1. Bezprawnik -
  2. Państwo -
  3. iPhone nie podpowie „United Ireland” ani „Tibetan independence”. Na ukrytej liście Apple jest około 100 tys. haseł

iPhone nie podpowie „United Ireland” ani „Tibetan independence”. Na ukrytej liście Apple jest około 100 tys. haseł

Czy telefon powinien tylko pomagać nam pisać, czy również decydować, jakie słowa są odpowiednie do użycia? Takie pytanie od razu się nasuwa po ujawnieniu informacji o ukrytej liście wyrażeń, których klawiatura iPhone’a nie proponuje użytkownikom. Jak poinformowała Polska Agencja Prasowa, powołując się na doniesienia agencji Reuters, lista obejmuje około 100 tys. słów i zwrotów. Co ciekawe, obok wulgaryzmów i określeń uznawanych powszechnie za obraźliwe znalazły się na niej również hasła polityczne i zwyczajne sformułowania.

Piotr Janus08.11.2026 9:50
Państwo

Sprawa pokazuje, że w dzisiejszym świecie nowoczesna technologia może wpływać na sposób komunikowania się nie tylko przez to, co pozwala nam powiedzieć, ale również przez to, czego nie chce nam podpowiedzieć.

Około 100 tysięcy wyrażeń na czarnej liście

Sprawę nagłośnił niezależny badacz Derik Kauffman, który przeanalizował mechanizmy działania klawiatury systemu iOS. Odkrył, że Apple wykorzystuje rozbudowaną listę wyrażeń wykluczonych z automatycznych podpowiedzi oraz funkcji pisania przesuwanego palcem, znanej jako swipe typing. Umożliwia ona tworzenie wyrazów poprzez przesuwanie palca po kolejnych literach klawiatury, bez konieczności osobnego naciskania każdego klawisza.

Z ustaleń badacza wynika, że ograniczenia dotyczą wielu języków. Na liście znajdują się przede wszystkim przekleństwa, określenia seksualne, zwroty związane z przemocą i narkotykami. Nie kończą się jednak na treściach powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite. Wśród zablokowanych sugestii znalazły się również wyrażenia o charakterze politycznym, takie jak „dictator Trump” czy „sleepy Joe”. Problematyczne okazują się także zwroty dotyczące kwestii narodowościowych i politycznych, m.in. „United Ireland” czy „Tibetan independence”. Przy próbie wpisania gestem „United Ireland” iPhone często zamieniał tę frazę na „United Iceland”, czyli Zjednoczoną Islandię. Klawiatura nie podpowiada również zwrotu „right wing conspiracy”. Z kolei w języku francuskim klawiatura ma nie podpowiadać nawet zdania „imigracja jest zbyt duża”. W języku hindi blokuje zwroty uderzające w tamtejszych polityków, a wersja hebrajska nie podpowiada frazy „occupied territories” (terytoria okupowane). Wymienione zaskakujące wyniki analizy Kauffmana sprawiają, że sprawę można traktować zdecydowanie szerzej niż jedynie jako ochronę użytkowników przed wulgaryzmami.

Nie jest to zakaz, ale subtelna forma kontroli

Warto wyraźnie podkreślić, że Apple nie blokuje możliwości wpisywania tych słów. Użytkownik nadal może napisać dowolne wyrażenie, wybierając litery ręcznie. Problem polega na tym, że system nie proponuje określonych zwrotów, a w przypadku pisania gestami może utrudniać ich prawidłowe rozpoznanie.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to drobiazgiem i mało istotną kwestią. Przecież podpowiedź klawiatury nie jest obowiązkowa, a każdy z nas może ją zignorować. Jednak w praktyce miliony osób korzystają z automatycznych sugestii, przyzwyczajając się do tego, że telefon przewiduje kolejne słowa i uzupełnia za nie wypowiedzi.

Jeżeli system regularnie pomija określone sformułowania, może wpływać na sposób formułowania wiadomości. Zamiast wpisywać pierwotnie zamierzone zdanie, użytkownik może wybrać inne, które urządzenie podsunie mu jako łatwiejsze do zastosowania. Derik Kauffman określił takie rozwiązanie mianem bardzo subtelnej formy cenzury. Zwrócił uwagę, że przy skali popularności urządzeń Apple nawet pozornie niewielka ingerencja w mechanizm podpowiadania może mieć wpływ na komunikację ogromnej liczby ludzi. To trudniej uchwytne niż blokowanie treści, o którym zwykle się dyskutuje, bo nic nie znika, a jedynie przestaje się podpowiadać.

Apple tłumaczy, że chodzi o niestosowne treści

Apple, zapytane przez Reutersa o odkrycie, niestety nie przedstawiło szczegółowego wyjaśnienia dotyczącego konkretnych pozycji na liście. Firma przekazała natomiast, że klawiatura została zaprojektowana tak, aby unikać sugerowania słów i wyrażeń, które mogą zostać uznane za nieodpowiednie lub obraźliwe. Jednocześnie podkreśliła, że użytkownicy mogą wpisywać dowolne słowa i nie muszą korzystać z proponowanych sugestii.

Takie stanowisko nie rozwiązuje jednak wszystkich wątpliwości. O ile ograniczanie podpowiedzi wulgaryzmów można jeszcze uzasadnić troską o kulturę komunikacji (choć udawanie, że przekleństwa nie istnieją, to utopia), o tyle umieszczanie na podobnej liście zwrotów politycznych czy dotyczących sporów społecznych wymaga znacznie poważniejszego wyjaśnienia. Podobne pytania od lat budzi cenzura na Facebooku, tyle że tam przynajmniej widać, co zniknęło.

Pojawia się również zasadnicza kwestia dotycząca tego, kto ustala kryteria kwalifikowania określonych wyrażeń jako nieodpowiednich. Czy lista jest tworzona według jednolitych zasad, czy uwzględnia lokalne uwarunkowania polityczne i kulturowe? I dlaczego użytkownicy nie są informowani przy zakupie urządzenia o istnieniu takiego mechanizmu?

A co z polską wersją iPhone’a?

Nie sposób w kontekście naszych, polskich politycznych i światopoglądowych sporów uniknąć pytania, jak zatem wygląda sytuacja w polskiej wersji klawiatury Apple. Czy ograniczenia dotyczą wyłącznie wulgaryzmów i obraźliwych zwrotów, czy również określeń związanych z polityką i bieżącymi sporami społecznymi? Warto sprawdzić, czy na takiej liście znalazłyby się przykładowo sformułowania „rząd kłamie”, „afera rządowa”, „nielegalna imigracja”, „cenzura”, „wolność słowa” czy „koszty Zielonego Ładu”. Nie ma potwierdzenia, że Apple blokuje te konkretne polskie wyrażenia. Są to jednak przykłady, które warto przetestować. Taki eksperyment pokazałby, gdzie kończy się troska o kulturę języka, a zaczyna ingerencja w swobodę wypowiedzi. Być może któryś z polskich badaczy zainspiruje się analizą Kauffmana i przeprowadzi własne badania. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że wyniki takiego eksperymentu, rozszerzonego np. o mechanizmy stosowane przez Google czy Microsoft przyniosłyby bardzo ciekawe rezultaty.

Kto powinien decydować o języku użytkownika?

Wydaje się, że w całej sprawie najważniejszy jest nie sam fakt istnienia filtrów, ale coraz szerszy zakres władzy, jaką producenci technologii uzyskują nad naszym codziennym życiem i komunikacją. Tym bardziej że Europa przegrywa wyścig o technologicznych gigantów, więc zasady takich filtrów ustala się poza nią. Klawiatura przestaje być wyłącznie narzędziem ułatwiającym pisanie. Staje się również mechanizmem selekcjonującym i sugerującym słowa, które użytkownik może wykorzystać. Nie oznacza to oczywiście, że Apple uniemożliwia czy jawnie blokuje wyrażanie określonych poglądów. Nie ma też podstaw, by twierdzić, że firma usuwa takie wypowiedzi z wiadomości. Jednak różnica między zakazem a ograniczaniem dostępności określonych sformułowań nie powinna przesłaniać istoty problemu. Dyskusja o tym, czym jest wolność słowa w internecie, nie może dotyczyć wyłącznie usuwania wpisów.

W dzisiejszej rzeczywistości, w której coraz więcej komunikacji odbywa się za pośrednictwem smartfonów, algorytmy podpowiadające słowa mogą mieć większe znaczenie, niż się wydaje. Pomysł, że AI ma cenzurować treści w internecie, wraca zresztą regularnie. Jeżeli podobne mechanizmy działają również w polskiej wersji iPhone’a, warto wiedzieć, czy dotyczą tylko wulgaryzmów, czy także wyrażeń opisujących polityczne i społeczne spory. Użytkownik powinien mieć prawo znać zasady działania takich filtrów. Wbrew pozorom granica jest dość cienka: dziś telefon nie podpowiada przekleństwa, a jutro być może zacznie pomijać określenie uznane przez producenta za niewłaściwe lub kontrowersyjne. Nawet jeśli nie jest to formalny zakaz, otwarte pozostaje pytanie, czy jakikolwiek producent smartfona powinien po cichu decydować, jakie słowa najłatwiej przychodzą nam do głowy?

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover