- Bezprawnik -
- Państwo -
- Mój okręg tracił mieszkańców, a i tak należał mu się dodatkowy poseł. Tak działa matematyka PKW
Mój okręg tracił mieszkańców, a i tak należał mu się dodatkowy poseł. Tak działa matematyka PKW
Jedne okręgi mają za dużo posłów w stosunku do liczby mieszkańców, inne za mało. Państwowa Komisja Wyborcza zwracała na to uwagę przez lata, a Sejm dopiero teraz uchwalił mechanizm regularnej aktualizacji. Nie przesądzając, czy prezydent ostatecznie podpisze ustawę, jedno trzeba powiedzieć jasno - dalsze utrzymywanie dotychczasowego podziału mandatów trudno pogodzić z zasadą równych i uczciwych wyborów.
Jeden poseł, zupełnie inna liczba mieszkańców
Z jednego regionu ludzie stopniowo wyjeżdżają, a w innym powstają nowe osiedla. Metropolie zasysają pobliskie powiaty – jedni nie mogą znaleźć pracy w swoim rodzinnym, małym mieście, a młodzi wyjeżdżają na studia. Tak to obecnie wygląda i nic nie wskazuje, aby coś miało się zmienić.
Nie dość, że młodych jest mało ogólnie w skali kraju, to w niektórych regionach będzie ich o wiele mniej niż w innych. To doprowadzi do poważnej dysproporcji ludności między największymi ośrodkami miejskimi a polską powiatową, w której coraz więcej jest miast, które się kurczą.
Jak wygląda podział Polski na okręgi wyborcze do Sejmu?
Nie będziemy dzisiaj rozmawiać o wpływie takiego stanu rzeczy na np. finanse samorządów, jakość życia w mniejszych miastach czy o perspektywach mieszkańców, którzy tam zostaną. Jesteśmy państwem demokratycznym, co najwyżej co 4 lata wybieramy przedstawicieli do parlamentu. Polska jest podzielona na okręgi wyborcze według ludności każdego z okręgów. Problem w tym, że te podziały są już nieaktualne.
Sejm liczy 460 posłów wybieranych w 41 okręgach. Obecnie najmniejszy, częstochowski, ma siedem mandatów, a największy, warszawski, dwadzieścia. Ich liczebność powinna odpowiadać rozmieszczeniu mieszkańców. Podstawowa reguła jest prosta - dzielimy liczbę mieszkańców kraju przez 460, a następnie sprawdzamy, ile takich porcji przypada na każdy okręg.
Liczba mandatów zapisana w załączniku. Rekomendacje PKW od lat bez odzewu
Ale liczba przydzielonych do okręgów mandatów jest w załączniku do ustawy. Zatem sama zmiana demografii, dodatkowe wyliczenia Państwowej Komisji Wyborczej tego z automatu nie zmieniają. Wszystko to od lat stało w miejscu. PKW występowała o korektę w 2014, 2018 i 2022 r. Kolejne kadencje parlamentu nie doprowadziły do odpowiedniej aktualizacji.
W rekomendacji ze stycznia 2026 r., opartej na stanie mieszkańców z końca września 2025 r., korekty wymagają już 23 z 41 okręgów. Trzeba przenieść 13 mandatów.
Jakie zmiany w podziale mandatów miałyby zajść?
Dotychczasowe granice 41 okręgów pozostałyby nietknięte – to o wiele bardziej skomplikowana operacja niż zwykła zmiana liczby mandatów. Zgodnie z zamierzeniem, dodanie mandatów przewiduje się dla okręgów niedoreprezentowanych, a odjęcie tam, gdzie reprezentacja jest zbyt duża.
Nie ruszamy również oczywiście liczby 460 posłów. To zdecydowanie pomocna rzecz, gdy chcemy przepchać coś przez Sejm, prawda? Kwestię tego, czy rzeczywiście potrzebujemy aż tylu parlamentarzystów, również uznaję za dyskusyjną. Hasło, że Polska ma za dużo posłów i urzędników, czas z tym skończyć, wraca regularnie, ale nie o tym dzisiaj.
Najwięcej zyskałyby okręg podwarszawski i Wrocław
Największa zmiana dotyczyłaby okręgu nr 20, potocznie nazywanego podwarszawskim. Obejmuje on powiaty grodziski, legionowski, nowodworski, otwocki, piaseczyński, pruszkowski, warszawski zachodni i wołomiński. Jego reprezentacja wzrosłaby z 12 do 15 posłów.
We wrześniu 2025 r. te osiem powiatów miało łącznie 1 150 607 mieszkańców. Przy dwunastu mandatach na jednego posła przypada około 95 884 osób. Przy piętnastu byłoby to 76 707. Jest różnica? Jak najbardziej. Nic dziwnego – tzw. „obwarzanki” największych miast bardzo zyskują demograficznie. Polska się wyludnia, ale nie te miasta.
Drugim największym beneficjentem byłby okręg wrocławski, który zyskałby dwa miejsca, zwiększając reprezentację z 14 do 16. Sama Warszawa dostałaby jeden dodatkowy mandat. Podobnie Kraków, Rzeszów, oba okręgi pomorskie oraz trzy okręgi wielkopolskie.
Które okręgi wyborcze musiałyby oddać mandat?
Po jednym miejscu straciłoby trzynaście okręgów. Na liście są zarówno Lublin, Chełm i Kielce, jak i Legnica, Wałbrzych, Łódź czy Koszalin. Dwa mandaty mniej miałoby łącznie województwo śląskie, a dwa kolejne warmińsko-mazurskie.
Nie ma więc zatem reguły, jakoby taka reforma miała być odebraniem głosów wschodniej Polsce i wręczeniem ich zachodniej. Na Dolnym Śląsku suma mandatów pozostałaby bez zmian: Legnica i Wałbrzych straciłyby po jednym, a Wrocław dostałby dwa. Z kolei na wschodzie Lublin i Chełm oddałyby miejsca, ale Rzeszów jedno by zyskał.
To raczej transfer między okręgami z metropoliami a mniejszymi miastami. To bardzo dobrze potwierdza fakt, jak dziś wygląda krajobraz wewnętrznej migracji w Polsce.
Dlaczego okręg może zyskać mandat, choć mieszkańców ubywa?
Liczy się udział okręgu w ludności całej Polski. Jeżeli liczba jego mieszkańców maleje wolniej niż liczba mieszkańców kraju, jego względne znaczenie może wzrosnąć. Stąd bierzemy dodatkowy mandat dla takiego okręgu.
Widać to na wcześniejszych danych z mojego rodzinnego okręgu konińskiego. W zestawieniu za 2011 rok miał on 773 778 mieszkańców, a w 2022 już 746 870. Mieszkańców ubyło, a mimo to PKW już wtedy rekomendowała zwiększenie reprezentacji z dziewięciu do dziesięciu posłów. W tym samym okresie spadała również liczba mieszkańców kraju wykazywana w danych wyborczych, a krajowa norma obniżyła się z około 82,1 tys. do 78,4 tys. osób na mandat.
Sejm uchwalił nowelizację Kodeksu wyborczego. Teraz trzeba doprowadzić ją do końca
4 września 2026 r. Sejm uchwalił nowelizację przewidującą regularne ustalanie liczby posłów w okręgach. Za głosowało 238 posłów, przeciw 200, a trzech się wstrzymało.
Uchwalenie przez Sejm oczywiście nie kończy procedury. Po nim ustawa podlega rozpatrzeniu przez Senat, a po zakończeniu prac parlamentarnych trafia do prezydenta. Dopiero wtedy rozpoczyna się zasadniczo 21-dniowy termin na podpis. Możliwe są również weto albo skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Teraz pora na profesjonalną analizę tego, co się wydarzy – wejdzie w życie albo nie.
Jeśli prezydent podpisze, PKW będzie co roku ustalać podział mandatów
W wersji uchwalonej przez Sejm granice okręgów pozostają w ustawie, ale z załącznika znikają przypisane im na sztywno liczby mandatów. PKW ma corocznie ogłaszać podział miejsc na następny rok, zasadniczo do 30 listopada. Podstawą będą dane Centralnego Rejestru Wyborców z końca trzeciego kwartału.
Dobra sprawa, to innymi słowy zautomatyzowanie obowiązującego prawa. Parlament przestałby każdorazowo decydować, czy wdrażamy w życie wykonane przez PKW obliczenia. Z góry znane byłyby reguła, źródło danych i termin ogłoszenia wyniku.
Nie jest także pewne to, że w przyszłorocznych wyborach wyszedłby nam identyczny podział mandatów jak ten z zeszłego roku. Pierwsze ogłoszenie według nowego mechanizmu wykorzysta już dane z końca trzeciego kwartału 2026 r.
Weto prezydenta to udawanie, że problemu nie ma
Jeżeli prezydent Karol Nawrocki skorzysta z prawa weta, a Sejm go nie odrzuci, ten mechanizm nie wejdzie w życie. Dalej będziemy opierać się na podziale mandatów ustalonym w 2011 roku. Kiedy pojawi się kolejna okazja na zmianę ordynacji? Tego nie wiadomo, ale im więcej czasu mija, tym gorzej dla samych wyborów.
Konstytucja wymaga równych wyborów do Sejmu, a obowiązujący Kodeks już dziś przewiduje dostosowywanie reprezentacji do liczby mieszkańców. Mam zatem nadzieję, że cały projekt docelowo przejdzie i w następnych wyborach będziemy już mieć aktualną mapę okręgów wyborczych.
Cztery lata temu reforma okręgów dodałaby mandaty PiS-owi
Niektórzy mogą myśleć, że prezydent będzie zapewne przeciwny tego typu zmianom, bo oznaczają one przede wszystkim przenoszenie mandatów do okręgów z największymi miastami, gdzie ugrupowania prawicowe są po prostu słabsze.
Spójrzmy jednak na to, jak to wyglądało w 2023 roku. Gdyby liczenie głosów do Sejmu z tamtych wyborów przeprowadzić z uwzględnieniem ówczesnej rekomendacji PKW, PiS zyskałby dwa mandaty, Konfederacja straciłaby dwa, KO i Trzecia Droga po jednym mniej, a Lewica dwa więcej. Bilans między rządzącymi a opozycją jest zatem remisowy.










