1. Bezprawnik -
  2. Transport -
  3. Za brakujące 20 groszy groziło mi ponad 500 zł kary. Ta historia wróciła po 16 latach

Za brakujące 20 groszy groziło mi ponad 500 zł kary. Ta historia wróciła po 16 latach

Historia 15-letniej Mai z Żywca przypomniała mi własną sprzed kilkunastu lat. Przez pomyłkę skasowałem bilet tańszy o zaledwie 20 groszy. Najpierw dostałem mandat, a kilka miesięcy później przyszło do mnie wezwanie do zapłaty na ponad 500 zł. Wszystko przez jeden błąd i… pomyłkę w systemie.

Brakujące 30 groszy i mandat na 353 zł

O historii 15-letniej Mai wie już cały kraj. Przez pomyłkę nastolatka kupiła w aplikacji mobilnej zły bilet, który był tańszy o całe 30 groszy. Ta pomyłka i brakujące 30 gr kosztują ją teraz 353 zł, bo podczas kontroli biletów Maja została ukarana właśnie takim mandatem. A przecież nikt o zdrowych zmysłach nie uważa, że celowo próbowała oszukać system, płacąc kilka złotych za bilet i oszczędzając „aż” 30 groszy. Sam dawno temu przeżyłem podobną sytuację.

Dwa bilety w portfelu i jeden zły kasownik

Za czasów studenckich, pod koniec maja lub na początku czerwca, czekały nas zajęcia terenowe. W sobotni poranek jechałem autobusem MZK z rodzinnego Bielska-Białej do Czechowic-Dziedzic, gdzie czekał już na mnie kolega z samochodem. Stamtąd mieliśmy razem ruszyć na zajęcia. Nic nie wskazywało na to, że ta krótka podróż skończy się taką „przygodą”.

Przed wyjazdem miałem w portfelu dwa zwykłe bilety miejskie. Wiedziałem jednak, że opuszczam granice miasta, więc w kiosku Ruchu obok przystanku dokupiłem jeszcze dwa droższe bilety (różnica wynosiła tylko 20 groszy), uprawniające do przejazdu do Czechowic-Dziedzic. Były to czasy sprzed aplikacji mobilnych, a zakup biletów w komunikacji miejskiej odbywał się jeszcze tradycyjnie w kioskach, choć dziś można to zrobić także w autobusie.

Za 20 groszy 100 zł mandatu – i to 16, może 17 lat temu

Autobus przyjechał zgodnie z rozkładem, a cała podróż miała potrwać około 20 minut. Dopiero na przedostatnim przystanku, już na terenie Czechowic-Dziedzic, kierowca MZK dość niespodziewanie rozpoczął kontrolę biletów. Wtedy zorientowałem się, że przez pomyłkę skasowałem niewłaściwy bilet.

Od razu pokazałem drugi, właściwy bilet i wyjaśniłem, że zwyczajnie się pomyliłem. Chciałem go skasować, ale kierowca był nieugięty. Tłumaczyłem, że MZK nic na tym nie traci – skoro teraz skasowałem bilet tańszy o 20 groszy, to przy kolejnym przejeździe miejskim wykorzystam droższy, więc ostatecznie przewoźnik i tak wyjdzie na swoje. Był to zresztą jedyny raz w życiu, gdy jechałem tą linią do Czechowic-Dziedzic. Pech chciał, że właśnie wtedy trafiła się kontrola, a ja pomyliłem bilety.

Reklamacja w biurze MZK i „niech się pan nie przejmuje”

Argumenty nic jednak nie dały, choć nałożenie kary przez kontrolera nie w każdej sytuacji jest zasadne. Kierowca wystawił mi mandat w wysokości 100 zł. Po weekendzie udałem się do siedziby bielskiego MZK, gdzie złożyłem wyjaśnienia. Dziś wiem dokładnie, jak odwołać się od mandatu za brak biletu w autobusie lub pociągu, wtedy po prostu poszedłem tłumaczyć się osobiście. Powiedziałem nawet, że w drodze do ich biura skasowałem o 20 gr droższy bilet, który miał być odbity w sobotę. Miła pani tylko się zaśmiała i powiedziała, że sprawa jest anulowana i żebym „niczym się nie przejmował”.

Kilka miesięcy spokoju, a kara pięć razy wyższa

Od tego czasu minął niecały rok, gdy nagle otrzymałem tajemnicze awizo z Katowic. Po przeczytaniu treści listu byłem przekonany, że doszło do jakiejś pomyłki.

Było to wezwanie do zapłaty zaległej kary za brak odpowiedniego biletu MZK. Wynosiła ona już jednak nie 100, lecz ponad 500 zł z odsetkami i innymi opłatami. Doskonale pokazuje to, co grozi za jazdę bez biletu — nawet wtedy, gdy ważny bilet naprawdę się miało. Zszokowany udałem się następnego dnia kolejny raz do biura MZK z reklamacją. Na miejscu okazało się, że „doszło do pomyłki” i że „pół roku wcześniej koleżanka zapomniała mnie odhaczyć w systemie”.

Ostatecznie miałem zapłacić nie 100, nie ponad 500, lecz tylko 10 zł opłaty (nie pamiętam już dokładnie, z jakiego tytułu, ale oczywiście się zgodziłem). Przeproszono mnie za kłopot, a dla pewności poprosiłem jeszcze o dowód na piśmie, że nie zalegam z żadnymi opłatami.

Pisemne potwierdzenie reklamacji chroni przed długiem sprzed lat

Ta historia nauczyła mnie jednego. W przypadku reklamacji warto zawsze prosić o pisemne potwierdzenie zakończenia sprawy. Gdybym nie wrócił wtedy do siedziby MZK, być może do dziś musiałbym udowadniać, że nie zalegam z żadnymi opłatami, a przez głupie 20 gr narobiłbym sobie długów — tym bardziej że przedawnienie nie kasuje długu automatycznie. Mam nadzieję, że sprawa Mai zakończy się podobnie i zwycięży zdrowy rozsądek.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover