1. Home -
  2. Nieruchomości -
  3. Możesz zapłacić za bałagan sąsiada z kawalerki. Wystarczy, że masz większe mieszkanie

Możesz zapłacić za bałagan sąsiada z kawalerki. Wystarczy, że masz większe mieszkanie

Mieszkanie w bloku ma swoje prawa i drobne paradoksy potrafiące wywołać większe emocje niż niejeden podatek. Niby wszyscy korzystamy z tych samych schodów, a jednak wysokość ceny za ich sprzątanie różni się jak cena kawy wypitej w domu od zamówionej w prestiżowej kawiarni. Jedna pani z mopem, jedno wejście do budynku, jedna klatka schodowa, lecz inne rachunki. Dlaczego? Bo stawka ustalana jest nie od liczby zostawionych przez buty śladów, tylko od metrażu mieszkania.

I tak właściciel największego mieszkania dokłada najwięcej do czystości przestrzeni wspólnej, choć niekoniecznie brudzi bardziej niż sąsiad z kawalerki.

Matematyka udziałów kontra proza życia i płacenie za czyjś bałagan

Podstawą takiego naliczenia jest prawo, a konkretnie ustawa o własności lokali, która nakazuje dzielić koszty według udziałów, czyli de facto powierzchni mieszkań. Zgodnie z art. 12 tej ustawy właściciel lokalu ma prawo do współkorzystania z nieruchomości wspólnej zgodnie z jej przeznaczeniem, przy czym pożytki i inne przychody z nieruchomości wspólnej służą pokrywaniu wydatków związanych z jej utrzymaniem, a w części przekraczającej te potrzeby przypadają właścicielom lokali w stosunku do ich udziałów. W takim samym stosunku właściciele lokali ponoszą wydatki i ciężary związane z utrzymaniem nieruchomości wspólnej w części nieznajdującej pokrycia w pożytkach i innych przychodach.

Brzmi elegancko i teoretycznie sprawiedliwie, bo większy udział to większa odpowiedzialność finansowa. Problem w tym, że ta teoria pięknie wygląda w aktach prawnych, ale zderzona z rzeczywistością przypomina zbyt sztywną marynarkę: da się ją założyć, ale komfortu nam nie zapewni.

Sprzątanie może najwięcej kosztować tych, którzy najmniej z niego korzystają

W przypadku sprzątania opłata od metra kwadratowego doprowadza do absurdu, w którym czystość części wspólnych jest traktowana jak luksus zależny od metrażu mieszkania. A przecież klatka schodowa magicznie się nie powiększa wraz z metrażem lokalu, a właściciel przestronniejszego M nie zawsze zostawia na poręczy trzy razy więcej odcisków palców niż ktoś inny.

Co więcej, sama czynność sprzątania jest stała – umycie schodów przeważnie zajmuje tyle samo czasu i energii niezależnie od tego, czy w bloku mieszka dwadzieścia czy pięćdziesiąt osób, przy założeniu jednakowej liczby pięter. Współczesny standard doprowadza do sytuacji, w której ktoś z parteru rzadko wychodzący z mieszkania może płacić więcej niż ktoś z czwartego piętra śmigający po schodach w tę i we w tę kilka razy dziennie.

Kuriozalne dylematy podziału kosztów utrudniają znalezienie złotego środka

Próba wypośrodkowania racji niestety prowadzi do kuriozalnych dylematów: skoro opłaty mają oddawać faktyczne użycie, to może mieszkańcy wyższych pięter powinni płacić cztery razy więcej, a właściciele parterów w ogóle nie dokładać się do łatania dachu? Przecież im deszcz nie kapie na głowę, więc z ich punktu widzenia usterka nie wymaga naprawy. 

Skutek ślepego trzymania się jednej zasady podziału kosztów jest kuriozalny. Niestety alternatywy dla tej formy rozliczenia również nie są idealne. Opłata „od osoby” wymagałaby comiesięcznych deklaracji, weryfikacji gości, śledzenia przyjazdów i wyjazdów. Nie dość, że byłoby to potwornie biurokratyczne i niemal niewykonalne, to i tak otworzyłoby pole do nadużyć. Podział „od mieszkania” o jednakowej opłacie dla każdego jest najprostszy, lecz nadal faworyzujący z uwagi na piętra i częstotliwość korzystania z klatki. System „od metra” tworzy zaś wrażenie, że to metraż schodzi po schodach zamiast ludzi. Co pozostaje? Nadal szukać złotego środka.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi