- Bezprawnik -
- Biznes -
- Jabłczyńska i Grażynariat kontra Grochola. Ta sytuacja nie jest taka czarno-biała
Jabłczyńska i Grażynariat kontra Grochola. Ta sytuacja nie jest taka czarno-biała
Polska jest od kilku dni w stanie wojny hybrydowej z Rosją, więc... Decyzja obsadowa rzadko urasta do rangi ogólnopolskiego sporu o sprawiedliwość, a jednak dokładnie to stało się z rolą Tosi w „Właśnie że tak!", filmowej wersji powieści Katarzyny Grocholi. Joanna Jabłczyńska tej roli nie zagra. Zagra ją Agnieszka Żulewska, i w kilka dni z tej jednej informacji zrobiła się awantura z groźbami procesowymi, publikacją prywatnej korespondencji, publicznymi przeprosinami i wpłatą na fundację.
Roli nie dziedziczy się przez zasiedzenie
Internet ma silną skłonność, żeby traktować bohaterów popkultury jak prywatną własność aktorów, którzy ich kiedyś zagrali. Tyle że z perspektywy producenta to tak nie działa. Zagranie postaci dwie dekady temu nie daje do niej dożywotniej wyłączności, zwłaszcza że przecież tak przez nas wszystkich kochany i ceniony świat Grocholi już wcześniej przez zmiany obsadowe przechodził. Judytę po Danucie Stence grała Grażyna Wolszczak, a Tosię po Jabłczyńskiej Maria Niklińska.
Czy wybór aktorki będącej obecnie na topie jest więc czymś kontrowersyjnym? Żulewska jest dziś w polskim kinie nazwiskiem obecnym mocniej. To nie znaczy, że jest lepsza ani nawet że lepiej pasuje do Tosi. To znaczy tylko tyle, że producent, który ją wybiera, nie popełnia castingowego absurdu wymagającego teorii spiskowej. Widz ma prawo się obrazić, zapowiedzieć, że bez Jabłczyńskiej to już nie to, uznać nowy casting za nietrafiony.
„Walczę o ciebie" to jeszcze nie angaż
Jabłczyńska pokazała fragment prywatnej korespondencji, w której Grochola pisała, że o nią „walczy" z ludźmi zaangażowanymi w produkcję. Dla części internetu był to dowód koronny, no a dla mnie raczej odwrotnie. Jeżeli ktoś o kogoś walczy, to znaczy, że po drugiej stronie ktoś jeszcze nie jest przekonany, a więc decyzja się dopiero waży. Trudno walczyć o coś, co zostało już definitywnie przyznane.
Podobnie jest ze zdjęciami próbnymi, całym scenariuszem, rozmowami o terminach i liczbie dni zdjęciowych. Aktorka mogła po takim procesie odnieść wrażenie, że jest o krok od pracy, i całkowicie rozumiem, że później mogła poczuć się jak ktoś, komu wysunięto krzesło. Tylko że między „byłam przekonana, że dostanę rolę" a „obiecano mi rolę" leży przepaść, a żadne publicznie dostępne informacje nie pozwalają dziś potwierdzić tego drugiego. Aktorka pożaliła się internautom opowiadając o swoich osobistych odczuciach, które nie znalazły przełożenia na rzeczywistość.
I teraz, skoro o subiektywnym stanie świadomości mowa, czego niby biegła w medialnym świcie Joanna Jabłczyńska spodziewała się po publikacji takich filmów? Że internauci biernie wesprą ją dobrym słowem? Że temat nie wyeskaluje dalej, że nie pojawi się jakaś forma publicznej presji na twórców filmu? Każdego dnia odbywam spotkania z klientami i czasami są one tak dobre, że jestem w zasadzie przekonany, że zaraz wydadzą u mnie duże pieniądze. A potem zdarza mi się widzieć te działania, rzadziej nawet moje własne pomysły realizowane przez tych klientów u konkurencji. Czy nagrywam filmy o tym, jak bardzo czuję się zawiedziony? Nie, bo w moim odczuciu to byłoby nieprofesjonalne.
Produkcja sama jest sobie trochę winna
Do tej pory internauci linczują przede wszystkim twórców filmu, co moim zdaniem jest przesadą, bo sytuacja nie jest czarno-biała. Co oznacza, że każda ze stron prawdopodobnie ma sobie coś do zarzucenia. Jeżeli aktorka uczestniczy w zdjęciach próbnych, dostaje kompletny scenariusz, dyskutuje o konkretnych datach i poznaje ekranowego partnera, a z całości wychodzi w przekonaniu, że przymierzają już do pracy, to znaczy, że ktoś fatalnie zarządzał jej oczekiwaniami. Możliwe więc, że obie strony mówią prawdę: producent uważał, że wciąż wybiera, a Jabłczyńska, że jest praktycznie obsadzona. Subiektywne przekonanie Jabłczyńskiej wprawdzie nie ma aż takiego znaczenia, ale jeśli ten "casting" wyglądał tak, jak zwyczajowo wygląda już docelowy angaż do roli, to produkcja faktycznie się tu nie popisała.
Co na to Kodeks cywilny?
W dyskusji krąży argument, że Jabłczyńska jest radczynią prawną, więc powinna wiedzieć, że bez podpisanej umowy nie ma roli. To nie do końca prawda. Polskie prawo dopuszcza wyrażenie woli nie tylko na papierze, lecz także ustnie albo przez samo zachowanie stron, o ile przepisy nie wymagają formy szczególnej. To właśnie czynność prawna w formie dorozumianej, a brak podpisu wcale nie przesądza o braku zobowiązania. Widać to choćby na przykładzie umowy o pracę bez formy pisemnej, która mimo braku dokumentu pozostaje ważna.
Z drugiej strony, gdy strony dopiero negocjują, umowa powstaje dopiero wtedy, gdy dojdą do porozumienia co do wszystkich kwestii będących przedmiotem rokowań. I tu wracamy do sedna. Czy uzgodniono wynagrodzenie? Czy przesądzono wszystkie kluczowe warunki? Czy z korespondencji wynikało jednoznaczne potwierdzenie angażu? Tego nie wiemy, a dopóki nie wiemy, nie da się odpowiedzialnie twierdzić, że doszło do złamania umowy.
Nawet nieuczciwe negocjacje nie obsadzą Tosi
Załóżmy jednak wariant najkorzystniejszy dla aktorki. Produkcja daje jej do zrozumienia, że wszystko jest ustalone, pozwala blokować terminy i inwestować czas, choć od początku wie, że roli nie dostanie (jednak na ile nam przedstawiono sytuację - producent wcale aż tak bardzo aktorki nie zwodził). Kodeks cywilny rzeczywiście przewiduje odpowiedzialność za prowadzenie rokowań z naruszeniem dobrych obyczajów, zwłaszcza gdy ktoś przystępuje do nich bez zamiaru zawarcia umowy. To ta sama konstrukcja, którą opisujemy przy okazji tematu, jakim jest poufność negocjacji: obowiązek naprawienia szkody poniesionej przez drugą stronę „przez to, że liczyła ona na zawarcie umowy".
Kluczowe jest jednak, czego można się na tej podstawie domagać. Roszczeniem są pieniądze za szkodę wynikającą z liczenia na kontrakt, a nie prawo do samego kontraktu. Sądy nie przydzielają ról, sądy zasądzają odszkodowania. To istotne rozróżnienie w sporze, który miejscami toczy się tak, jakby producent był prawnie zobowiązany do ponownego obsadzenia Jabłczyńskiej.
„Wstawił ją sponsor"? Nawet gdyby tak było
Najpoważniejszy zarzut aktorki to sugestia, że decyzja nie miała charakteru artystycznego, lecz finansowy, bo duży podmiot wykładający pieniądze chciał własnej kandydatki. Produkcja temu zaprzecza, twardych dowodów na żadną z wersji dziś nie ma.
Ale nawet gdyby rzeczywiście tak było, to ja niestety muszę patrzeć na to nieco chłodniej, niż wzburzone użytkowniczki Instagrama i pytam: co z tego?
Film kosztuje miliony, a ludzie, którzy je wykładają, często mają wpływ na obsadę. Można tego nie lubić i uznać, że niszczy to wizję reżysera. Samo postawienie warunku nie jest jednak ani przestępstwem, ani skandalem. Na ten przykład, gdybym ja dziś produkował za swoje pieniądze film, to chciałbym w nim obsadzić Tomasza Schuchardta, bo bardzo go lubię i wiem, że przyciągnie dodatkową widownię do kina. Skandalem byłoby wcześniejsze jednoznaczne zagwarantowanie roli komuś innemu i późniejsze niewywiązanie się z tego. A na to dowodu wciąż brak.
Szelągowska i Grochola reagują
Jeśli Grochola i Dorota Szelągowska chciały kryzys wygasić, to wybrały strategię oryginalną. Grochola zapowiedziała kroki prawne. Szelągowska weszła w spór bardzo emocjonalnie, zarzucała aktorce manipulację i, według relacji z tamtych wpisów, użyła wobec niej określenia o „złym człowieku". To oczywiście był PR-owy koszmar, który z mini-aferki zrobił aferę miesiąca w tym wspaniałym, przyfrontowym kraju.
Szelągowska zareagowała źle, co zresztą sama później przyznała i przeprosiła. Ja prawdę powiedziawszy dopiero sobie doczytałem kim jest Szelągowska (Grocholę kojarzyłem), nie znam tej osoby, nie chciałbym wchodzić w rolę adwokata diabła, może tak zupełnie prywatnie nie jest to wcale dobra osoba.
Ale wydaje mi się, że jej reakcja była emocjonalna i wywołana pewnym naporem frontu instagramowego grażynariatu, który zjednoczony pod bannerem Joanny Jabłczyńskiej, z efektem masy, rzucił się do prostowania rzeczywistości. Czasami człowiek po prostu się wkurza, bierze telefon i publikuje dokładnie to, czego publikować nie powinien. Instagram zbudował na tym pół swojego modelu biznesowego.
Prywatne wiadomości przestały być prywatne
Jabłczyńska odpowiedziała publikacją fragmentu korespondencji z Grocholą. Ja nie wiem czy to była dobra decyzja, w moim odczuciu screen ten świadczy właśnie o tym, że nic w kwestii roli nie było jeszcze pewne. Publikacja cudzej rozmowy bywa naruszeniem dobra osobistego niezależnie od tego, że było się jej stroną, choć oczywiście kontekst i interes społeczny mają znaczenie.
Grochola skierowała ostatecznie wezwanie przedsądowe. Jabłczyńska, nie chcąc procesu, opublikowała przeprosiny i wpłaciła 5 tys. zł na Fundację Rak'n'Roll. To jednak nie jest jednoznaczne zwycięstwo drugiej strony. Wykonanie żądania przedsądowego nie jest wyrokiem stwierdzającym, kto miał rację. To raczej informacja, że aktorka uznała proces za coś, czego nie chce, co u radcy prawnego bywa całkiem racjonalną kalkulacją. Zwłaszcza, że bardzo skutecznie obróciła całą tę sytuację na swoją korzyść, właśnie obserwujemy całkowite wizerunkowe zwycięstwo Joanny Jabłczyńskiej, a losy samego filmu i jej antagonistek są na tę chwilę raczej opłakane. Tak opłakane, że aż postanowiłem się podzielić swoją oceną tej sytuacji, która w mojej ocenie - podkreślę raz jeszcze - nie jest aż tak czarno-biała.
Lincz potrzebuje prostej fabuły
Internet źle znosi niejednoznaczność. Aktorka była przekonana, że dostanie rolę, producent uważał, że wciąż trwa casting, nie polubił Jabłczyńskiej, nie chciał z nią pracować, wszyscy fatalnie się ze sobą komunikowali, a potem się obrazili. Dlatego błyskawicznie powstała narracja o skrzywdzonej Tosi, której bezduszna machina odebrała rolę. Całkowicie rozumiem dlaczego Jabłczyńska poczuła się dotknięta. To jednak trochę była też jej "Tosia". Moim zdaniem producent zrobił błąd, nie zrozumiał grupy docelowej filmu i podmienił Tosię na być może nawet i lepszą aktorkę, ale nieadekwatną do roli i oczekiwań widowni. Na ten film miały iść kobiety w wieku 35-70 lat, które 20 lat temu pod wpływem książki zbudowały dom i odeszły od chłopa, dość im się już przez ten czas pozmieniało, a ich ulubione aktorki powinny zostać właśnie bez zmian. Ale po fakcie to każdy mądry, producent też już na pewno żałuje swojej decyzji, nawet jeśli była głupia, ale wcale nie podlana tak złymi intencjami, jak sugerują.
Natomiast skutkiem "żalu i smutku" Jabłczyńskiej bez wątpienia były ataki na Żulewską, która zrobiła rzecz najbardziej banalną, czyli po prostu dostała pracę w zawodzie.
Szacunkowy ekwiwalent reklamowy całej afery, przywoływany w branżowych wyliczeniach, sięgnął około 4,4 mln zł. Tyle że 4,4 mln zł rozgłosu to nie 4,4 mln zł strat. Niewykluczone, że połowa osób przysięgających dziś bojkot pierwszego dnia i tak wykupi dostęp, żeby sprawdzić, czy nowa Tosia jest aż tak straszna. Albo bardzo szybko odrobi te kwoty na platformie streamingowej. Co nie zmienia faktu, że cała sytuacja od początku bardzo solidnie godzi w interes producenta, a jeśli jest w stanie udowodnić, że z tą Jabłczyńską to naprawdę był tylko i wyłącznie casting bez podtekstów, sprawa może mieć jeszcze ciekawą kontynuację. Z drugiej strony, kto by chciał zadzierać z wściekłym grażynariatem z Instagrama...
Najnudniejsza wersja jest zwykle najbliższa prawdy
Jabłczyńska prawdopodobnie naprawdę poczuła się potraktowana źle i mogła mieć ku temu powody. Produkcja prawdopodobnie naprawdę nie uważała, że rola została już przyznana, i też ma swoje argumenty. Grochola prawdopodobnie naprawdę uznała, że publiczności przedstawiono zniekształcony obraz. Szelągowska prawdopodobnie naprawdę zagotowała się na widok ataku na matkę i powiedziała kilka rzeczy, których mówić nie powinna. A Żulewska po prostu dostała rolę.
Nie wiemy dziś, czy ktokolwiek złamał umowę. Nie wiemy nawet, czy taka umowa w ogóle powstała. Wiemy natomiast, że producent mógł znacznie lepiej poprowadzić oczekiwania aktorki, że z subiektywnego poczucia krzywdy zrobiono skuteczny temat publiczny, a odpowiedź drugiej strony zamieniła niewygodny casting w narodową debatę o sprawiedliwości.
zobacz więcej:










