Brzmienie przepisów wcale nie musi przeszkadzać urzędnikom w stwierdzeniu, że państwu należą się od ciebie pieniądze
Pewna firma wprowadziła u siebie system częściowo odpłatnych benefitów pracowniczych. Wydawać by się mogło, że takie korzyści nie stanowią elementu podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne. ZUS przez długie lata nie kwestionował takiej wykładni po stronie przedsiębiorcy. Ktoś złośliwy mógłby nawet stwierdzić, że na przeszkodzie stoi przecież mocna podstawa prawna. Problem w tym, że nagle urzędnikom się odwidziało.
Rozpoczęli kontrolę, a po trzech latach doszli do wniosku, że jednak mamy do czynienia z częścią wynagrodzenia, więc należą się zaległe składki za pięć ostatnich lat. Jako że chodziło o przedsiębiorstwo zatrudniające 150 pracowników, przedsiębiorstwo ma zapłacić łącznie 900 tys. zł.
Taką właśnie historię przedstawiła w serwisach LinkedIn oraz Facebook radca prawny Katarzyna Kalata. Zwróciła przy tym uwagę na niewątpliwy absurd całej sytuacji:
Przez kolejne lata ZUS:
– nie tylko przyjmował rozliczenia,
– nie kwestionował świadczenia,
– wydawał zaświadczenia o niezaleganiu,- ale również przeprowadził kontrolę, potwierdzając, że wszystko jest w porządku.
Po 3 latach od kontroli nastąpił diametralny zwrot. ZUS uznał, że ubezpieczenie nie było świadczeniem wspófinansowanym, ale częścią wynagrodzenia.
Efekt? Protokół kontroli, który ustalił przypis składek na 900 000 zł.
Bez zmiany przepisów.
Bez zmiany regulaminu.
Bez zmiany sposobu finansowania.
Nastąpiła zmiana stanowiska ZUS, a to wystarczy, aby pogrążyć przedsiębiorcę, który działa uczciwie na rynku od wielu lat.
Dlatego właśnie użyłem określenia "urzędnikom się odwidziało". Nie zaistniało żadne zdarzenie faktyczne, które uzasadniałoby zmianę interpretacji. Warto w tym momencie zwrócić uwagę na wspomnianą wyżej podstawę prawną, którą przywołała zresztą także Katarzyna Kalata. Mam na myśli §2 ust. 1 pkt 26) rozporządzenia w sprawie szczegółowych zasad ustalania podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe:
Skąd więc pomysł, że mamy do czynienia z "ukrytym składnikiem pensji"? Trudno powiedzieć. Nie da się jednak ukryć, że opisany wyżej przypadek w skali całego kraju nie jest niczym nadzwyczajnym. Przy czym nie mam na myśli wyłącznie spraw o zbliżonym stanie faktycznym. Zamiast tego chciałbym raczej zwrócić uwagę na sam fakt dochodzenia przez państwo roszczeń na kilka lat wstecz.
Jeśli naprawdę chcesz przestrzegać w swojej firmie przepisów, powinieneś rozważyć zatrudnienie jasnowidza
Jeden z żartów powtarzanych czasem przez studentów kierunków choćby luźno związanych z prawem brzmi: "Prawo nie działa wstecz, z wyjątkiem prawa podatkowego". Byłby może całkiem zabawny, gdyby nie był boleśnie prawdziwy. Skądinąd dokładnie to samo dotyczy prawa ubezpieczeń społecznych. Nie muszą się wcale zmienić przepisy, by zmienił się kształt praw i obowiązków podatników oraz ubezpieczonych. Wystarczy, że organy podatkowe albo ZUS dojdą do wniosku, że te istniejące prawo od teraz trzeba interpretować w nieco inny sposób.
Zmiana interpretacji na naszą niekorzyść oznacza, że nagle do naszych drzwi może zapukać właściwy organ, który zacznie się od nas domagać pieniędzy. Powoła się przy tym na przepis, w myśl którego zobowiązania podatkowe albo składkowe przedawniają się dopiero po 5 latach. Płacz podatniku i płać.
Czy jest to rozwiązanie sprawiedliwe? W żadnym wypadku. Jest coś naturalnie niewłaściwego w karaniu obywatela tylko i wyłącznie za nagłą i zupełnie od niego niezależną zmianę zdania urzędników. Nie ma przy tym znaczenia, czy poszkodowanym jest tutaj przedsiębiorca, czy osoba prywatna.
Nic więc dziwnego, że każda zbliżona sprawa wywołuje automatycznie dyskusje o osobistej finansowej odpowiedzialności urzędników za podejmowane decyzje, najlepiej całym swoim majątkiem. Byłoby to oczywiście fatalne rozwiązanie, ale zarazem bardzo łatwo zrozumieć resentyment.
Mechanizm ten jest jednak tak głęboko wryty w nasz system prawny, że ustawodawca przygotował nawet specjalne rozwiązanie pozwalające nam na złagodzenie jego przykrych skutków. Mam na myśli oczywiście wniosek o wydanie interpretacji indywidualnej.
Założenie jest takie: występujemy do właściwego organu, a więc do Krajowej Informacji Skarbowej albo do ZUS, o potwierdzenie, czy aby na pewno nasza interpretacja obowiązujących przepisów w naszym konkretnym stanie faktycznym jest poprawna.
Jeśli zgadliśmy, to interpretacja indywidualna chroni nas przed ewentualnymi negatywnymi skutkami zastosowania się do niej. Chodzi przede wszystkim o konsekwencje karno-skarbowe, konieczność zapłaty odsetek. Jeżeli sekwencja zdarzeń będzie dla nas korzystna, to nawet nie zapłacimy daniny, której organ się po wydaniu interpretacji od nas domaga. Co w sytuacji, gdy nie zgadliśmy? Wówczas przynajmniej wiemy, że trzeba coś poprawić.
Jest w tym wszystkim jedno istotne "ale": żeby wystąpić o interpretację indywidualną, musimy najpierw podejrzewać, że urzędnicy mogą się przyczepić do przedmiotu naszej interpretacji. Innymi słowy: musimy nie tylko znać przepisy na wylot, ale jeszcze przewidywać potencjalne problemy, zanim jeszcze wystąpią. Nie muszę chyba dodawać, że nie jest to zadanie łatwe.
Ciągłe zmiany interpretacji przepisów i wyciąganie z ich powodu konsekwencji budują tylko nieufność wobec państwa
Sama możliwość zmiany zdania przez organy co do sposobu właściwego stosowania przepisów prawa nie jest niczym złym. Wręcz przeciwnie: każdy popełnia błędy, dobrze jest móc je naprawiać zamiast żyć z ich konsekwencjami. Rzecz jednak w tym, że przedsiębiorcy nie powinni być karani za proces dochodzenia do prawdy po stronie urzędów.
W ten właśnie sposób budujemy poczucie niestabilności obowiązującego prawa i wrogiego traktowania przez organy zajmujące się obsługą firm. Są to bardzo poważne przeszkody w prowadzeniu działalności gospodarczej w Polsce, na które przedsiębiorcy uskarżają się od wielu lat. Możliwość wstecznego stosowania nowych interpretacji przepisów do ściągania zobowiązań na pięć lat wstecz wcale nie jest wyrazem troski o interesy Skarbu Państwa oraz systemu ubezpieczeń społecznych, tylko jednym z filarów nieufności pomiędzy organami państwa a obywatelami.
Najbardziej szokujące i zarazem najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że tak już wszyscy przywykliśmy do tego absurdu, że w zasadzie uważamy go za stały element naszej polskiej codzienności. Może czas najwyższy przestać?
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj