Młode Polki wybierają psieci. I kotki. I szynszyle, i papugi, i chomiki. Wybierają je świadomie, odpowiedzialnie i z pełnym przekonaniem, że to jest ich rodzina. Nie „zastępcza", nie „tymczasowa", nie „na rozgrzewkę przed prawdziwym macierzyństwem". Po prostu – rodzina.
Demografowie płaczą, weterynarze zacierają ręce
Statystyki są bezlitosne. Współczynnik dzietności w Polsce należy do najniższych w Europie. Równocześnie rynek zoologiczny rośnie w tempie, które mogłoby przyprawić o zawrót głowy niejednego analityka. Polacy wydają na swoje zwierzęta miliardy złotych rocznie – na karmę premium, na zabawki, na ubranko na zimę i na wizyty u behawiorysty, bo Puszek stresuje się w sylwestra.
I nie, to nie jest fanaberia. To jest racjonalny wybór pokolenia, które dorasta w świecie, gdzie wynajem kawalerki pochłania połowę pensji, umowa o pracę bywa luksusem, a benefity pracownicze w ofertach zatrudnienia zaczynają się i kończą na karcie Multisport. Pokolenia, które doskonale rozumie, że na dziecko trzeba sobie pozwolić – emocjonalnie, finansowo, czasowo. Na psa? Na psa też trzeba sobie pozwolić, ale próg wejścia jest niższy. A miłość przecież równie bezwarunkowa.
Pies to nie rzecz, ale prawo tak go traktuje
Polskie prawo jest w tej materii nieco schizofreniczne. Z jednej strony ustawa o ochronie zwierząt deklaruje, że zwierzę nie jest rzeczą. Z drugiej – w praktyce traktuje się je dokładnie jak rzecz, którą można kupić, sprzedać, a nawet zająć w toku egzekucji komorniczej. Kiedy para się rozstaje i walczy o „opiekę" nad wspólnym pupilem, sprawa ma charakter czysto majątkowy. Nie ma czeoś takiego jak prawo do kontaktów z psem czy alimenty na kota lub psa w rozumieniu kodeksu rodzinnego, choć temat wraca jak bumerang przy każdym głośnym rozwodzie influencerki z Instagrama.
To rozdwojenie jaźni doskonale oddaje miejsce, w jakim jest cała nasza kultura. Emocjonalnie zwierzę jest członkiem rodziny. Prawnie i biznesowo jest zaś produktem, wydatkiem, kategorią w budżecie domowym. I właśnie dlatego tak zdumiewające jest to, że największe firmy z branży prywatnej opieki zdrowotnej kompletnie ignorują ten segment rynku.
Medicover, LuxMed – halo, jest tam kto?
Pakiet prywatnej opieki medycznej jest dziś standardowym elementem oferty pracy. Ponad połowa pracowników wskazuje go jako najważniejszy benefit pozapłacowy. Firmy płacą za Medicover, LuxMed czy PZU Zdrowie, żeby pracownik mógł szybko dostać się do lekarza, zrobić badania bez kolejki i nie martwić się o zdrowie swojej rodziny.
Tyle że „rodzina" w rozumieniu tych pakietów to małżonek, partner życiowy i dzieci. Ewentualnie rodzice. Nikt nie pomyślał o tym, że dla rosnącej grupy Polaków – zwłaszcza młodych kobiet, ale nie tylko – rodziną jest też labrador o imieniu Baryłka albo kotka Figa.
A teraz policzmy. Wizyta u weterynarza specjalisty to wydatek rzędu 150–300 złotych. USG brzucha psa – 200 złotych. Operacja usunięcia ciała obcego z żołądka – od 2000 w górę. Leczenie przewlekłej choroby nerek u kota potrafi kosztować kilkaset złotych miesięcznie. Każdy opiekun zwierzęcia zna ten moment, kiedy patrzy na rachunek z kliniki weterynaryjnej i myśli: „gdybym miał na to abonament…".
Rynek czeka na pierwszego odważnego
Wyobraźmy sobie pakiet, który za dodatkowe 50–80 złotych miesięcznie daje dostęp do sieci klinik weterynaryjnych. Profilaktyczne badania krwi dwa razy w roku, podstawowe szczepienia, konsultacje telemedyczne z weterynarzem o drugiej w nocy, kiedy pies zjadł czekoladę, i zniżki na zabiegi specjalistyczne. Można to nazwać „Medicover Vet", „LuxMed dla Pupila" albo jakkolwiek inaczej – nazwa nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że pierwszy gracz, który wejdzie na ten rynek z poważną ofertą, zgarnię fortunę.
Takie coś trafia w potężny trend społeczny, odpowiada na realną potrzebę finansową. Wreszcie, buduje lojalność pracowniczą w sposób, jakiego żadna karta Multisport nie zapewni. Pracownik, któremu firma zapewniła opiekę zdrowotną dla ukochanego psa, nie odejdzie tak łatwo. To jest benefit, który naprawdę przywiązuje. Dosłownie i w przenośni.
Co więcej, koszty benefitów pracowniczych można wrzucić w koszty uzyskania przychodu – dla pracodawcy to nie musi być aż tak duży wydatek, jak mogłoby się wydawać. Przy odpowiedniej strukturze współfinansowania pracownik i pracodawca dzielą się kosztem, a fiskus nie dokłada się do rachunku.
To nie jest żart, to jest zmiana cywilizacyjna
Ktoś powie: Lewandowski przesadzacie. Pies to pies, nie dziecko. I będzie miał rację – w sensie biologicznym. Ale w sensie emocjonalnym, społecznym, ekonomicznym – granica się zaciera. Rząd sam to dostrzega, skoro planuje utworzenie Krajowego Rejestru Oznakowanych Psów i Kotów, który ma być czymś w rodzaju zwierzęcego PESEL-u. Legislacja powoli zaczyna nadążać za rzeczywistością, w której pies nie jest już po prostu „burkiem na łańcuchu", ale pełnoprawnym domownikiem ze swoim łóżkiem, dietą i harmonogramem wizyt u specjalistów.
Trwają prace nad nową ustawą o ochronie zwierząt, która wprowadza obowiązkowe czipowanie i kastrację niehodowlanych psów i kotów. Państwo coraz poważniej traktuje kwestię zwierząt domowych. Tymczasem prywatny biznes medyczny stoi w miejscu i udaje, że problem nie istnieje.
Czekamy na pierwszy abonament weterynaryjny w dużych sieciach medycznych
Być może za kilka lat będziemy się śmiać z tego, że kiedyś nikt nie wpadł na tak oczywisty pomysł. Tak jak dziś śmiejemy się z czasów, kiedy pakiet medyczny w pracy był luksusem, a nie standardem. Rynek prywatnej opieki weterynaryjnej w modelu abonamentowym jest dziewiczym terytorium – przynajmniej jeśli chodzi o dużych graczy z infrastrukturą porównywalną do sieci Medicover czy LuxMed.
A potrzeba jest realna jak rachunek za chemioterapię psa, realna jak dwugodzinne oczekiwanie na SOR weterynaryjny w sobotę wieczorem, realna jak obowiązek zapewnienia zwierzęciu odpowiedniej opieki, który nakłada na właścicieli polskie prawo.
Młode Polki wybrały. Wybrały futerko zamiast śpioszków, karmę zamiast mleka modyfikowanego, weterynarza zamiast pediatry. Nie dlatego, że nie lubią dzieci. Dlatego, że świat, w którym żyją, sprawił, że to zwierzę okazało się bardziej osiągalną formą miłości. I byłoby miło, gdyby ktoś w końcu to zauważył – nie po to, żeby oceniać, ale po to, żeby odpowiedzieć na tę potrzebę.
Medicover, LuxMed, PZU Zdrowie – piłka jest po waszej stronie. Pierwszy, który ją odbije, wygra coś więcej niż nowy segment rynku. Wygra zaufanie pokolenia, które już dawno przestało czekać na to, aż ktoś je zrozumie.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj