Operacja zakończyła się zaskakująco szybko i (jak podają pierwsze informacje) niemal bez ofiar. Dla narodu Wenezueli, udręczonego latami autorytarnej władzy i kryzysu, ta wiadomość wydaje się niemal cudownym wybawieniem. To pierwsza dobra wiadomość od lat dla kraju pogrążonego w chaosie spowodowanego rządami skrajnie socjalistycznych populistów.
Jednak dla społeczności międzynarodowej agresywne wkroczenie USA na terytorium suwerennego państwa bez mandatu ONZ jest sygnałem alarmowym. To wydarzenie ma dwa zupełnie różne oblicza: z jednej strony może przynieść ulgę Wenezuelczykom, lecz z drugiej – zwiastuje niebezpieczny powrót logiki koncertu mocarstw i pogwałcenie porządku międzynarodowego.
Wenezuela pod rządami Cháveza i Maduro. Droga ku katastrofie
Aby zrozumieć, dlaczego obalenie Maduro wywołuje entuzjazm wielu Wenezuelczyków, trzeba cofnąć się do kontekstu ostatnich dwóch dekad. Rządy Hugo Cháveza (1999–2013) i jego następcy Nicolása Maduro (od 2013) doprowadziły niegdyś zamożny, naftowy kraj do gospodarczej i demokratycznej ruiny.
Chávez doszedł do władzy obiecując lewicowe reformy i sprawiedliwość społeczną, jednak z czasem skoncentrował władzę w swoich rękach i podważył instytucje demokratyczne. Wykorzystując ogromną popularność wśród klasy pracującej, zmienił konstytucję i zlikwidował limity kadencji prezydenckich, zapewniając sobie możliwość rządzenia bez końca.
Praktycznie podporządkował sobie wymiar sprawiedliwości – wziął pod kontrolę Sąd Najwyższy – oraz zdusił niezależne media, nękając prywatną prasę i zamykając niewygodne stacje telewizyjne. Jego rządy charakteryzowały masowe nacjonalizacje (w tym przejmowanie projektów naftowych od zagranicznych koncernów) i stopniowe ograniczanie swobód politycznych.
Kraj, opierający się na petrodolarach, początkowo korzystał z boomu naftowego, co pozwoliło Chávezowi finansować kosztowne programy socjalne dla ubogich. Jednak brak dywersyfikacji gospodarki oraz niekompetencja i korupcja sprawiły, że fundamenty finansowe państwa erodowały. Jeszcze za życia Cháveza produkcja ropy zaczęła spadać, a długi państwa gwałtownie rosły. Gdy w 2013 roku Chávez zmarł, przekazując stery Maduro, zostawił państwo na drodze ku kryzysowi – a Maduro tylko przyspieszył ten upadek, ostatecznie przekształcając rządy w pełną dyktaturę z własną, agresywną służbą bezpieczeństwa.
Katastrofa gospodarcza i kryzys humanitarny Wenezueli
Wenezuela pod rządami Cháveza i Maduro doświadczyła najgłębszego kryzysu gospodarczego w swej historii, porównywanego przez ekonomistów do najgorszych załamań gospodarczych XX wieku. Kraj posiadający największe na świecie rezerwy ropy naftowej został doprowadzony do skrajnej nędzy i hiperinflacji.
Gospodarka Wenezueli skurczyła się o około trzy czwarte swojej wartości w latach 2014–2021. Taki spadek produkcji gospodarczej jest niespotykany w państwach nieobjętych wojną. W 2018 roku inflacja roczna osiągnęła niewyobrażalny poziom ponad 130 000%. Pieniądz praktycznie stracił wartość – banknoty boliwarów stały się niemal bezwartościowe, a ceny podstawowych produktów rosły z godziny na godzinę. Na żywo polskim internautom relacjonował to wówczas autor youtube'owego kanału "BezPlanu".
Ponad połowa z 28-milionowej populacji popadła w biedę; szacunki z 2022 r. mówiły o 50% mieszkańców żyjących w ubóstwie. Niedobory żywności, leków, paliwa i wody były na porządku dziennym – podstawowych produktów brakowało w sklepach, a szpitale zmagały się z brakiem zaopatrzenia.
Polityka zadłużania kraju doprowadziła do nagromadzenia około 150 miliardów dolarów długu publicznego. W obliczu niewypłacalności rząd Maduro w praktyce zbankrutował – przestał spłacać część zobowiązań, a sankcje międzynarodowe odcięły go od rynków finansowych. Z powodu trudnych warunków życia około 8 milionów Wenezuelczyków uciekło z kraju od 2014 roku. Jest to jeden z największych exodusów migracyjnych we współczesnym świecie – miliony ludzi schroniły się w sąsiedniej Kolumbii, Peru, Brazylii czy dalej w USA i Hiszpanii, tworząc kryzys humanitarny w całym regionie.
Wenezuela pogrążyła się w głodzie i biedzie
Media obiegały dramatyczne obrazy dzieci niedożywionych, chorych pozbawionych leków oraz rodzin buszujących po śmietnikach w poszukiwaniu resztek żywności. Uzależnienie od ropy naftowej okazało się przekleństwem – gdy ceny ropy spadły po 2014 r., bańka pękła, a państwo nie miało innych dochodów. W 2016 r. opozycyjny parlament ogłosił nawet stan „humanitarnego kryzysu zdrowotnego” w kraju, alarmując o załamaniu służby zdrowia, ale władze zignorowały te ostrzeżenia.
Równolegle z załamaniem ekonomicznym postępował rozkład demokracji i państwa prawa w Wenezueli. Hugo Chávez już na początku swoich rządów wykonał szereg ruchów, które osłabiły demokratyczne mechanizmy kontroli władzy. Po objęciu urzędu w 1999 r. zdominował nową konstytuantę, zmienił ustrój, a następnie wykorzystał referendum do zniesienia limitu kadencji prezydenta, co umożliwiło mu rządy dożywotnie. Chávez nie cofał się też przed tłumieniem krytyki w mediach i zastraszaniem opozycji.
Niemniej, za jego czasów istniała jeszcze pewna przestrzeń pluralizmu – Wenezuela wciąż miała opozycyjne media i partie, choć działające w trudnych warunkach. Po śmierci Cháveza Nicolás Maduro poszedł o krok dalej, popychając Wenezuelę w otchłań autorytaryzmu pełną parą.
Wybory przestały być wolne i uczciwe
Gdy gospodarka załamała się, Maduro odpowiedział nie reformami, a wzmożeniem represji i manipulacją procesu wyborczego. Wybory prezydenckie w maju 2018 r., których opozycja nieomal jednogłośnie bojkotowała, były powszechnie uznane za farsę. Najpopularniejszemu konkurentowi, Henrique Caprilesowi, w ogóle zakazano startu. Organizacje międzynarodowe i dziesiątki państw odrzuciły wynik tej elekcji – blisko 60 krajów (w tym USA i większość Europy) uznało, że legalnym tymczasowym prezydentem powinien zostać lider parlamentu Juan Guaidó.
Wenezuela stała się państwem policyjnym, gdzie aparat bezpieczeństwa lojalny wobec reżimu tłumił wszelkie protesty siłą. Raporty organizacji praw człowieka i ONZ dokumentują przerażający zakres represji. Przykładowo, specjalna jednostka policji FAES dokonywała setek egzekucji pozasądowych podczas tłumienia demonstracji. Według danych ONZ w samym 2017 roku służby zabiły co najmniej 5 287 osób w takich egzekucjach, a w pierwszej połowie 2019 – kolejne 1 569 osób, często w odwecie za udział ofiar w protestach przeciw rządowi
Życie publiczne w Wenezueli zostało zdławione. Swobody obywatelskie zanikły – cenzurowano internet, blokowano niezależne portale i stacje radiowe, a dziennikarzy nękano pozwami i atakami.
Mimo powszechnej świadomości katastrofy, zmiana władzy drogą pokojową okazała się niemożliwa. Społeczeństwo Wenezueli próbowało wielokrotnie zamanifestować swój sprzeciw – w latach 2014, 2017 czy 2019 wybuchały masowe protesty, miliony ludzi wychodziły na ulice domagając się ustąpienia Maduro. Za każdym razem odpowiedź była ta sama: policja i wojsko wierne reżimowi rozganiały demonstracje siłą, lała się krew, a liderzy protestów trafiali do aresztów. Opozycja polityczna, choć popierana przez większość społeczeństwa, była bezsilna wobec reżimu kontrolującego wszystkie dźwignie władzy.
Skorumpowanie elit władzy oraz kluczowa rola wojska w podtrzymywaniu reżimu sprawiły, że wewnętrzny przewrót również był mało prawdopodobny. Armia wenezuelska stała się jedną z głównych beneficjentek istniejącego układu – wysocy oficerowie otrzymywali przywileje, a wojsku pozwolono prowadzić własne interesy gospodarcze, przez co zamieniło się ono w „państwo w państwie”. Generałowie mieli więc materialny interes, by bronić Maduro do końca. Co więcej, reżim otrzymywał wsparcie od kilku światowych patologii – Rosji, Chin, Iranu, Kuby czy Turcji – które z różnych powodów (geopolitycznych i ekonomicznych) pomagały Maduro przetrwać poprzez kredyty, dostawy i obejście sankcji.
Impas trwał latami – aż do dzisiejszej nocy, gdy amerykańska interwencja w jednej chwili zmieniła reguły gry.
Koncert mocarstw i powrót polityki siły
Dla wielu obserwatorów administracja Donalda Trumpa, decydując się na zbrojną napaść na Wenezuelę, reaktywuje lub podtrzymuje proponowaną przez Putina logikę „koncertu mocarstw”, czyli porządku, w którym najsilniejsze państwa samowolnie decydują o losie słabszych narodów.
Określenie koncert mocarstw pochodzi z XIX wieku – z czasów, gdy potęgi kolonialne dzieliły się wpływami bez pytania zainteresowanych społeczeństw o zdanie. Dzisiejszy układ międzynarodowy miał odchodzić od tej zasady, zwłaszcza po II wojnie światowej i założeniu ONZ, ale ostatnie wydarzenia wskazują na niepokojący zwrot ku polityce stref wpływów i siłowego narzucania rozwiązań.
Ton Białego Domu – chełpliwe zapowiedzi szybkiego „zrobienia porządku” w Wenezueli i brak jakichkolwiek konsultacji z sojusznikami z regionu – wywołuje skojarzenia ze światopoglądem Donalda Trumpa, w którym liczą się wyłącznie układy między wielkimi mocarstwami. Taka wizja oznacza, że silni gracze (USA, Rosja, Chiny itp.) dzielą świat na strefy wpływów, uznając, że w swoim „podwórku” mogą robić co chcą, bez oglądania się na prawo międzynarodowe czy opinie mniejszych państw.
Niepokojący jest fakt, że podobną koncepcję od lat promuje Władimir Putin. Rosja jawnie dąży do rewizji ładu globalnego, domagając się uznania jej „specjalnych praw” w swojej strefie wpływów (np. na obszarze poradzieckim, czy na terytorium Polski). Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow mówi wręcz o potrzebie ustanowienia „nowego koncertu mocarstw w XXI wieku”, w którym suwerenność jest przywilejem zastrzeżonym dla wielkich potęg, a niezależność państw średnich i małych zależy od protekcji któregoś z mocarstw.
Wielu analityków obawia się teraz, że Waszyngton i Moskwa mogą nieoficjalnie zawrzeć pakt przypominający dawne układy mocarstw. Być może Trump i Putin po cichu uzgodnili podział ról: USA rozwiązują problem niewygodnego reżimu w swoim regionie, zaś Rosja zyskuje przyzwolenie na własne operacje gdzie indziej.
Ukraina i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej już wyrażają zaniepokojenie, czy nie staną się monetą przetargową w wielkomocarstwowych układach – zwłaszcza że Trump wielokrotnie dawał do zrozumienia, iż chce dogadać się z Putinem w sprawie zakończenia wojny w Ukrainie według własnej wizji. Dlatego nie warto słuchać idiotycznych opinii, w myśl których wojna na Ukrainie "to nie jest nasza wojna". Spekuluje się, że na stole mogą leżeć kontrowersyjne warunki – np. uznanie przez USA roszczeń Rosji do części Ukrainy w zamian za rosyjską neutralność wobec działań USA w Ameryce Łacińskiej.
Świat patrzy na - pozornie dobrą - interwencję w Wenezueli z niepokojem
Skoro Stany Zjednoczone jednostronnie dokonały inwazji w imię „ratowania demokracji”, to czy np. Chiny nie zechcą kiedyś „przywrócić porządku” na Tajwanie czy w Hongkongu według własnej woli? Albo Rosja – czy nie poczuje się uprawniona do jeszcze brutalniejszych działań w swojej okolicy, argumentując że Amerykanie robią to samo? Czy nie przeszło wam przez myśl, że skoro USA w nocy uderzyły w sojusznika Rosji, to wkrótce Rosja uderzy w jakiegoś sojusznika USA?
Nocny atak USA na Wenezuelę oczywiście stanowi jaskrawe naruszenie prawa międzynarodowego. Karta Narodów Zjednoczonych jednoznacznie zakazuje użycia siły przeciwko terytorialnej integralności i niepodległości innego państwa (z wyjątkiem samoobrony lub operacji upoważnionej przez Radę Bezpieczeństwa).
Międzynarodowe prawo zostało podeptane, co zresztą natychmiast podkreśliły liczne państwa na forum ONZ. Nawet te kraje, które od lat potępiały reżim Maduro, wyraziły zaniepokojenie
Czy Wenezuela zyska trwałą wolność i demokrację w wyniku tej interwencji? Tego jeszcze nie wiadomo. Historia zna przypadki udanych interwencji humanitarnych, ale też i takie, gdzie po obaleniu tyrana następował chaos lub wojna domowa.
Wszyscy pragniemy zobaczyć Wenezuelę wolną i demokratyczną. Jednak metoda, którą to osiągnięto jest też powodem do wielkiego niepokoju.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj