Atak na Iran nie jest może nieunikniony, ale apel premiera Tuska podpowiada, że jest bardzo prawdopodobny
Nie da się ukryć, że rządzący Iranem reżim ajatollahów jest przysłowiową solą w oku praktycznie każdej amerykańskiej administracji od islamskiej rewolucji z 1979 r. W ostatnich latach mieliśmy już momenty, w których Stany Zjednoczone i Iran stanęły na krawędzi wojny. Zdarzały się nawet wymiany "uprzejmości" w postaci ataków dronowych na irańskich generałów, ostrzału amerykańskich baz pociskami balistycznymi oraz wspieranie przez USA izraelskich nalotów na Iran.
Inwazji na pełną skalę, czy nawet masowych bombardowań na wzór tych z 1999 r. przeciwko Serbii, do tej pory nie uświadczyliśmy. Czy tym razem będzie inaczej? Administracja prezydenta Donalda Trumpa odgraża się ajatollahom już od dłuższego czasu. Obecnie mamy do czynienia z koncentracją amerykańskich wojsk w regionie Bliskiego Wschodu, co może świadczyć o przygotowaniu do przeprowadzenia poważnej operacji wojskowej przeciwko Iranowi. Mogliśmy w końcu zaobserwować podobne zjawisko przed atakiem na Wenezuelę i porwanie tamtejszego dyktatora Nicolasa Maduro. Niektóre źródła sugerują nawet, że Amerykanie nie zgromadzili takich sił od czasu inwazji na Irak w 2003 roku.
Donald Trump może zechcieć pójść za ciosem. Bezpośrednim pretekstem do inwazji na Iran mogłoby być topienie przez ajatollahów we krwi ostatnich wystąpień przeciwko reżimowi. Nawet irańskie władze przyznają, że zginąć miało 3117 osób, "spośród których 2427 to demonstranci i przedstawiciele sił rządowych, a pozostali to terroryści". Prawdopodobnie rzeczywista liczba ofiar jest dużo wyższa.
O dziwo jednak, we wtorek 17 lutego mogliśmy usłyszeć bardziej koncyliacyjne komunikaty. Skończyły się wówczas amerykańsko-irańskie negocjacje w Genewie. Dyżurny negocjator Trumpa Steve Witkoff i jego zięć Jared Kushner spotkali się z ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Aragczi. Ten ostatni stwierdził nawet, że "zostało osiągnięte porozumienie w sprawie głównych zasad" dotyczących irańskiego programu jądrowego.
Teraz jednak okazuje się, że atak na Iran jest bardzo prawdopodobny. Premier Donald Tusk zaapelował w czwartek do Polaków, by natychmiast opuścili to państwo.
Apeluję o natychmiastowe opuszczenie Iranu, ewentualnie o niewybieranie się tam. Za kilka, kilkanaście godzin może nie być możliwości ewakuacji.
Warto wspomnieć, że Amerykanie apelowali do swoich obywateli o opuszczenie Iranu już dwa tygodnie temu.
Nic tak nie odwraca uwagę od bulwersujących afer, jak wywołanie jakiejś dużej wojny. Ciekawe, czy tak jest i tym razem?
Dlaczego ewakuacja z Iranu miałaby być niemożliwa? Odpowiedź wydaje się oczywista. Trudno byłoby to zrobić w trakcie amerykańskich – oraz prawdopodobnie izraelskich – nalotów. Można się spodziewać, że szef naszego rządu dysponuje informacjami bezpośrednio od Amerykanów.
Równocześnie nie sposób nie zauważyć, że od zakończenia negocjacji w Genewie pojawiło się w przestrzeni publicznej kilka informacji sugerujących, że atak na Iran jest najbardziej prawdopodobnym obrotem wypadków. Polskie portale wielokrotnie cytowały w środę portal Axios.com, którego źródła jasno sugerują, że Donald Trump jest bliski podjęcia decyzji o ataku. Tym razem nie byłyby to ograniczone naloty na strategiczne obiekty w Iranie związane z tamtejszym programem jądrowym, ale wielotygodniowa operacja. Być może w grę wchodziłyby naloty na wzór przywołanej operacji NATO przeciwko Serbii z 1999 r.
Powód zniecierpliwienia prezydenta USA miał wskazać wiceprezydent JD Vance. Przyznał on, że rozmowy z Irańczykami "pod pewnymi względami wypadły dobrze", ale równocześnie Trump miał wyznaczyć "czerwone linie, których Irańczycy nie są jeszcze gotowi uznać i o których nie chcą rozmawiać". Upór reżimu sprawia, że w pewnym momencie amerykański prezydent może stwierdzić, że środki dyplomatyczne zostały wyczerpane. Czy ten moment już nadszedł? Prawdę mówiąc, gdyby nie apel Donalda Tuska, sądziłbym zapewne, że sprawy jeszcze nie zaszły tak daleko.
Z drugiej strony, ktoś dostatecznie złośliwy mógłby stwierdzić, że amerykańska administracja musi znaleźć jakiś sposób, by odciągnąć uwagę społeczeństwa od coraz bardziej szokujących rewelacji znajdujących się w odtajnionych aktach sprawy Jeffreya Epsteina oraz bulwersujących incydentów z udziałem imigracyjno-celnej służby ICE w trakcie łapanek na nielegalnych imigrantów. Wywołanie jakiejś wojny to chyba najlepszy ku temu sposób.
Kolejna destabilizacja Bliskiego Wschodu nie leży w polskim interesie, nawet jeśli odetniemy Rosję od irańskich dronów
Atak na Iran oznaczałby oczywiście destabilizację w całym regionie Bliskiego Wschodu. Ajatollahowie odgrażali się już, że zaatakowani odpowiedzieliby rakietowym kontratakiem na amerykańskie bazy wojskowe. Można się też spodziewać, że tradycyjnie już część rakiet spadłaby na Izrael. Co ciekawe, afgańscy talibowie zaoferowali wsparcie dla Teheranu, jeśli ten miałby rzeczywiście zostać zaatakowany przez USA. Stało się tak pomimo dość cierpkich relacji pomiędzy Iranem i nowymi władzami Afganistanu.
Uderzenie ze strony Stanów Zjednoczonych i Izraela nie musi wcale oznaczać upadku reżimu. Trudno powiedzieć, jak na interwencję z zewnątrz, w której siłą rzeczy będą cierpieć i ginąć także zwykli Irańczycy, zareaguje ogół społeczeństwa. Ukształtowanie terenu praktycznie uniemożliwia przeprowadzenie inwazji lądowej. Mamy w końcu do czynienia z górzysto-pustynnym państwem liczącym 93 miliony mieszkańców.
Z polskiego punktu widzenia nie sposób nie zauważyć, że ewentualny amerykański atak na Iran byłby w pewnym sensie korzystny. Ajatollahowie są sprzymierzeni z naszym wrogiem w postaci putinowskiej Rosji. Dostaraczają mu drony-kamikadze typu "shahed", które zdążyły już wtargnąć w polską przestrzeń powietrzną. Niestety destabilizacja Bliskiego Wschodu może oznaczać kolejną falę uchodźców, którą Rosja i Białoruś mogą przekształcić w kolejną broń przeciwko Europie. Uciekinierów z Iranu najprawdopodobniej zagoniono by także na fronty wojny ukraińskiej.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj