Wszystko skończyło się w listopadzie 2021 roku, gdy na stronie głównej pojawił się lakoniczny komunikat o zawieszeniu działalności. Za kulisami czekała już prokuratura.
Jak Roksa stała się synonimem branży
Historia Roksy to historia polskiego internetu lat 2000. W czasach, gdy serwisy ogłoszeniowe dopiero raczkowały, ktoś wpadł na pomysł stworzenia platformy dedykowanej jednemu, konkretnemu rodzajowi usług. Model biznesowy był banalnie prosty – za publikację anonsu pobierano opłatę w wysokości 50 złotych miesięcznie. Przy kilkunastu tysiącach aktywnych ogłoszeń co miesiąc, kasa płynęła szerokim strumieniem.
Serwis szybko zdystansował konkurencję. Profesjonalny interfejs, kategoryzacja według miast, system weryfikacji profili – wszystko to sprawiało, że Roksa wyglądała jak poważny biznes, nie jak szemrana strona z ciemnych zakamarków sieci. W ostatnich latach działalności portal zaczął nawet wymagać od ogłoszeniodawców przesyłania zdjęć z widoczną twarzą oraz skanów dokumentów tożsamości. Oficjalnie chodziło o walkę z fałszywymi profilami. Nieoficjalnie – o budowanie bazy danych, która później okaże się cennym materiałem dowodowym.
Nazwa „Roksa" stała się w Polsce synonimem całej branży, podobnie jak „Allegro" dla aukcji internetowych czy „Google" dla wyszukiwarek. Gdy ktoś szukał płatnego towarzystwa, nie szukał „serwisu z anonsami erotycznymi" – szukał po prostu Roksy.
Żeby zrozumieć, dlaczego Roksa mogła działać tak długo i tak otwarcie, trzeba cofnąć się do polskiego prawa. Polska przyjęła wobec prostytucji model abolicjonistyczny, co w praktyce oznacza dość osobliwą sytuację. Sama prostytucja jest całkowicie legalna – osoba świadcząca usługi seksualne nie łamie żadnego przepisu, podobnie jak jej klient. Przestępstwem staje się dopiero wszystko to, co dzieje się „wokół" prostytucji.
Kodeks karny w artykule 204 wymienia trzy rodzaje zabronionych zachowań: stręczycielstwo, czyli nakłanianie do prostytucji, sutenerstwo rozumiane jako czerpanie korzyści z cudzego nierządu, oraz kuplerstwo – ułatwianie prostytucji w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. I to właśnie ten ostatni przepis okazał się być mieczem, który w końcu przeciął gordyjski węzeł Roksy.
Problem w tym, że granica między legalną a nielegalną działalnością jest w tym przypadku niezwykle rozmyta. Czy prowadzenie portalu z ogłoszeniami to już ułatwianie prostytucji? A może to tylko neutralne pośrednictwo informacyjne, podobne jak publikowanie ogłoszeń o wynajmie mieszkań? Przez piętnaście lat organy ścigania najwyraźniej nie potrafiły jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Albo po prostu nie chciały.
Spektakularne zatrzymanie
Wszystko zmieniło się w listopadzie 2021 roku. Użytkownicy Roksy, którzy pewnego ranka chcieli sprawdzić swoje ogłoszenia, zamiast znajomego interfejsu zobaczyli krótki komunikat: „Niestety, ale dalsze świadczenie usługi nie może być zrealizowane". Kilka dni później administracja portalu doprecyzowała: „Zaprzestanie działalności portalu jest spowodowane realizacją postanowienia Prokuratury".
Za kulisami rozgrywała się prawdziwa akcja rodem z filmu sensacyjnego. Blisko pięćdziesięciu funkcjonariuszy z komendy wojewódzkiej w Białymstoku, wspieranych przez policjantów z Komendy Głównej, weszło na teren firmy zarządzającej serwisem. Zatrzymano jedenaście osób – od 31-letnich pracowników po 43-letniego właściciela przedsiębiorstwa. Przeszukano dwadzieścia pomieszczeń. Zabezpieczono dokumentację, komputery, nośniki danych.
W centrum uwagi śledczych znaleźli się dwaj bracia – 43-latek, który stworzył i prowadził portal, oraz jego 39-letni brat. Obaj usłyszeli zarzuty założenia i kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Pozostali zatrzymani, głównie pracownicy zajmujący się obsługą korespondencji z ogłoszeniodawcami i administrowaniem płatnościami, otrzymali zarzuty udziału w tej grupie oraz klasycznego kuplerstwa.
Piętnaście lat i pięćdziesiąt sześć milionów
Prokuratura skrupulatnie policzyła zyski z całego procederu. Według ustaleń śledczych, przez piętnaście lat działalności Roksa wygenerowała przychody rzędu co najmniej 56 milionów złotych. Niektóre wcześniejsze szacunki mówiły o 40 milionach, ale po dokładniejszej analizie kwota została skorygowana w górę.
Matematyka jest bezlitosna: 50 złotych za ogłoszenie, kilkanaście tysięcy aktywnych anonsów miesięcznie, pomnożone przez 180 miesięcy działalności. Do tego dochodzą opcje wyróżniania ogłoszeń, reklamy i inne źródła przychodu. W świetle tych liczb Roksa jawi się nie jako szemrany portal z ogłoszeniami, ale jako sprawnie działające przedsiębiorstwo o obrotach godnych średniej wielkości firmy z branży IT.
Prokuratura uznała, że właściciele „uczynili sobie z kuplerstwa stałe źródło dochodu". W świetle prawa to okoliczność obciążająca – przestępstwo popełniane systematycznie, przez długi czas, z premedytacją i dla zysku.
Wyrok, którego może nie było
W kwietniu 2024 roku polskie media obiegła informacja o wyroku w sprawie właściciela Roksy. Według doniesień główny oskarżony miał otrzymać rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata, grzywnę w wysokości 304 tysięcy złotych oraz obowiązek zwrotu blisko 9 milionów złotych jako korzyści majątkowej osiągniętej z przestępstwa. Pozostali trzej oskarżeni mieli zapłacić po 40 tysięcy złotych na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym.
Tyle że historia ma niespodziewany zwrot akcji. Właściciele Roksy oficjalnie zaprzeczyli, że wyrok ich dotyczy. W oświadczeniu przekazanym mediom stwierdzili wprost: „Do obecnej chwili nikt związany z portalem Roksa.pl nie został skazany przez sąd. Autor artykułu zamieścił nieprawdziwą informację celowo lub przez zaniechanie".
Po tym oświadczeniu część redakcji opublikowała sprostowania, sugerując, że opisywany wyrok mógł dotyczyć innego, podobnego serwisu z ogłoszeniami towarzyskimi. Portal niezalezna.pl, który jako pierwszy opublikował informację o wyroku, zaktualizował artykuł o sprostowanie. Sprawa do dziś pozostaje niejasna, a prawda o losach właścicieli oryginalnej Roksy ginie w gąszczu sprzecznych doniesień.
Roksa.sx – zmartwychwstanie czy podróbka?
Internet nie znosi próżni, a rozpoznawalna marka to wartość sama w sobie. Niedługo po zamknięciu Roksa.pl w sieci pojawiła się strona Roksa.sx. Rozszerzenie domeny .sx przypisane jest do Sint Maarten – holenderskiego terytorium zamorskiego na Karaibach, słynącego z liberalnego podejścia do rejestracji domen.
Nowy serwis wygląda znajomo i działa na podobnych zasadach co oryginał, z jedną zasadniczą różnicą – deklaruje, że jest całkowicie darmowy i nie pobiera opłat za publikację ogłoszeń. Jak zatem zarabia? To pytanie pozostaje bez oficjalnej odpowiedzi.
Na stronie oryginalnej Roksa.pl nadal widnieje ostrzeżenie: „Nie mamy nic wspólnego z innymi witrynami podszywającymi się teraz pod naszą markę". Czy Roksa.sx to kontynuacja działalności pod nowym szyldem, próba wykorzystania rozpoznawalnej marki przez osoby trzecie, czy może zwykły scam – trudno jednoznacznie stwierdzić. Eksperci od bezpieczeństwa w sieci zwracają uwagę na kilka niepokojących sygnałów: rejestrację w egzotycznej jurysdykcji, brak przejrzystego modelu biznesowego, kontaktowy adres email na Gmailu zamiast własnej domeny.
Sprawa Roksy odsłoniła szerszy problem polskiego systemu prawnego. Prostytucja w Polsce funkcjonuje w swoistej szarej strefie – jest legalna, ale niemal całkowicie nieuregulowana. Osoby świadczące usługi seksualne teoretycznie powinny odprowadzać podatki od swoich dochodów, ale w praktyce niemal nigdy tego nie robią. Ustawa o PIT wyłącza spod opodatkowania przychody z czynności, które nie mogą być przedmiotem prawnie skutecznej umowy – a usługi seksualne do takich właśnie należą.
To paradoks: państwo toleruje prostytucję, ale jednocześnie nie chce jej oficjalnie uznawać. W efekcie cała branża funkcjonuje w prawnym niebycie, co sprzyja patologiom. Brak regulacji oznacza brak ochrony dla osób świadczących usługi, brak kontroli sanitarnej, brak możliwości dochodzenia roszczeń w przypadku oszustwa. Jednocześnie tworzy się przestrzeń dla przestępczości – od drobnych wymuszeń po handel ludźmi.
Roksa, choć sama w sobie była tylko tablicą ogłoszeń, funkcjonowała w tym właśnie ekosystemie. Czy ułatwiała prostytucję? Bez wątpienia tak. Czy czerpała z tego korzyści? Oczywiście – 56 milionów złotych to nie są drobne. Czy to wystarczy, żeby uznać jej działalność za przestępczą? Na to pytanie odpowiedzi szukają sądy.
Sprawa Roksy wpisuje się w szerszą dyskusję o tak zwanych przestępstwach bez ofiar. Kto właściwie został pokrzywdzony działalnością portalu? Osoby publikujące ogłoszenia robiły to dobrowolnie i płaciły za usługę, którą otrzymywały. Klienci korzystali z serwisu świadomie. Nikt nikogo nie zmuszał, nie oszukiwał, nie wykorzystywał w sposób bezpośredni.
Zwolennicy penalizacji kuplerstwa argumentują, że chodzi o prewencję. Karanie za ułatwianie prostytucji ma utrudniać życie tym, którzy w rzeczywistości zajmują się handlem ludźmi, zmuszaniem do nierządu, wykorzystywaniem cudzego położenia. Skoro trudno jest udowodnić te cięższe przestępstwa, łatwiej złapać sprawców na czymś prostszym – na samym fakcie ułatwiania.
Krytycy odpowiadają, że to podejście prowadzi do absurdów. Czy właściciel mieszkania, który wynajmuje lokal osobie prostytuującej się, też jest kuplerem? A co z operatorem telekomunikacyjnym, dzięki któremu prostytutki mogą umawiać się z klientami przez telefon? Prawo, które nie potrafi precyzyjnie oddzielić działalności przestępczej od legalnej, siłą rzeczy będzie stosowane wybiórczo i uznaniowo.
Co zostało po Roksie
Zamknięcie Roksy nie oznaczało końca branży ogłoszeń towarzyskich w Polsce. W sieci nadal funkcjonują dziesiątki podobnych serwisów – część na polskich domenach, część za granicą. Niektóre są płatne, inne darmowe. Jedne wymagają weryfikacji, inne publikują wszystko bez pytania. Rynek podzielił się, zdywersyfikował, ale bynajmniej nie zniknął.
Sprawa Roksy pozostaje precedensem, którego konsekwencje wciąż są trudne do przewidzenia. Prokuratura pokazała, że jest gotowa ścigać właścicieli serwisów ogłoszeniowych za kuplerstwo. Ale czy podobny los czeka operatorów innych platform? Czy działania organów ścigania będą konsekwentne, czy raczej sporadyczne i wybiórcze? Na te pytania na razie nie ma odpowiedzi.
Dla użytkowników historia Roksy to lekcja o kruchości pozornie stabilnych platform internetowych. Serwis, który działał piętnaście lat i wyglądał na niezniszczalny, zniknął z dnia na dzień. Dla właścicieli podobnych biznesów to ostrzeżenie, że szara strefa ma swoje granice. A dla obserwatorów polskiego prawa – kolejny dowód, że regulacje dotyczące prostytucji dawno przestały przystawać do rzeczywistości i desperacko potrzebują przemyślenia na nowo.
Marka Roksa tymczasem żyje własnym życiem. Gdzieś na karaibskiej domenie, z niejasnym pochodzeniem i wątpliwą wiarygodnością, ale wciąż rozpoznawalna.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj