Pociągi to przyszłość
I to nie ulega żadnym wątpliwościom. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że z roku na rok będzie coraz lepiej. Liczby mówią same za siebie – jeszcze 10 lat temu PKP Intercity mogło pochwalić się wynikiem na poziomie 31 mln pasażerów. Cztery lata później było to już 49,6 mln. W 2020 wiadomy spadek, spowodowany pandemią. Jednak już w 2022 roku największy polski przewoźnik pobił rekord sprzed pandemii, przewożąc 58,9 mln pasażerów.
To nie koniec dobrych statystyk dla kolei, bo każdy kolejny rok to nowy rekord. Rok później to już 68 mln. W zeszłym roku odnotowano 78,5 mln. Teraz PKP Intercity również idzie na rekord – w pierwszej połowie roku z usług skorzystało 40,4 mln pasażerów. To wzrost o ponad 9% w porównaniu do analogicznego okresu z zeszłego roku. Do dyspozycji mamy 514 połączeń.
I mógłbym wymieniać tak jeszcze chwilę. Wszystko rośnie, wskaźniki napawają optymizmem. Pamiętajmy jednak, że to tylko PKP Intercity. Mamy przecież jeszcze przewoźników regionalnych, który również wykręcają imponujące liczby. Z mojego podwórka nie mogę pominąć Kolei Wielkopolskich – aż 18,6 mln pasażerów przez cały 2024 rok.
Sprawdź polecane oferty
RRSO 21,36%
Koleje odgrywają coraz większą rolę w życiu Polaków. Połączeń jest coraz więcej, pociągi jeżdżą częściej, więc łatwiej jest z nich skorzystać. Bardzo często jest tak, że nawet jeśli spóźnimy się na jakiś pociąg, to będziemy mieć następny w ciągu kilkudziesięciu minut. Tego kiedyś po prostu nie było. Nie oznacza to jednak, że wszystko jest idealne.
Podróżowanie na stojąco
Daleko szukać - wystarczy, że spojrzę na moją podróż z ubiegłego weekendu, kiedy wracałem z Gdańska słynnym Baltic Express (relacja Gdynia Główna - Praga Główna). Od razu zaznaczę - tak, z pełną świadomością wiem, że w PKP Intercity obowiązuje rezerwacja miejsc, nierzadko z pewnym wyprzedzeniem, w szczególności, jeśli jedziemy w weekend. Nie kupowałem biletu na np. dwa tygodnie przed podróżą, a raczej na kilka, zapewne trzy-cztery. W momencie kupowania zakładałem, że być może nie będzie dla mnie miejsca siedzącego, i tak rzeczywiście się stało.
To, co jednak było już w samym pociągu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po cichu liczyłem, że uda się chociaż usiąść na schodach w przedsionku wagonu. Nic z tego. Zresztą jeszcze na peronie usłyszałem rozmowę, w której ktoś miał rezerwować bilety dwa tygodnie naprzód, a już miał problem z miejscami. Cały pociąg był tak załadowany, że z cudem graniczyło samo wejście do niego. Wszystkie przejścia załadowane stojącymi ludźmi. Do tego przepychający się co jakiś czas pasażerowie w bliżej nieokreślonym celu. No i oczywiście konduktorzy sprawdzający bilety.
Byłbym wyrozumiały, gdyby zdarzyło się to na początku wakacji. Wiadomo, może przewoźnik nie przewidział, że będzie tyle pasażerów. Ale to był przedostatni weekend sierpnia. To końcówka wakacji, a nie ich początek. Chyba przez ten czas możliwa była weryfikacja tego, czy podstawione tabory są wystarczające, prawda? Być może miałem po prostu pecha, ale z tego co rozmawiam ze znajomymi, lub przypominam sobie inne moje przejazdy tego lata, to raczej nie jest to odosobniony przypadek.
Wspaniale słyszeć, że polska kolej się rozwija i stara się sprostać kolejnym wyzwaniom. Niestety, bardzo często to po prostu tylko liczby, które ładnie wyglądają na plakacie. Dobrze jest widzieć jest wzrost liczby połączeń, ale trzeba sobie zadać pytanie - czy te wzrosty są wystarczające?