- Bezprawnik -
- Praca -
- Specjalna agencja sprawdzi wynagrodzenie lekarzy. Wystarczy PESEL
Specjalna agencja sprawdzi wynagrodzenie lekarzy. Wystarczy PESEL
Rząd przyjął projekt, który pozwoli powiązać dane o wynagrodzeniach medyków z numerem PESEL, żeby państwo w końcu wiedziało, kto i ile zarabia na kontraktach w polskich szpitalach.
Dlaczego system nie widział rzeczywistych dochodów lekarzy?
Brzmi to absurdalnie, ale system po prostu nie był do tego przygotowany. Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, która odpowiada za wycenę świadczeń zdrowotnych, dostaje ze szpitali dane o wynagrodzeniach w formie zanonimizowanej. W praktyce oznacza to, że agencja widzi sumy, ale nie wie, komu konkretnie je wypłacono. Jeśli lekarz pracuje na kilku kontraktach w różnych placówkach, nikt nie jest w stanie zsumować jego rzeczywistego dochodu.
To właśnie ten mechanizm umożliwił sytuację, w której jeden lekarz mógł legalnie zarabiać kwoty bliskie dwóm milionom złotych rocznie, a system zauważył to dopiero dzięki nagłośnieniu w mediach, nie dzięki własnym danym. Warto przypomnieć, że zarobki lekarzy w publicznej ochronie zdrowia od dawna budzą emocje, a 600 medyków wypracowuje co miesiąc od 100 do 300 tys. zł brutto.
Co faktycznie zmienia nowe prawo o łączeniu danych z PESEL?
Projekt przyjęty przez rząd jest, jak podkreślił rzecznik rządu, stosunkowo wąski — dotyczy wyłącznie możliwości łączenia danych o wynagrodzeniach z numerem PESEL. To pozwoli AOTMiT po raz pierwszy zobaczyć, ile faktycznie zarabia konkretna osoba, niezależnie od tego, w ilu miejscach i na ilu kontraktach pracuje. Sam pomysł szerszego przetwarzania danych identyfikujących obywateli nie jest jednak wolny od kontrowersji — wystarczy przypomnieć ujawnienie numerów PESEL w Krajowym Rejestrze Sądowym, które pokazało, jak łatwo o problemy z ochroną danych.
Drugi projekt: limit wynagrodzeń w budżecie szpitala
Dla resortu zdrowia to dopiero pierwszy krok. W tle przygotowywany jest drugi projekt, który ma określić, jaki procent budżetu szpitala mogą stanowić wynagrodzenia — najpewniej w przedziale 60 do 70 procent. To już bardziej systemowa zmiana, bo dotyczy nie tylko przejrzystości, ale realnego ograniczenia tego, ile pieniędzy ze świadczeń może trafić na pensje, a ile musi zostać na resztę funkcjonowania placówki.
Sprawa, która uruchomiła lawinę
Lekarz, którego kontrakt wywołał całą dyskusję, pracował między innymi w Warszawskim Szpitalu Południowym, koordynując oddział ratunkowy. Według oświadczenia szpitala przepracował w 2025 roku niemal cztery tysiące godzin — czyli średnio ponad 10 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. Szpital broni stawki, twierdząc, że wynikała z jawnego konkursu i nie odbiegała od rynkowych warunków w innych warszawskich SOR-ach. Tego rodzaju lekarz na kontrakcie ponosi jednak pełną odpowiedzialność za błąd w sztuce i nie korzysta ze świadczeń socjalnych ani urlopowych.
Równolegle sprawą zajęły się NFZ i ratusz, sprawdzając, czy szpital spełniał wymogi kadrowe na oddziale ratunkowym. Naczelna Izba Lekarska złożyła też zawiadomienie dotyczące możliwego opuszczenia dyżuru — chodzi o to, że grafik lekarza miał się pokrywać z jego publicznymi wystąpieniami, w tym w Senacie.
Co zmieni się dla medyków?
Sama zmiana w przepisach nie obniży nikomu wynagrodzenia z dnia na dzień. To narzędzie analityczne, nie sankcja. Ale jeśli rząd faktycznie zobaczy pełny obraz zarobków w systemie, kolejnym krokiem może być ograniczenie liczby kontraktów, jakie jedna osoba może łączyć — bo to właśnie kumulacja umów, a nie wysokość pojedynczej stawki, stoi za tego typu przypadkami.
Warto dodać, że pomysły na uporządkowanie pracy medyków pojawiały się już wcześniej — choćby koncepcja, by dodatek dla lekarzy rekompensował im pracę tylko w jednym miejscu. W tle pozostaje też kwestia płac w całym sektorze, bo podwyżki wynagrodzeń w ochronie zdrowia dotyczą nie tylko najlepiej zarabiających specjalistów, ale również pielęgniarek i opiekunów medycznych.
