1. Home -
  2. Biznes -
  3. Nowa ustawa daje prywatnej spółce banków monopol na dane Polaków. Ale nie sądzę, że kredyty będą droższe

Nowa ustawa daje prywatnej spółce banków monopol na dane Polaków. Ale nie sądzę, że kredyty będą droższe

Nowa ustawa o kredycie konsumenckim miała otworzyć rynek informacji kredytowej na konkurencję. Zamiast tego projekt idzie w dokładnie odwrotnym kierunku i umacnia dominację Biura Informacji Kredytowej, prywatnej spółki kontrolowanej przez największe banki. Eksperci biją na alarm: konsekwencje odczują przede wszystkim zwykli kredytobiorcy, którzy zapłacą więcej za finansowanie, a część z nich w ogóle straci do niego dostęp.

Filip Dąbrowski15.03.2026 7:27
Biznes

Dyrektywa unijna jako pretekst do wzmocnienia monopolu

Polska wdraża właśnie unijną dyrektywę CCD II dotyczącą kredytów konsumenckich. Projekt liczy blisko sto stron i reguluje niemal cały proces udzielania finansowania. W teorii to dobra okazja, żeby przy okazji transpozycji naprawić patologie polskiego rynku informacji kredytowej. W praktyce wyszło odwrotnie.

Kluczowa sprawa dotyczy tego, skąd kredytodawca czerpie informacje o potencjalnym kliencie przed udzieleniem pożyczki. W Polsce funkcjonują dwa typy baz danych: Biuro Informacji Kredytowej (BIK), czyli branżowa, prywatna spółka kontrolowana przez osiem największych banków komercyjnych i Związek Banków Polskich, oraz biura informacji gospodarczej (BIG-i), takie jak Krajowy Rejestr Długów BIG, ERIF BIG, KBIG czy BIG InfoMonitor. Te drugie działają na otwartym rynku i udostępniają dane nie tylko bankom, ale też przedsiębiorcom z sektora MŚP, oceniającym wiarygodność kontrahentów.

Monopolistyczną pozycję BIK zawdzięcza art. 105 ust. 4 Prawa bankowego z 1997 roku, który stanowi, że wyłącznie banki wspólnie z bankowymi izbami gospodarczymi mogą tworzyć instytucje gromadzące tajemnicę bankową. Konkurencja jest tu wykluczona nie rynkowo, lecz ustawowo. Ten RODO a wpisanie do rejestru długów to zresztą odrębny, złożony temat, ale warto pamiętać, że dane o zadłużeniu krążą w Polsce w systemie, który jest wszystkim poza wolnorynkowym.

Dwa przepisy, dwie prędkości raportowania

Projekt ustawy nakłada na kredytodawców obowiązek przekazywania informacji o zaległościach zarówno do BIK, jak i do BIG-ów. Problem w tym, że te dwa obowiązki wyglądają zupełnie inaczej. Raportowanie do BIK jest bezwzględne: siedem dni od powstania zaległości, bez żadnych dodatkowych warunków. Raportowanie do BIG-ów wymaga natomiast łącznego spełnienia trzech warunków. Wystarczy, że kredytodawca nie spełni choć jednego z nich, i obowiązek znika.

Efekt jest łatwy do przewidzenia. Baza BIK będzie stale zasilana nowymi danymi. Konkurencyjne biura informacji gospodarczej mogą nie dostać nic. Projektodawcy tłumaczą, że wyrównanie warunków wymagałoby zmiany ustawy o BIG-ach, co wykracza poza zakres wdrożenia dyrektywy. Tyle że ten sam projekt nowelizuje ustawę o BIG-ach w art. 145, nakładając na biura nowy obowiązek informowania konsumentów o zaległościach. Skoro jedną zmianę w tej ustawie można wprowadzić, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby wprowadzić również drugą. Na tę niespójność zwracała uwagę w swoich uwagach do projektu Komisja Nadzoru Finansowego, sygnalizując ryzyko uzależnienia kredytodawców od jednego prywatnego podmiotu.

„Z perspektywy całego rynku finansowego ten projekt robi coś dokładnie odwrotnego niż obiecywano. Zamiast stopniowo otwierać system informacji kredytowej na konkurencję, cementuje on dominującą rolę jednego prywatnego podmiotu, uprzywilejowanego konstrukcją prawa bankowego z końca lat 90." — komentuje Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Wierzyciele wtórni zmuszeni do raportowania bez podstawy w dyrektywie

Drugi kontrowersyjny mechanizm dotyczy firm skupujących niespłacone długi, czyli tzw. wierzycieli wtórnych. Art. 43 ust. 7 projektu ustawy zobowiązuje nabywców wierzytelności do raportowania danych do BIK-u. Przez piętnaście lat firmy te przekazywały informacje do BIG-ów i system działał: kredytodawcy sprawdzający obie bazy mieli komplet danych. Jedynym podmiotem, który nie miał dostępu do informacji od wierzycieli wtórnych, był BIK. Nowe przepisy nie uszczelniają więc systemu, tylko przekierowują istniejący strumień danych z BIG-ów do BIK-u.

Co istotne z perspektywy prawnej: dyrektywa CCD II obowiązkami raportowymi obejmuje wyłącznie kredytodawców i pośredników kredytowych. Nabywca wierzytelności nie mieści się w żadnej z tych kategorii. Przepis wykracza więc poza zakres transpozycji unijnej dyrektywy. To klasyczny przykład tzw. nadregulacji (gold-plating), którą Komisja Europejska od lat krytykuje jako sprzeczną z zasadą proporcjonalności.

Dodatkowy problem to termin siedmiu dni na zaraportowanie danych po zakupie portfela wierzytelności. W praktyce weryfikacja takiego portfela trwa od kilku tygodni do kilku miesięcy. Do BIK-u trafiałyby dane niezweryfikowane, a błędny wpis, choćby z powodu pomyłki w numerze PESEL, może skutkować odmową kredytu dla osoby, która nie ma nic wspólnego z danym długiem. To dość absurdalna sytuacja, w której ktoś, kto terminowo reguluje swoje zobowiązania, nagle widnieje w bazie jako dłużnik, bo zaszła pomyłka przy hurtowym przejmowaniu portfela. Trudno o lepszy przepis na podważenie zaufania do systemu punktacji kredytowej i jej wpływu na zdolność kredytową.

„Działamy na wielu rynkach europejskich i nigdzie nie spotkaliśmy się z pomysłem, aby wierzyciele wtórni byli objęci krajowymi obowiązkami raportowania do baz kredytowych. W żadnym innym państwie UE nabywcy wierzytelności takich kosztów nie ponoszą. To rozwiązanie jest zbyteczne i dyskryminuje polskie firmy wobec konkurencji zagranicznej" — zauważa Tomasz Ignaczak, dyrektor generalny KRUK S.A.

Kto za to zapłaci? Oczywiście kredytobiorcy

Konsekwencje obu mechanizmów wykraczają daleko poza branżowy spór między BIK a BIG-ami. Wyższe koszty nakładane na wierzycieli wtórnych oznaczają mniejszy popyt na portfele niespłacanych kredytów. Banki i firmy pożyczkowe uzyskają za nie niższą cenę. Mniej pieniędzy ze sprzedaży złych długów to mniej środków, które mogą wrócić do akcji kredytowej. Sektor kredytodawców będzie rekompensował te straty, podnosząc marże, prowizje i opłaty ponoszone przez klientów.

Jednocześnie droższa i bardziej ryzykowna obsługa niespłacanych wierzytelności skłoni banki do zaostrzenia kryteriów udzielania finansowania. Osoby z niższą lub niestabilną zdolnością kredytową częściej usłyszą „odmowę" i zostaną wypchnięte z regulowanego rynku. Część z nich zacznie szukać pieniędzy w szarej strefie, u nieformalnych pożyczkodawców, bez nadzoru i realnej ochrony prawnej. Dla wielu będzie to początek spirali zadłużenia, z której coraz trudniej wyjść bez dramatycznych decyzji.

„Przeniesienie obowiązku raportowania wierzycieli wtórnych do BIK uruchamia efekt domina: koncentrację danych w jednej bazie, stopniowe odchodzenie banków od korzystania z BIG-ów i osłabienie narzędzi, z których od lat korzystają przedsiębiorcy, zwłaszcza z sektora MŚP" — mówi Piotr Rogowiecki, dyrektor Departamentu Analiz i Legislacji Pracodawców RP.

Mniej ugód, więcej egzekucji komorniczych

Przeregulowanie działalności nabywców wierzytelności niesie jeszcze jedno ryzyko. Ograniczona zostanie możliwość ugodowego dogadywania się z dłużnikami. Jeżeli więcej spraw zamiast do stołu negocjacyjnego trafi od razu do komornika, naturalną konsekwencją będzie wzrost liczby egzekucji i upadłości konsumenckich. To trwałe wykluczenie kolejnych grup osób z rynku finansowego. A przecież co trzeci Polak ma kłopoty finansowe już dziś. Dokładanie do tego systemu regulacji, które utrudniają polubowne rozwiązywanie sporów, to droga donikąd.

„Jeżeli nowe przepisy skierują kluczowe dane o zadłużeniu przede wszystkim do BIK, a rola BIG-ów zostanie ograniczona, motywacja do terminowej spłaty zobowiązań spadnie, a małym firmom będzie znacznie trudniej ocenić ryzyko współpracy z nowym klientem" — dodaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Rentowność 28 procent i żadnej konkurencji

Na koniec warto spojrzeć na twarde liczby. W 2024 roku rentowność BIK wyniosła 28 procent. Gdyby na rynku działało kilka konkurujących ze sobą podmiotów, jak to ma miejsce w Niemczech, Włoszech czy Czechach, koszty usług mogłyby spaść nawet o 30 procent. Te oszczędności trafiłyby ostatecznie do konsumentów w postaci niższych kosztów kredytów. Zamiast tego polska ustawa nie tylko nie likwiduje monopolu, ale go wzmacnia. I to wbrew wcześniejszym deklaracjom prezesa UOKiK Tomasza Chróstnego, który publicznie zapewniał, że urząd nie chce umacniania monopolu informacyjnego BIK-u.

Warto tu przypomnieć, że orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE zabrania państwom członkowskim ustanawiania rozwiązań regulacyjnych, które wzmacniają lub rozszerzają pozycję dominującą określonego przedsiębiorstwa. Projekt ustawy o kredycie konsumenckim idzie dokładnie w tym kierunku. Monopol BIK-u umocni się nie dlatego, że wygrał rynkową rywalizację, lecz dlatego, że ustawa wyeliminuje mu konkurencję. A kto traci na monopolu? Zawsze ten sam podmiot: konsument. I to nie tylko ten, który stara się o kredyt hipoteczny, ale również ten, kogo scoring BIK mogą storpedować płatności odroczone, czy ten, kto szuka najlepszej oferty i nie wie, że to może obniżyć zdolność kredytową.

Pamiętajmy, że to cytaty jednej ze stron sporu

Cytaty zawarte w tekście pochodzą z informacji prasowej, która wpłynęła na skrzynkę redakcji od KRD. Ale dla pewnej uczciwości intelektualnej istotne jest by pamiętać, że KRD i inne BIG-i przedstawiają się jako obrońcy konsumenta, ale tak naprawdę bronią przede wszystkim własnego modelu biznesowego. Jeśli dane o długach z portfeli wtórnych trafią do BIK-u zamiast do BIG-ów, to BIG-i tracą produkt, który sprzedają. To nie jest tylko altruizm, to też walka o przychody.

Argument, że „kredyty będą droższe", jest mocno uproszczony. Koszty kredytów zależą od dziesiątek czynników, a wpływ akurat tego przepisu na końcową cenę dla konsumenta byłby trudny do wyizolowania. Branża windykacyjna celowo maluje czarny scenariusz, bo tak działa lobbing: trzeba pokazać, że ofiarą regulacji jest „zwykły Kowalski", nie firma z miliardowymi obrotami.

Cytat z KRUK S.A. o „dyskryminacji polskich firm wobec konkurencji zagranicznej" to gruba przesada. KRUK jest jedną z największych firm windykacyjnych w Europie i ma oczywisty interes w tym, żeby nie ponosić dodatkowych kosztów raportowania.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi