- Bezprawnik -
- Prawo -
- Sadistic.pl zamknięty. To nowy przepis kodeksu karnego przesądził o jego losie
Sadistic.pl zamknięty. To nowy przepis kodeksu karnego przesądził o jego losie
Po niemal dziewiętnastu latach z polskiego internetu zniknął Sadistic.pl, działający pod koniec jako Sadol. Serwis, który wyrósł w czasach, gdy sieć przypominała jeszcze prawny dziki zachód, wygaszono 1 września 2026 roku. Administratorzy tłumaczą decyzję finansami, presją społeczności i rosnącą liczbą regulacji. Każdy z tych powodów wygląda znajomo, bo dokładnie te trzy siły przez ostatnie dwa lata przeorały zasady odpowiedzialności za treści w polskim internecie.
Od czarnego humoru do zakładki „Hard”. Oto krótka historia Sadistica
Serwis ruszył w październiku 2007 roku, a jego twórcą i wieloletnim administratorem był użytkownik posługujący się pseudonimem Centurion, dziś związany ze spółką Limbo Media. Model był prosty i coraz bardziej typowy dla tamtej epoki raczkującego Web 2.0 - treści wrzucali sami użytkownicy, a redakcja właściwie nie istniała. Powstał z tego zlepek memów, czarnego humoru i nagrań, których na grzeczniejszych stronach szukać nie było sensu.
Rozpoznawalność Sadistic zawdzięczał jednak nie żartom, tylko sekcji oznaczonej jako „Hard”. Trafiały tam materiały pokazujące ludzką krzywdę w najbardziej dosłownej formie: wypadki, bójki, sceny z wojen i przestępstw. Wejście na nie zabezpieczała jedyna bariera, jaką ówczesny internet uznawał za wystarczającą, czyli okienko z deklaracją ukończenia osiemnastu lat. Nikt tego nie sprawdzał. Dla porównania warto zobaczyć, jak daleko przesunął się dziś standard: państwo od miesięcy dłubie przy pomyśle weryfikacji wieku przez mObywatela i unijnym portfelu tożsamości cyfrowej, żeby ta sama „kratka 18+” przestała być fikcją.
Przez lata Sadistic pełnił też rolę swoistego archiwum internetu. Ludzie wrzucali tam filmy zdejmowane z YouTube’a czy zamykanych zagranicznych serwisów, więc strona bywała ostatnim miejscem, w którym dało się coś odnaleźć. To akurat tłumaczy część nostalgii, jaka pojawiła się po ogłoszeniu końca. Reszta to zwykłe rozliczenie z młodością trzydziesto- i czterdziestolatków, dla których Sadol był elementem cyfrowego krajobrazu.
Domena, której nie chciała żadna sieć reklamowa
Charakter serwisu, który dawał mu popularność, jednocześnie odcinał go od pieniędzy. Sieci reklamowe odrzucały domenę Sadistic.pl ze względu na dotychczasowe treści, ich opisy oraz komentarze użytkowników. Reklamodawca nie chce sąsiadować z sekcją „Hard”, i to się nie zmienia niezależnie od zasięgów.
Właściciele próbowali obejść problem rebrandingiem na Sadol.pl, ale zmiana szyldu nie przekonała ani reklamodawców, ani starej społeczności. W 2024 roku administracja informowała o braku środków na dalsze utrzymanie strony i szukała pieniędzy u samych użytkowników, rozważając subskrypcję lub jednorazową opłatę za dostęp. Kasa się wtedy znalazła i serwis pociągnął jeszcze dwa lata. Drugi raz ta sztuczka już nie wyszła. W pożegnalnym komunikacie administratorzy napisali krótko, że „przyszła pora na zasłużony odpoczynek”.
Do tego doszła erozja pozycji. Funkcję agregatora mocnych treści przejęły Reddit, Wykop i media społecznościowe, a młodsi odbiorcy nigdy nie mieli powodu, żeby zakładać konto na stronie z 2007 roku.
Prawo dogoniło dziki zachód
Administratorzy przyznali, że przeszkadzała im też liczba regulacji nakładanych na platformy z materiałami wideo, które „coraz mocniej zrzucają na operatorów odpowiedzialność za to, co jest u nich dostępne”.
Przez większość istnienia Sadistica działał model, w którym pośrednik nie odpowiadał za treści użytkowników, dopóki nie dostał wiarygodnego zgłoszenia. Akt o usługach cyfrowych (DSA), unijne rozporządzenie stosowane od lutego 2024 roku, opisywane jako pierwsza na świecie regulacja czyniąca platformy odpowiedzialnymi za publikowane treści, mocno ten komfort ograniczył. Krajowe przepisy wdrażające DSA Sejm uchwalił 31 lipca 2026 roku, już po wcześniejszym wecie prezydenta Karola Nawrockiego. Prezes UKE ma pełnić funkcję koordynatora do spraw usług cyfrowych i rozpatrywać skargi na platformy, a nad usługami udostępniania wideo czuwać ma dodatkowo KRRiT. Komisja Europejska może przy tym nakładać kary sięgające sześciu procent globalnego obrotu.
Sadol globalnego obrotu nie miał, więc widmo unijnej kary go nie dotyczyło. Realne było za to co innego: sama procedura administracyjnego blokowania treści oraz świadomość, że baza tysięcy drastycznych nagrań to nie kapitał, tylko wisząca odpowiedzialność. Przy takim archiwum i takim budżecie zamknięcie jest po prostu tańsze niż zgodność z przepisami.
Art. 255b i groźby, które przyszły z własnej widowni
Co więcej, od 23 sierpnia 2026 roku obowiązuje nowy art. 255b, który za publiczne rozpowszechnianie określonych patotreści przewiduje do trzech lat więzienia, a jeśli w materiale występuje małoletni, nawet do pięciu. Kluczowe jest to, że przepis obejmuje nie tylko autora nagrania, ale też osoby, które takie materiały udostępniają. Dokładnie na tym polegał Sadol. Ktoś, kto chce prześledzić drogę tej regulacji, znajdzie ją w opisie procesu legislacyjnego przy ustawie zakazującej patostreamów, która przez lata budziła spory o zbyt szerokie sformułowania.
Administratorzy przyznali, że po próbie złagodzenia charakteru serwisu część odbiorców „oczekiwała znacznie mocniejszego przekazu”, co skończyło się atakami, a momentami groźbami kierowanymi pod adresem właścicieli.
Czy po Sadisticu zostanie luka w internecie
Funkcjonalnej luki nie będzie. Popyt na drastyczne treści nie zniknął razem z domeną, tylko przeniósł się tam, gdzie moderacja jest luźniejsza i trudniejsza do wyegzekwowania: na Telegram, Discord i zamknięte grupy, gdzie sama forma utrudnia interwencję organów. Zamknięcie jednej strony niczego tu nie kończy.
Zostaje natomiast luka symboliczna. Sadistic był reliktem internetu, w którym operator mógł uczciwie twierdzić, że nie odpowiada za to, co wrzucili inni. Ten model prawnie się skończył, a serwisy oparte na tolerowaniu treści balansujących na granicy prawa albo się profesjonalizują, albo znikają. Sadol wybrał drugie wyjście. Z punktu widzenia debaty o wolności słowa w internecie to zresztą przypadek nietypowy, bo tym razem stronę zamknęli sami właściciele, zanim zdążył to zrobić ktokolwiek z urzędu.
zobacz więcej:










