„Wygrałem 10 lat walki i od dziś nic mnie wreszcie nie łączy z osobą, od której uciekłem 12 lat temu. Przyjaciele mówią, że czyściec – jeśli istnieje – już przeszedłem, teraz czeka mnie już tylko niebo" – napisał Marcinkiewicz na Instagramie 20 stycznia 2026 roku, informując o uprawomocnieniu się wyroku.
Trzy lata małżeństwa, piętnaście lat płacenia
Fakty są bezlitosne. Kazimierz Marcinkiewicz był w związku małżeńskim z drugą żoną zaledwie trzy lata – od 2009 do momentu faktycznej separacji. Na papierze małżeństwo trwało do 2018 roku, ale przez ostatnich piętnaście lat były premier regularnie przelewał alimenty. Najpierw 4000 złotych miesięcznie, później – po decyzji sądu z 2022 roku – kwota wzrosła do 4500 złotych.
Do tego dochodziło 6000 złotych alimentów na pierwszą żonę. Łącznie 10 500 złotych miesięcznie – przy własnych wydatkach rzędu 8000 złotych oznaczało to konieczność zarabiania minimum 18 500 złotych, żeby po prostu przeżyć. I to wszystko w sytuacji, gdy Marcinkiewicz przeszedł na emeryturę.
Piekło w majestacie prawa
Historia byłego premiera to nie tylko sprawa o alimenty. To opowieść o tym, jak system prawny może zniszczyć człowieka. Marcinkiewicz był wielokrotnie skazywany za niepłacenie alimentów – w 2023 roku sąd wymierzył mu pół roku ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania prac społecznych. Wcześniej, w 2022 roku, sprawa zakończyła się warunkowym umorzeniem.
Prokuratura Warszawa-Ochota regularnie kierowała przeciwko niemu akty oskarżenia. Zaległości sięgały w pewnym momencie 136 tysięcy złotych. Były premier mówił o „nagonkach" i „zemście politycznej" ze strony ówczesnego ministra sprawiedliwości.
Jak sam wielokrotnie podkreślał – nie uchylał się od płacenia. W pewnym momencie jednorazowo przekazał byłej żonie 230 tysięcy złotych zaległości (tylko skąd wtedy te zaległości?). Problem polegał na tym, że przy takim obciążeniu finansowym utrzymanie płynności było praktycznie niemożliwe.
Sędzia powiedziała to, co wielu myślało od lat
Czerwcowy wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieście przyniósł wreszcie przełom. Sędzia Barbara Ciwińska nie owijała w bawełnę:
„Państwo się rozwiedli z winy obu stron, pan nie spowodował pani wypadku ani nie pogorszył jej stanu zdrowia, nie spowodował jej niedostatku. Nie ponosi odpowiedzialności za to, że pani jest w takiej sytuacji, ponieważ pani sama ponosi odpowiedzialność przez to, że nie pracowała, nie zadbała o swoje mieszkanie, swój majątek. Utrzymywała się z alimentów, doprowadzając pana do zadłużenia."
I dalej – słowa, które powinny stać się drogowskazem dla całego systemu: „Doktryna przewiduje, że obowiązek alimentacyjny nie może doprowadzić do zrujnowania dłużnika."
Sąd zauważył również, że podczas trwania małżeństwa pozwana pracowała i nic nie wskazywało, by później nie mogła utrzymywać się samodzielnie. Odnosząc się do wypadku samochodowego z 2014 roku, który była żona podawała jako przyczynę niemożności pracy, sędzia stwierdziła sucho: „Przezorny obywatel ubezpiecza się, jeżeli korzysta z pojazdów."
Patologia systemu alimentacyjnego
Sprawa Marcinkiewicza obnażyła absurdy polskiego prawa rodzinnego. W XXI wieku, gdy większość kobiet pracuje zawodowo i jest w pełni niezależna finansowo, wciąż funkcjonują przepisy rodem z epoki, gdy żona była całkowicie zależna od męża.
Artykuł 60 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego pozwala na zasądzenie alimentów między byłymi małżonkami praktycznie bez limitu czasowego – szczególnie gdy rozwód orzeczono z winy jednej ze stron. Co więcej, nawet intercyza nie chroni przed tym obowiązkiem.
W przypadku rozwodu bez orzekania o winie alimenty teoretycznie wygasają po pięciu latach. Teoretycznie – bo sąd może ten termin przedłużyć „ze względu na wyjątkowe okoliczności". W praktyce oznacza to, że zdrowa, zdolna do pracy osoba może latami pobierać świadczenia od byłego małżonka, skutecznie unikając zatrudnienia.
Statystyki pokazują skalę zjawiska: w 2024 roku zapadło 206 prawomocnych orzeczeń w sprawach o alimenty na byłego małżonka (nie licząc alimentów orzekanych przy rozwodach). Średnia wysokość to 1225 złotych miesięcznie. Za każdą z tych spraw stoi historia podobna do tej Marcinkiewicza – człowieka uwięzionego w zobowiązaniu, które nijak nie przystaje do współczesnej rzeczywistości.
Prawo, które wymaga pilnej zmiany
Posłanka Aleksandra Trybuś-Cieślar w interpelacji do ministra sprawiedliwości pisała o „zaskakującej skali zjawiska, że mężowie przez lata po rozwodzie spełniają świadczenia na rzecz byłych żon, niezależnie od zmieniających się okoliczności."
Prawnicy zgodnie wskazują, że przepisy dające przyzwolenie na dożywotnie alimenty nie powinny obejmować sytuacji, gdy oboje małżonkowie są równie odpowiedzialni za rozpad związku, a jednocześnie jedno z nich wielokrotnie odmawia podjęcia pracy.
Przypadek Marcinkiewicza jest ekstremalny, ale wcale nie odosobniony. Były premier przez piętnaście lat płacił za trzy lata nieudanego związku. Był skazywany, upokarzany publicznie, zmuszany do tłumaczenia się z każdej złotówki – wszystko w majestacie prawa, które miało chronić słabszych, a stało się narzędziem opresji.
Epilog z goryczą
„Za tę pomyłkę mojego życia wszystkich, którzy ucierpieli, przepraszam raz jeszcze" – napisał Marcinkiewicz, dziękując rodzinie i przyjaciołom za wsparcie.
Ma 66 lat. Najlepsze lata życia spędził na sądowych batalach, płaceniu alimentów i publicznym praniu brudów. System, który miał zapewniać sprawiedliwość, stał się dla niego pułapką bez wyjścia.
Wyrok się uprawomocnił. Koszt? Dekada życia, zrujnowana reputacja i trauma, która zostanie na zawsze. A polska legislacja wciąż czeka na reformę, która zapobiegnie podobnym historiom w przyszłości.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj