1. Home -
  2. Państwo -
  3. Przeklinasz w internecie? Sąd Najwyższy uważa, że łamiesz prawo

Przeklinasz w internecie? Sąd Najwyższy uważa, że łamiesz prawo

Jest sobie art. 141 kodeksu wykroczeń, przez który używanie „słów nieprzyzwoitych" staje się wykroczeniem. Czy to oznacza, że powinniśmy wzywać policję za każdym razem, gdy ktoś przeklnie w telewizji albo mediach społecznościowych?

Karanie za używanie wulgaryzmów w miejscu publicznym nie ma sensu w kraju, w którym zdarza się przeklinać każdemu

Większość z nas to zatwardziali recydywiści. Nawet 91 proc. Polaków w wieku od 16 do 50 lat używa wulgaryzmów, przeklina, albo używa nieprzyzwoitego języka. Statystycznie rzecz ujmując, przeciętny mieszkaniec naszego kraju przeklina 19 razy dziennie. Okazuje się, że w naszym narodzie tkwi odrobina hipokryzji, bo jedynie 62 proc. respondentów nie przejmuje się, jeśli wulgaryzmów w ich otoczeniu używa ktoś inny. 38 proc. nieeleganckie słownictwo jak najbardziej przeszkadza.

Dlaczego użyłem sformułowania „recydywiści"? Ponieważ mamy do czynienia z czynem zabronionym. Wystarczy przeklinać w miejscu publicznym, by zgodnie z art. 141 kodeksu wykroczeń narażać się na karę. Choć wciąż formalnie obowiązuje zakaz przeklinania w miejscach publicznych, w praktyce przepis ten jest stosowany niezwykle rzadko – i zwykle w dość kuriozalnych okolicznościach.

Tak się składa, że orzecznictwo Sądu Najwyższego uważa za miejsce publiczne także internet. Ściślej mówiąc: media społecznościowe i inne zakamarki Sieci mogą takowym być, jeśli dostęp do nich nie jest zamknięty, a treści tam publikowane mogą być dostrzeżone przez nieograniczony krąg odbiorców. Postanowienie SN o sygnaturze IV KK 296/17 dotyczyło właśnie sprawy o wulgaryzmy na forum internetowym – i choć samo rozstrzygnięcie miało zabarwienie polityczno-ideologiczne, wynikająca z niego interpretacja obowiązuje do dziś.

Zawdzięczamy mu także wyjaśnienie, jak właściwie należy rozumieć słowo „nieprzyzwoite". Ponad słownikowe łamanie przyjętych norm obyczajowych powinniśmy uwzględnić także zdolność danego zachowania do wywołania oburzenia społecznego, ich charakter bezwstydu oraz aspekt lekceważenia w ten sposób innych ludzi. Sąd Najwyższy przyjął też, że umieszczanie słów wulgarnych, czy używanie słów wulgarnych, co do zasady realizuje znamiona wykroczenia z art. 141 k.w. Przy czym każdorazowo należy osadzić dany przypadek w szerszym kontekście.

Co to oznacza dla przeciętnych użytkowników internetu i osób używających słów wulgarnych niczym przecinka? Muszą się oni mieć na baczności, bo teoretycznie wystarczy przyłapanie przez stróżów prawa, by zostać ukaranym. Co gorsza, kary za przeklinanie nie ograniczają się wyłącznie do grzywny – przepis przewiduje także karę ograniczenia wolności.

Wypadałoby w końcu wyrzucić z kodeksu wykroczeń archaiczne przepisy, które tkwią w nim od czasów głębokiego PRL

Jak się łatwo domyślić, nie jestem zwolennikiem karania za używanie wulgaryzmów. Nie chodzi mi nawet o to, czy obecność znanych wszystkim popularnych polskich słów mi przeszkadza. Najzwyczajniej w świecie istnienie art. 141 k.w. przysparza zaskakująco dużo problemów natury praktycznej, jeśli postanowilibyśmy traktować jego istnienie poważnie.

Wspominałem już o mediach społecznościowych. Jak wygląda dyskusja przeciętnych użytkowników internetu, bardzo łatwo można się przekonać. Wiele osób używa słów nieprzyzwoitych, by podkreślić swoje wzburzenie, pogardę wobec zjawisk, poglądów, czy nielubianych przez siebie osób. Inni wykorzystują je niczym w języku potocznym jako wyraz rozbawienia albo zaskoczenia. Język polski jest szalenie wręcz elastyczny. Gdybyśmy mieli ścigać internautów za używanie wulgaryzmów w internecie, to organom ścigania nie zostałoby zbyt wiele czasu na zajmowanie się innymi sprawami.

Przytoczone przeze mnie statystyki podpowiadają nam, że gdyby karanie za używanie wulgaryzmów przenieść z Sieci do prawdziwego świata, to wcale lepiej by nie było. Prawdopodobnie stróżom prawa wystarczyłoby przejść się bardziej ruchliwą ulicą i nadstawić uszu, by stać się przodownikami pracy w kwestii liczby wystawionych mandatów.

Mało absurdalne? Włączmy telewizję. Owszem, prezenterzy i goście programów na żywo praktycznie nigdy nie przeklinają. Wulgaryzmów używają za to aktorzy grający w filmach i serialach, w tym także tych krajowych. Ich „wypikiwanie" odeszło do lamusa. Zastąpiło je wyciszanie głoski albo dwóch. Wszyscy jednak doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jakie słowo zostało użyte. Powinniśmy więc ścigać aktora, reżysera, producenta, czy autora ramówki w danym programie telewizyjnym? Zresztą art. 141 k.w. to tylko jeden z wielu przykładów – w kodeksie wykroczeń roi się od dziwnych wykroczeń, o których istnieniu większość z nas nie ma pojęcia.

Poważniej rzecz ujmując, podejmowanie czynności w związku ze ściganiem zachowania, które od czasu do czasu uskutecznia praktycznie każdy dorosły Polak, to marnotrawstwo czasu i pieniędzy zaangażowanych osób. Mam na myśli nie tylko sprawcę, ale także policjantów lub strażników miejskich i sędziów, którzy później muszą rozpatrywać takie sprawy. Całą tę pracę wraz ze środkami można lepiej spożytkować na dosłownie cokolwiek innego. Problem jest zresztą szerszy – w Polsce istnieje cały arsenał przepisów karnych ograniczających wolność wypowiedzi, od zniewagi po obrazę uczuć religijnych, za które teoretycznie można trafić nawet do więzienia.

Dlaczego więc art. 141 k.w. cały czas istnieje? Przydaje się, gdy trzeba włączyć prawo karne do spraw politycznych i ideologicznych, ale brakuje jakiegokolwiek innego punktu zaczepienia. Przede wszystkim jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że ustawodawca nie podejmuje większych prób rewizji archaicznych przepisów, które tkwią w kodeksach „od zawsze". Czas najwyższy to zrobić.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi