Unia Europejska kontra chińskie platformy sprzedażowe
Unia Europejska od lat próbuje ograniczyć masowy napływ tanich towarów z chińskich platform sprzedażowych, takich jak Temu czy AliExpress, Shein, czy innych. Powód jest prosty - ceny oferowane przez chińskich sprzedawców są często nieosiągalne dla europejskich firm, które muszą spełniać normy jakościowe, środowiskowe i podatkowe, a także liczyć się ze znacznie wyższymi kosztami pracy.
Obecnie na poziomie unijnym coraz głośniej mówi się o wprowadzeniu dodatkowej opłaty do każdej paczki, nawet tej o bardzo niskiej wartości. Ma to być odpowiedź na zalew tanich przesyłek, które kuszą konsumentów w całej Europie, w tym w Polsce. W praktyce chodzi o wyrównanie warunków konkurencji i zniechęcenie Europejczyków do kupowania chińskich produktów.
Zakupy na Temu i AliExpress to loteria jakości
Niestety, zakupy na Temu, AliExpress czy innych chińskich platformach to często prawdziwa próba cierpliwości. Dlaczego? Bo bardzo często otrzymany towar nie ma wiele wspólnego ze zdjęciem ani z opisem. Jakość bywa dramatyczna, materiały przypadkowe, a wykonanie – delikatnie mówiąc – symboliczne.
Oczywiście zdarzają się perełki. Czasem coś naprawdę się uda, zadziała, wygląda przyzwoicie i spełnia swoją funkcję. Tyle że są to raczej wyjątki potwierdzające regułę. Zdecydowana większość zamówień kończy się rozczarowaniem, mniejszym lub większym (chociaż zwykle większym, gdyż towary jakościowo naprawdę odbiegają od oczekiwań, nawet gdy nie oczekujemy cudów).
Moje doświadczenia z chińskimi platformami sprzedażowymi
Chińskie platformy sprzedażowe kuszą. Mnie również – i to częściej, niż chciałabym się do tego przyznać. Po każdej takiej transakcji obiecuję sobie, że to był ostatni raz. I niemal zawsze historia się powtarza. Dlaczego kupuję? Bo raz za czas uda się im skusić mnie zdjęciem i konkurencyjną ceną. Niestety, człowiek nie zawsze uczy się na błędach, a tych popełniłam już sporo. Musze przyznać, że doświadczenia z chińskimi platformami sprzedażowymi mam naprawdę nienajlepsze…
Co z tego, że znalazłam piękne kolczyki za 5 zł, skoro przyszły złamane, z powypadającymi kryształkami? Co z tego, że można kupić bieżnię za 300 zł, skoro ma problem z regulacją prędkości, a pas jest już pozaginany i jakby lekko przetarty – co sprawia, że ryzyko awarii jest naprawdę spore? Co z tego, że wybór uszczelek pod prysznic jest ogromny, skoro przychodzą w złym rozmiarze – i to mimo kilku prób i sprawdzania opisów? Z bardziej pamiętnych „hitów” zostaje mi jeszcze zegarek, który wyglądał tandetnie nawet jak na niską cenę, a do tego dotarł niekompletny.
Nie mogę też zapomnieć o sukience. Na zdjęciu: pięknie dopasowana, podkreślająca kobiece atuty, z eleganckimi wzorami. W paczce: worek pokutny godny Juranda ze Spychowa, z rozlanym wzorem, który nie miał absolutnie nic wspólnego z ofertą. Kreatywność sprzedawcy była imponująca – niestety wyłącznie w zakresie obróbki zdjęć (a być może nawet generowania zdjęć w AI, gdyż koło prawdziwego produktu to nawet nie leżało).
Chińczycy oddają pieniądze i zaśmiecają Europę
Trzeba uczciwie przyznać jedno - ze zwrotem pieniędzy zwykle nie ma problemu. W przypadku droższych towarów chińskie platformy często oferują darmową wysyłkę zwrotną. Przy tanich lub uszkodzonych produktach bywa jeszcze „lepiej” – pieniędzy nie trzeba nawet odzyskiwać poprzez odsyłanie towaru. Zwrot środków pojawia się na koncie kilkanaście minut po zgłoszeniu reklamacji.
Tylko że wtedy produkt zostaje u nas. I trzeba coś z nim zrobić. Najczęściej – wyrzucić. Czasem naprawdę zaczynam się zastanawiać, ile chińskich śmieci w ten sposób trafia do Europy. Odpowiedź nasuwa się sama: bardzo dużo. Ekologiczne konsekwencje tej „bezproblemowej polityki zwrotów” są co najmniej wątpliwe.
Perełki istnieją, ale to rzadkość
Oczywiście, da się znaleźć na chińskich portalach sprzedażowych udane zakupy. Czasem naprawdę trafia się produkt, który spełnia oczekiwania i kosztuje ułamek ceny sklepowej. Tyle że w ogromnej mierze zależy to od szczęścia, to jak znalezienie przysłowiowej igły w stogu siana (albo bardziej obrazowo – perły w szambie).
Dlatego coraz częściej dochodzę do wniosku, że lepiej zapłacić trochę więcej i kupić coś w sklepie, gdzie można towar obejrzeć, dotknąć i realnie ocenić jakość wykonania. Oczywiście – nie oszukujmy się – sporo produktów dostępnych w polskich sklepach czy w sprzedaży wysyłkowej również pochodzi z Chin. Różnica polega na tym, że są one przynajmniej wstępnie wyselekcjonowane, a czasem po prostu… kilka razy droższe.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj