości Mety oznaczałoby kwoty liczone w miliardach, a nie w setkach milionów euro, które koncern płacił dotąd w różnych postępowaniach. Kłopot polega na tym, że sama groźba grzywny nie działa na podmiot, który, jak pokazały dokumenty opisane przez Reutersa, z góry zakłada, że zarobek przewyższy koszt ugody.

No i jest jeszcze jedna, pomarańczowa i krzykliwa kwestia. Administracja Donalda Trumpa otwarcie zapowiada odwet za egzekwowanie unijnych przepisów cyfrowych, grożąc cłami i obejmując sankcjami wizowymi europejskich urzędników, a samo DSA przedstawia jako narzędzie cenzury wymierzone w amerykańskie firmy. W tym układzie każdy polityk, który chciałby naprawdę przycisnąć Big Tech, ryzykuje wciągnięcie kraju w spór handlowy.

Dopóki oszukańcze reklamy pozostają rentowną linią biznesu, a najwyższe realne koszty to okazjonalna grzywna i kilka niewygodnych nagłówków, sytuacja się nie zmieni. Ale doceniam to, że Rafał Brzoska nie wybrał strategii "trzeba się przyzwyczaić" i nieco zainspirowany tą waleczną postawą, postanowiłem opowiedzieć wam, jak to wygląda też z naszej perspektywy.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover