- Bezprawnik -
- Państwo -
- Nie wierzę w 82 proc. skuteczności urzędów pracy. Wystarczy sprawdzić, co liczy ministerstwo
Nie wierzę w 82 proc. skuteczności urzędów pracy. Wystarczy sprawdzić, co liczy ministerstwo
Skoro oferty zatrudnienia mamy w telefonie, utrzymywanie urzędów pracy może wydawać się kosztownym przyzwyczajeniem. Sam coraz mniej widzę sens w państwowym pośredniku, który miałby robić to samo co portale rekrutacyjne. Tyle że urząd ma również inne zadania. I właśnie od ich efektów powinna zależeć odpowiedź na pytanie, ile pieniędzy warto na niego wydawać.
Do przeglądania ofert pracy urząd nie jest potrzebny
Pracuj.pl, LinkedIn, Rocketjobs, branżowe serwisy, strony pracodawców. Do samego znalezienia ogłoszeń urząd pracy nie jest już niezbędny. Osoba, która potrafi przygotować CV i samodzielnie aplikować, ma do dyspozycji wiele kanałów dotarcia do firmy.
Jeżeli więc publiczne pośrednictwo miałoby polegać głównie na przekazywaniu ofert dostępnych gdzie indziej, trudno uzasadnić utrzymywanie w tym celu rozbudowanej struktury. Państwo powinno umieć wyjaśnić, co właściwie dokłada do tego procesu.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy utożsamiamy dostęp do ogłoszeń z możliwością zdobycia zatrudnienia. Możemy mieć wykształcenie, umieć obsługiwać portale i regularnie wysyłać aplikacje, a mimo to przez miesiące nie dostać pracy. Bywa, że algorytm odrzuci twoje CV, zanim ktokolwiek je przeczyta. Samo polecenie „proszę poszukać w internecie” niewiele wtedy wnosi.
Ogłoszenia widmo. Oferta jest, ale czy jest też stanowisko?
Nie każda opublikowana oferta oznacza zresztą, że firma zamierza teraz kogoś zatrudnić. Istnieją tak zwane ogłoszenia widmo. Pracodawca może zbierać CV na przyszłość, sprawdzać dostępność kandydatów albo tworzyć wrażenie, że biznes się rozwija i potrzebuje kolejnych pracowników.
W badaniu ResumeBuilder z 2024 roku wśród menedżerów deklarujących publikowanie fikcyjnych ofert 66% wskazywało jako powód budowanie wrażenia rozwoju firmy, a 59% – gromadzenie CV na później. To zagraniczna ankieta, której wyników nie należy przenosić 1:1 na polski rynek, ale mimo wszystko uważam, że w pewnym stopniu odnoszą się również do naszego podwórka.
Oczywiście brak odpowiedzi na aplikację nie dowodzi jeszcze pozorowanej rekrutacji. Firma mogła wybrać kogoś innego albo zamrozić zatrudnienie. Niemniej w obecnych czasach licznik ogłoszeń na portalu nie jest licznikiem stanowisk czekających na chętnego. W praktyce dochodzi do sytuacji, w których kandydaci poświęcają czas na dopasowanie CV do pracy, której nikt nie zamierza im zaoferować.
Junior w IT. Samo wysłanie CV już nie wystarcza
Dobrym przykładem są też trudności początkujących w IT. Branża nadal kojarzy się z wysokimi zarobkami i pracodawcami zabiegającymi o specjalistów. Tyle że sytuacja doświadczonego programisty i absolwenta szukającego pierwszej pracy może wyglądać zupełnie inaczej. Dla tego drugiego to raczej koniec eldorado w branży IT.
Według raportu justjoin.it i rocketjobs.pl w pierwszej połowie 2026 roku na juniorskie ogłoszenie w IT przypadało średnio niemal 100 aplikacji. W kategorii JavaScript było ich 236. To dane konkretnego portalu, a nie całego rynku, ale dobrze pokazują skalę konkurencji.
Nie oznacza to, że wszystkie te rekrutacje są fikcyjne. Konkurencja i ogłoszenia widmo to dwa różne problemy. Oba jednak podważają wygodne przekonanie, że skoro ofert jest dużo, to bezrobotnemu brakuje wyłącznie chęci. Pytanie brzmi zatem, czy urząd potrafi zaoferować takim osobom coś, co rzeczywiście zwiększy ich szanse na zatrudnienie.
Fundusz Pracy. Miliardy na aktywizację zawodową wymagają rozliczenia
Według resortu pracy w 2024 roku wydatki Funduszu Pracy na podstawowe formy aktywizacji zawodowej wyniosły około 3,20 mld zł. W 2025 roku było to 3,13 mld zł. Wskaźnik efektywności kosztowej wzrósł natomiast z około 19,8 tys. do 21,9 tys. zł.
To poważne pieniądze. Uczciwość wymaga jednak dopowiedzenia, że obejmują między innymi szkolenia, staże, refundacje wyposażenia stanowisk pracy i dotację z urzędu pracy na założenie firmy. Nie można przedstawiać całej tej kwoty jako rachunku za urzędnicze biurka.
Można za to pytać, które instrumenty przynoszą trwały efekt. Dobrze dobrane szkolenie albo staż pozwalający zdobyć doświadczenie mogą komuś otworzyć drogę do zawodu. Kolejny przypadkowy kurs, po którym uczestnik wraca do punktu wyjścia, wymaga już znacznie lepszego uzasadnienia niż samo wykorzystanie budżetu.
Wskaźnik efektywności zatrudnieniowej 82,61%. Co właściwie mierzymy?
Wskaźnik efektywności zatrudnieniowej za 2025 rok wyniósł 82,61%. Brzmi jak mocny argument za skutecznością systemu. Zgodnie z ministerialną definicją obejmował jednak osoby, które w ciągu trzech miesięcy od zakończenia aktywizacji podjęły pracę i wykonywały ją przez co najmniej 30 dni.
To znacznie mniej niż trwałe wyjście z bezrobocia. Sam wskaźnik nie odpowiada też na najważniejsze pytanie: ile z tych osób znalazłoby zatrudnienie bez programu?
Chciałbym wiedzieć, kto pracuje po pół roku i po roku, za jakie pieniądze oraz czy wsparcie faktycznie poprawiło jego sytuację. Bez takiej oceny łatwo zarówno ogłosić sukces urzędów, jak i uznać wszystkie wydatki za zmarnowane. Żaden z tych wniosków nie wynika automatycznie z podanych liczb.
Ubezpieczenie zdrowotne bezrobotnego nie zastąpi pomocy w zatrudnieniu
Rejestracja jako bezrobotny jest również podstawą objęcia ubezpieczeniem zdrowotnym. Nie jest przy tym jedyną drogą uzyskania prawa do leczenia. Warto natomiast wiedzieć, kiedy prawo do NFZ wygasa.
Jeżeli jednak ktoś potrzebuje urzędu przede wszystkim ze względu na dostęp do lekarza, obsługa jego rejestracji niewiele mówi o skuteczności pośrednictwa. Moim zdaniem warto rozważyć oddzielenie tych funkcji. Zabezpieczenie zdrowotne ma własne uzasadnienie, a pomoc w znalezieniu pracy powinniśmy rozliczać z jej efektów.
Jednocześnie miejmy na uwadze to, że nie każdy potrzebuje tego samego wsparcia. Początkującemu specjaliście może brakować doświadczenia, osobie wracającej po wieloletniej przerwie – aktualnych uprawnień, a komuś innemu np. możliwości dojazdu do pracy.
Agencja zatrudnienia zamiast urzędu? Ustawa już na to pozwala
Nie musimy się posiłkować skostniałymi urzędami – to już dobrze wiemy. O dziwo czasami nawet nie trzeba rewolucji prawnej, aby iść tą drogą. Mamy gotowe furtki. Artykuł 197 ustawy o rynku pracy i służbach zatrudnienia pozwala staroście zawierać z agencją zatrudnienia umowę dotyczącą doprowadzenia skierowanego bezrobotnego do zatrudnienia. Celem jest więc wprost zatrudnienie bezrobotnego, a nie samo przekazanie mu ofert.
Oczywiście zmiana szyldu z państwowego na prywatny nie oznacza jeszcze, że coś jest skuteczne. Warto jednak w takim przypadku porównywać koszty i trwałość uzyskiwanych rezultatów – jednocześnie biorąc pod uwagę sytuację osób, które korzystają z pomocy.
Czas zgasić światło w powiatowym urzędzie pracy
Skoro oferty pracy są w sieci, ubezpieczenie zdrowotne można nadać w ZUS-ie bez pieczątki bezrobotnego, a skuteczną aktywizację lepiej przeprowadzi wyspecjalizowana agencja – to po co właściwie utrzymywać powiatowe molochy?
Urząd pracy w obecnym kształcie nie rozwiązuje problemów rynku, bo sam jest problemem – i to kosztownym. Państwo nie potrzebuje tysięcy urzędniczych biurek, by pomóc człowiekowi w zmianie branży czy dojeździe do pracy. Potrzebuje wyłącznie mądrze wydawać środki tam, gdzie liczy się trwały i zauważalny rezultat. Dopóki tego nie zrozumiemy, będziemy przepalać miliardy na instytucję, do której chyba nikt z własnej woli i tak nie chce iść.










