Jak będzie wyglądała reforma wymiaru sprawiedliwości, jaką szykuje nam rząd? Czy rzeczywiście pomysły ministra Zbigniewa Ziobry zniszczą polskie sądownictwo? Przyjrzeliśmy się proponowanym zmianom.

Wymiar sprawiedliwości stał się sceną, na której swoje gierki rozgrywają politycy, którzy zamierzają go głęboko zreformować. To coś więcej niż przestawianie dekoracji – szykują się zmiany fundamentalne, których skutki będą trudne do odwrócenia. I nie chodzi tylko o treść samych zmian, ale i sposób ich przeprowadzenia.

Reforma wymiaru sprawiedliwości 2017

Resort Zbigniewa Ziobry ma ambitne cele – zreformowanie całego sądownictwa. Trybunał Konstytucyjny został już zreformowany, co w praktyce oznacza tyle, że sąd konstytucyjny… nie działa. To znaczy: nie orzeka, choć przecież celem zmian miało być „przewrócenie Trybunału zwykłym ludziom”. A w drodze czekają kolejne reformy:  przede wszystkim rządowy projekt ustawy o zmianie Krajowej Radzie Sądownictwa oraz niektórych innych ustaw oraz poselski projekt ustawy o zmianie ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych oraz niektórych innych ustaw.

Pierwszą ustawę – obecnie znajdującą się na etapie prac sejmowych – ocenialiśmy już w styczniu.

Szybcy, ale ślepi – czy tacy będą sędziowie w nowym, zreformowanym przez PiS sądownictwie?

Przypomnijmy: Krajowa Rada Sądownictwa to organ, który m.in. zajmuje się oceną kandydatów na sędziów. Zgodnie z Konstytucją to KRS, składająca się w większości z sędziów, przedstawia prezydentowi kandydatów na urząd sędziego, a głowa państwa ich powołuje (lub nie). Zgodnie z projektem, który trafił niedawno do Sejmu, decydującą rolą o sędziowskich powołaniach będą mieli politycy: nie tylko będą wchodzić (co jest legalne i zgodne z Konstytucją) w skład Rady, ale będą również decydować o tym, którzy sędziowie będą zasiadać w Radzie. Zapisy projektu budzą poważne wątpliwości konstytucyjne, wyrażone m.in. w opinii Sądu Najwyższego, jednak uwagi te nie zostały jak do tej pory uwzględnione.

Nowelizacja w poselskim kamuflażu

Ale to nie koniec zmian, dzięki którym politycy na dobre „przejmą” wymiar sprawiedliwości. Otóż do Sejmu przed kilkoma dniami trafił projekt nowelizacji ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych – aktu prawnego określającego sposób funkcjonowania sądownictwa. Choć projekt był przygotowany w Ministerstwie Sprawiedliwości, to nie trafił on do parlamentu jako projekt rządowy, lecz poselski. Dlaczego? Nie sposób się domyślić, że chodzi tylko i wyłącznie o uniknięcie żmudnej, ale koniecznej procedury opiniowania projektu przez zewnętrzne instytucje. Chyba, że chodzi tylko o tworzenie prawa „na szybkości” – a taka teza jest uprawniona, bo wiceminister Patryk Jaki – taki Misiewicz, któremu się udało – chwali się tempem prac, zupełnie tak, jakby chodziło o średni czas oczekiwania na hamburgera w fast foodzie:

Skąd ta „histeria”, o której mówi wiceminister? Projekt zakłada m.in., że prezesi sądów staną się namiestnikami ministra sprawiedliwości. Co prawda od lat prezesi są powoływani przez ministra – i to się nie zmieni – ale do tej pory powołanie takie wymagało uzyskania zgody (wiążącej opinii) Krajowej Rady Sądownictwa. Jeśli proponowane zmiany wejdą w życie, pełnię władzy nad losem prezesów sądów będzie miał przedstawiciel władzy wykonawczej.

A do tego minister będzie miał narzędzia do wiernej służby na rzecz władzy. Prezesem sądu apelacyjnego będzie mógł zostać nawet sędzia sądu rejonowego, a w nagrodę za dobre sprawowanie otrzymać dodatkowe gratyfikacje pieniężne. Posłuszni sędziowie będą mogli również „odpocząć” od orzekania nie tylko, jak do tej pory, przy delegowaniu do pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości, ale również Kancelarii Prezydenta oraz Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

To marchewka, ale jest i kij. „Nieposłusznym” prezesom sądów minister będzie mógł na przykład „wytykać uchybienia” w zarządzaniu sądem, a także odbierać część uposażenia.

Cała władza w ręce Ministra Sprawiedliwości

Nowelizacja przewiduje również – co samo w sobie nie jest złą zmianą – przydzielanie spraw sędziom do rozpatrzenia w drodze losowej:

Sprawy są przydzielane sędziom i asesorom sądowym losowo, w ramach poszczególnych kategorii spraw, chyba że sprawa podlega przydziałowi sędziemu pełniącemu dyżur.

A zgadnijcie: kto będzie określał „rodzaje spraw podlegających przydzieleniu zgodnie z planem dyżurów”? Minister Sprawiedliwości we własnej osobie, w drodze rozporządzenia. Minister, będący równocześnie i Prokuratorem Generalnym, i zwierzchnikiem prezesów sądów – prezesów, którzy będą ustalali plany dyżurów sędziowskich.

Nie sposób nie dostrzec, że w ten sposób zanika trójpodział władz – jeden z fundamentów demokratycznego państwa prawa. Ale jaki to może mieć wpływ na życie przeciętnego Kowalskiego czy Nowaka?

Choćby taki, że niezależne od innych władz sądownictwo to gwarancja tego, że gdy Kowalski lub Nowak podpadnie w jakiś sposób państwu (np. będzie oskarżony o przestępstwo, albo jego interpretacja przepisów podatkowych nie spodoba się urzędnikom kontroli skarbowej), to będzie miał on możliwość obrony swoich praw. Zwiększanie wpływów polityków powoduje, że ten Kowalski będzie miał przeciwko sobie i prokuraturę, podległą ministrowi sprawiedliwości, i sądy składające się z sędziów wybranych przez polityków i zarządzanych przez prezesów z politycznego nadania. Sam przeciw wszystkim – to dobry pomysł na scenariusz filmowy, ale słaby pomysł na życie.

Co więcej, projekt zakłada wiele innych, drobnych zmian, które odbić się mogą na życiu Kowalskiego. Choćby taka, że sędzia sądu rejonowego będzie mógł od razu – po przepracowaniu 10 lat na wokandzie – trafić do sądu apelacyjnego, z pominięciem dotychczas wymaganego stażu w sądzie okręgowym. A to stanowi zagrożenie dla jakości wydawanych orzeczeń.

Innymi słowy będziemy mieli dokładnie to, co blisko trzydzieści lat temu – wydawało się – zarzuciliśmy.