- Bezprawnik -
- Prawo -
- Mężczyzna z gnijącą ręką znów w tramwajach Wrocławia. Państwo umie go zamknąć, ale nie umie leczyć
Mężczyzna z gnijącą ręką znów w tramwajach Wrocławia. Państwo umie go zamknąć, ale nie umie leczyć
Mężczyzna z zakażoną, ropiejącą ręką, którego wrocławianie znają z tramwajów, Rynku i lokalnych grup na Facebooku, znów jest na ulicach. Odsiedział trzy lata za narażanie ludzi na niebezpieczeństwo i wrócił dokładnie tam, skąd go zabrano. Ta historia to podręcznikowy przykład tego, że państwo potrafi kogoś zamknąć, ale nie potrafi sprawić, żeby po wyjściu przestał stanowić problem.
Mężczyzna z gnijącą ręką we Wrocławiu. To nie miejska legenda
Kto nie mieszka we Wrocławiu, mógłby uznać tę opowieść za creepypastę z internetu. Niestety to prawdziwa sprawa, opisywana od lat przez lokalne media. Latem 2023 r. „Gazeta Wrocławska” publikowała relacje mieszkańców o bezdomnym mężczyźnie z mocno spuchniętą, otwartą raną na ręce, który zaczepiał ludzi w centrum miasta, prosił o pieniądze i robił awantury, gdy dostał za mało. Według relacji internautów przytaczanych przez gazetę miał przesuwać chorą ręką po barierkach i siedzeniach w tramwajach. Pierwsze wpisy o nim w lokalnych grupach pojawiały się podobno już w 2019 r.
W sierpniu 2023 r. mężczyznę zatrzymała policja. Jak podawało wówczas Radio Eska, po badaniach, zeznaniach świadków i zawiadomieniu złożonym przez restauratora usłyszał zarzut sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób i trafił do aresztu. Sąd skazał go ostatecznie na trzy lata więzienia. Według „Gazety Wrocławskiej” odbył całą karę i wyszedł 31 lipca 2026 r.
Po wyjściu z więzienia wszystko zaczęło się od nowa
Na efekty nie trzeba było długo czekać. W październiku „Gazeta Wrocławska” opisała relację pracownicy jednej z restauracji w Rynku, którą mężczyzna miał opluć, gdy prosiła go o opuszczenie lokalu. Z tego samego tekstu wynika, że w restauracjach wkłada chorą dłoń do talerzy i wyjada gościom resztki, a ludzie, żeby się go pozbyć, po prostu oddają mu jedzenie. Radio Wrocław informowało z kolei o zgłoszeniu kobiety, której mężczyzna miał zabrać pieniądze przy bankomacie, grożąc jej chorą ręką. Gdyby się to potwierdziło, mowa o rozboju, za który kodeks karny przewiduje od 2 do 15 lat więzienia.
Internet zrobił swoje. Mężczyzna dorobił się przezwisk („Rączka”, „Thanos”), memów i dziesiątek wpisów ze zdjęciami. Tymczasem, jak podały Wrocławskie Fakty, policja dysponowała na tamtym etapie jednym formalnym zawiadomieniem. „Dopiero zostało przyjęte, żadne czynności jeszcze nie zostały wykonane”, mówił serwisowi sierż. szt. Marek Myśliwiec z Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu.
Co mówi prawo karne. Narażenie na zakażenie to przestępstwo
Wbrew pozorom prawo karne ma tu sporo do powiedzenia. Przepis, na podstawie którego mężczyzna został skazany, to art. 165 Kodeksu karnego. Karze on sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób, m.in. przez wywołanie zagrożenia epidemiologicznego lub szerzenie choroby zakaźnej. Grozi za to od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Nie trzeba nikogo faktycznie zarazić, wystarczy samo stworzenie realnego zagrożenia.
Obok tego jest art. 161 k.k., który dotyczy narażenia konkretnej osoby na zarażenie HIV albo inną chorobą zakaźną. Szerzej o tym, kiedy zakażenie kogoś chorobą kończy się wyrokiem, pisaliśmy już na łamach Bezprawnika. Oplucie człowieka to z kolei co najmniej naruszenie nietykalności cielesnej z art. 217 k.k., a natarczywe żebranie jest wykroczeniem z art. 58 Kodeksu wykroczeń.
Problem polega na tym, że każdy z tych przepisów działa dopiero wtedy, gdy ktoś złoży zawiadomienie i zezna jako świadek. Setki komentarzy pod zdjęciem na Facebooku nie są dowodem w żadnym postępowaniu.
Dlaczego nie można go po prostu przymusowo leczyć
To pytanie pada pod każdym tekstem o tej sprawie i trudno się dziwić. Odpowiedź jest niewygodna: w Polsce dorosłego, poczytalnego człowieka co do zasady nie da się leczyć wbrew jego woli. Prawo pacjenta do odmowy leczenia obejmuje także tych, którzy swoją decyzją szkodzą sami sobie. Radio Wrocław ustaliło, że w czasie odbywania kary wnioskowano o przymusowe leczenie, ale lekarze nie mogli go podjąć bez zgody skazanego, a mężczyzna nie leczy się psychiatrycznie.
Ścieżki wyjątkowe istnieją, ale są wąskie:
- ustawa o ochronie zdrowia psychicznego pozwala przyjąć kogoś do szpitala psychiatrycznego bez zgody, ale tylko przy chorobie psychicznej i bezpośrednim zagrożeniu dla życia lub zdrowia; uzależnienie czy agresja same w sobie tego nie uzasadniają, a gdy już do tego dochodzi, w grę wchodzi także przymus bezpośredni, budzący zresztą sporo kontrowersji,
- ustawa o chorobach zakaźnych przewiduje obowiązkowe badania, hospitalizację i leczenie, ale wyłącznie przy chorobach z zamkniętego katalogu i na podstawie decyzji sanepidu; zakażona rana sama w sobie tam nie pasuje,
- przymusowe leczenie uzależnień u dorosłych zna polskie prawo właściwie tylko w odniesieniu do alkoholu, gdzie sąd może orzec przymusowy odwyk; przy narkotykach leczenie dorosłych poza procesem karnym jest dobrowolne,
- ubezwłasnowolnienie według Radia Wrocław nie wchodzi tu w grę z braku podstaw, a sama instytucja i tak jest na wylocie, bo trwają prace, które mają oznaczać koniec ubezwłasnowolnienia w obecnym kształcie.
Najwięcej do zrobienia było i wciąż jest po stronie sądu karnego. Biegli uznali u mężczyzny ograniczoną poczytalność, o czym pisały Wrocławskie Fakty. Kodeks karny pozwala wobec takich sprawców orzec środki zabezpieczające (art. 93a i nast. k.k.), np. terapię, terapię uzależnień, a w skrajnych przypadkach pobyt w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Jeżeli przy kolejnym procesie skończy się wyłącznie na następnej odsiadce, za kilka lat cała historia powtórzy się po raz trzeci.
Co może zrobić MPK, restauratorzy i zwykli pasażerowie
Przewoźnik nie jest tu zupełnie bezradny. Regulaminy komunikacji miejskiej zwykle pozwalają odmówić przewozu albo usunąć z pojazdu pasażera, którego stan lub ubiór może zabrudzić innych podróżnych, a także osobę zakłócającą porządek. Motorniczy może wezwać policję lub straż miejską, a nagrania z kamer są potem dowodem w postępowaniu. Warto wiedzieć, że kamery w komunikacji miejskiej działają właśnie po to, a przewoźnik zabezpiecza zapis na wniosek policji.
Restaurator ma prawo wyprosić z lokalu każdego, kto zakłóca spokój gości, a w razie odmowy wezwać policję. Gość, któremu ktoś wsadził rękę do talerza, nie musi niczego oddawać „dla świętego spokoju”, choć zdrowy rozsądek podpowiada, żeby nie wchodzić w szarpaninę z kimś, kto może przenosić choroby.
Dla mieszkańców najważniejsze jest jedno: zgłaszać formalnie. Telefon na 112 w chwili zdarzenia, zawiadomienie na komisariacie, zeznanie świadka. Prokuratura sama apelowała do pokrzywdzonych o składanie zawiadomień. Bez nich policja może jedynie bezradnie rozkładać ręce, a wpisy na Facebooku zostaną wpisami.
Państwo potrafi zamknąć, ale nie potrafi rozwiązać problemu
Łatwo z tej historii zrobić internetowy horror o „zombie z tramwaju”. Fanpage’e, przezwiska i memy niczego jednak nie załatwiają, a jedynie odczłowieczają kogoś, kto jest jednocześnie sprawcą i ciężko chorym człowiekiem. To nie zmienia faktu, że pasażerowie i pracownicy lokali mają prawo czuć się bezpiecznie i nie być straszeni ropiejącą raną.
Najbardziej absurdalne w całej sprawie jest to, że system zadziałał dokładnie tak, jak go zaprojektowano. Był zarzut, areszt, proces, wyrok i kara odbyta co do dnia. Tyle że przez trzy lata nikt nie znalazł sposobu, żeby mężczyznę wyleczyć albo chociaż sprawić, by po wyjściu trafił pod czyjąkolwiek opiekę. Więzienie zadziałało jak pauza, nie jak rozwiązanie. Jeśli kolejny sąd nie sięgnie po środki zabezpieczające, a ustawodawca nie zastanowi się, co robić z osobami, które realnie zagrażają zdrowiu innych i odmawiają leczenia, Wrocław będzie wracał do tego tematu co kilka lat.










