- Bezprawnik -
- Firma -
- Mam nadzieję, że prezydent zawetuje zmiany w podatku dochodowym. Ale z innego powodu niż wszyscy
Mam nadzieję, że prezydent zawetuje zmiany w podatku dochodowym. Ale z innego powodu niż wszyscy
Reforma podatkowa rządu Donalda Tuska spotkała się z surową krytyką ze strony środowisk biznesowych. Chodzi o de facto podwyższenie podatków ryczałtowcom oraz spółkom. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nie podoba mi się usilne forsowanie skali podatkowej przez kolejne rządy.
Zmiany w podatku dochodowym: biznes ma zapłacić za obniżkę PIT
Rząd postanowił wreszcie spełnić obietnicę zwiększenia drugiego progu na skali podatkowej do 150 tys. zł. Tak jakby. Przypomnijmy: wzrośnie on do 130 tys. zł, powyżej której nasz dochód będzie opodatkowany stawką 24%. Wprowadzony zostanie też trzeci próg podatkowy wynoszący 150 tys. zł. Powyżej będziemy płacić po staremu stawkę 32%.
Szacunki nie pozostawiają złudzeń. Osoby rozliczające się na zasadach ogólnych – nie tylko pracownicy, ale także przedsiębiorcy, którzy wybrali tę formę opodatkowania – zyskają rocznie do 3600 zł. Korzyść ta może się podwoić w skrajnie korzystnym scenariuszu w przypadku małżeństw rozliczających się wspólnie.
Propozycja zmian w podatku dochodowym spotkała się z surową krytyką ze strony nie tylko polityków opozycji, ale także środowisk biznesowych. Dlaczego, skoro teoretycznie zyskują wszyscy? Powodem jest drugi koniec metaforycznego kija. Przy rekordowym deficycie budżetowym ktoś musi za spełnienie tej obietnicy zapłacić. Padło na ryczałtowców oraz duże spółki.
Na obniżkę skali podatkowej potrzeba ok. 10 mld zł rocznie
Sam krytykowałem już na Bezprawniku zmniejszenie rocznego limitu uprawniającego do korzystania z ryczałtu z powrotem z 2 mln euro do 250 tys. euro. Nie podobał mi się także pomysł wprowadzenia kolejnej stawki CIT dla podmiotów osiągających roczne przychody przekraczające 50 mln euro oraz dla podatkowych grup kapitałowych.
Nie ma się co oszukiwać: mamy do czynienia z najzwyklejszą w świecie podwyżką podatków dla firm. Swoje niechętne zdanie do tych konkretnych propozycji jak najbardziej podtrzymuję. Uderzenie w nie pod kątem samej chęci zwiększania obciążeń podatkowych to ze wszech miar uzasadniony powód krytyki.
Im dłużej jednak myślę o przygotowywanych zmianach w podatku dochodowym, tym więcej dostrzegam ich wad. Konsekwencje podniesienia podatków ryczałtowcom i dużym spółkom nie sprowadzają się przecież wyłącznie do kwot, które Ministerstwo Finansów wraz z premierem chcieliby z nich wycisnąć.
Trzeci próg podatkowy, czyli licytacja z Polskim Ładem
Od kilku lat możemy zaobserwować dość niepokojącą tendencję. Obniżka podatku dochodowego dla osób fizycznych byłaby już trzecią w ostatnich latach. Najpierw podstawową stawkę PIT zmniejszono z 18 do 17%. Prawdziwa rewolucja przyszła w 2022 r. dzięki Polskiemu Ładowi. Wprowadzono prawdziwą kwotę wolną od podatku wynoszącą 30 tys. zł i obniżono pierwszą stawkę z 17 do 12%.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że podatkowe obietnice obecnego rządu wynikają wyłącznie z przemożnej chęci „dania więcej” niż Mateusz Morawiecki i ówczesny PiS. Stąd wzięła się niezrealizowana obietnica kwoty wolnej od podatku 60 tys. zł zamiast obecnych 30 tys. zł oraz chęć zwaloryzowania drugiego progu podatkowego.
Każda zmiana jedynej formy opodatkowania dostępnej osobom fizycznym przy okazji wywraca do góry nogami relacje pomiędzy trzema formami, spośród których mogą wybierać przedsiębiorcy. Trzema, bo wraz z Polskim Ładem rząd likwiduje kartę podatkową.
Czy ryczałtowcy wybiorą skalę podatkową zamiast podatku liniowego?
Nie da się ukryć, że politykom obecnej koalicji opłacalność ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych uwiera. Woleliby ewidentnie, aby przedsiębiorcy wybierali skalę podatkową. Powód jest prosty: zarabiają więcej, a więc większa część ich dochodów w końcu wpadnie w drugi – teraz już trzeci – próg podatkowy. Tym samym do fiskusa trafi więcej pieniędzy.
Opisany przed chwilą mechanizm nie jest żadną teorią spiskową. Rządzący sami przyznali, że zmiany w ryczałcie oraz w CIT mają sfinansować obniżenie podatku dochodowego na zasadach ogólnych. Problem w tym, że to wcale nie musi tak zadziałać. Przedsiębiorcy tracący nagle dostęp do ryczałtu mogą oczywiście wybrać skalę podatkową i stawki 24 oraz 32%. Równie dobrze mogą przejść na podatek liniowy i ograniczyć swoje straty do opodatkowania całego dochodu stawką 19%.
Obniżka podatków a rozłożony w czasie wzrost cen towarów i usług
Dlaczego więc tak bardzo zirytowała mnie zmiana, która wcale nie musi zadziałać tak, jak to sobie rządzący wymyślili? Po części właśnie dlatego. Podniesienie podatku firmom nie oznacza automatycznie, że przedsiębiorcy wszystkie straty przerzucą na swoich klientów, ale tylko skończony naiwniak sądziłby, że ten proces nie wystąpi w dłuższym okresie, gdy koszty prowadzenia działalności znowu się skumulują.
Warto w tym momencie wspomnieć, że spodziewane 3600 zł korzyści podatkowych może zostać skutecznie zniwelowane przez rozłożony w czasie wzrost cen i kosztów życia. Stare powiedzonko „Nie cieszcie się osły, że wam pensje wzrosły, ja ceny podwoję i wyjdę na swoje” sprawdzało się w socjalizmie, sprawdzi się także w kapitalizmie.
Zmiany w ryczałcie uderzą w mikroprzedsiębiorców
Kolejny problem jest taki, że zmiany w ryczałcie nie uderzają w duże czy średnie firmy ani nawet w małe przedsiębiorstwa. Pokrzywdzonymi będą mikroprzedsiębiorcy. Jeżeli jakiś polityk postanowiłby się kłócić z tym stwierdzeniem, to odsyłam go do definicji legalnych z art. 7 ust. 1 pkt 1) ustawy Prawo przedsiębiorców:
Mikroprzedsiębiorca kończy się na 2 milionach, a nie na 250 tysiącach euro. Rozsądek podpowiada więc, by miał on dostęp do jedynej dostępnej formy możliwie prostego rozliczania dochodu. Tak się składa, że jest nią właśnie ryczałt od przychodów ewidencjonowanych.
Wyższa stawka CIT dla dużych spółek również nie prowadzi do niczego dobrego
W przypadku wprowadzenia podwyższonej stawki CIT dla dużych spółek skupiłbym się na bardzo zbliżonym aspekcie sprawy. Są przedsiębiorstwa, które państwo powinno szczególnie wspierać – stąd choćby preferencje dla małych podatników. Pierwszym skojarzeniem będą oczywiście najmniejsze jednoosobowe działalności gospodarcze. W przypadku spółek sprawy mają się nieco inaczej.
Firmy osiągające ponad 50 mln euro rocznych przychodów z punktu widzenia ustawy Prawo przedsiębiorców będą już dużymi przedsiębiorcami. Wciąż mamy jednak do czynienia z polskimi firmami będącymi kołem zamachowym naszej gospodarki.
Nowa stawka CIT to nie podatek dla globalnych korporacji, ale cios w rodzime polskie firmy
Owszem, jej trzonem według dostępnych danych są małe i średnie firmy, które odpowiadają za ok. 46,6% naszego PKB. Równocześnie jednak to duże spółki stanowią katalizator innowacji, chętniej zatrudniają pracowników i pozwalają zarobić mniejszym firmom. W przeciwieństwie do ogromnych koncernów, nie ma wielkiego ryzyka, że dana marka zostanie nagle sprzedana jakiemuś podmiotowi zagranicznemu.
Ktoś złośliwy mógłby też dodać, że globalne korporacje i tak skutecznie unikają płacenia CIT w Polsce, więc głównym poszkodowanym będą przede wszystkim właśnie rodzime przedsiębiorstwa.
Zamiast łupić duże polskie firmy, państwo powinno je wspierać. Na pewno zaś kolejna porcja przedwyborczej podatkowej kiełbasy nie jest warta szkód, które wyrządzi gospodarce.










