Czy Francji grozi wojna domowa?

Zagranica dołącz do dyskusji (1524) 28.04.2021
Czy Francji grozi wojna domowa?

Szymon Pękala

Być może niektórzy pamiętają atmosferę lat 2015 i 2016 po najbardziej krwawych zamachach terrorystycznych tego okresu i w trakcie przeżywającego wtedy szczyt kryzysu migracyjnego.

Miejscem najbardziej krwawych ataków była oczywiście Francja, gdzie w niektórych przypadkach islamiści zostawiali ponad setkę zabitych i kilkuset rannych. Co w połączeniu z niekontrolowaną falą nielegalnej imigracji z krajów islamskich rodziło coraz bardziej wzburzone nastroje społeczne. Można było w tym czasie natrafić co jakiś czas na opinie ekspertów uspokajających, że pomimo napięć i problemów Francji nie grozi wojna domowa. Warto jednak zauważyć, że już samo istnienie takich uspokojeń nie świadczyło o sytuacji najlepiej. Jeśli istnieje konieczność wyjaśniania ludziom, że póki co nie będzie wewnątrznarodowego konfliktu, to oznacza to że jego groźba opuściła już sferę fantazji i weszła do grona scenariuszy możliwych do rozważenia, choćby były mało realne.

Temat powrócił w latach 2018 i  2019 przy okazji antyrządowych protestów żółtych kamizelek, które potrafiły przeradzać się w zamieszki, dewastacje i wdzieranie się do budynków rządowych. Ostatecznie w wyniku których zginęło dziesięć osób, a rannych zostało w sumie ponad tysiąc protestujących i policjantów. Zwracano wtedy uwagę, że Francja jest bardzo silnie podzielona, głównie między ludzi z wielkich miast a mieszkańców prowincji, żyjących często kompletnie innymi problemami i prezentujących bardzo różne cele i wartości. W 2019 wyszło na jaw, że pół roku wcześniej ówczesny minister spraw wewnętrznych, Gérard Collomb ostrzegał w prywatnej rozmowie przed możliwością wybuchu wojny domowej, łącząc ten temat ponownie z problemami migracyjnymi. 

Dziś kwestia ta ponownie powraca, w kontekście opublikowanego w kwietniu na portalu Place d’Armes “apelu o obronę patriotyzmu” podpisanego przez nie będących w służbie czynnej 20 generałów, ponad stu wyższych oficerów i około tysiąca innych wojskowych. Żołnierze ostrzegają w nim, że kraj jest na granicy rozkładu z powodu islamizmu oraz wzywają prezydenta i rząd do obrony Francji przed tym zagrożeniem. Uprzedzają też że brak działań ze strony władz grozi wybuchem wojny domowej, do której jak stwierdzają może zostać włączone wojsko z misją „ochrony wartości cywilizacyjnych i obrony rodaków”. Co także istotne wojskowi wyrażają też gotowość do “poparcia polityków gotowych do ratowania narodu”.

Dla kontekstu warto wspomnieć, że we Francji w samym tylko 2020 r. doszło do 9 zamachów islamskich fanatyków w których zginęło łącznie 7 osób a kilkanaście zostało rannych. Można by pomyśleć, że w skali wielomilionowego narodu to względnie niewiele, ale dla ludzi których kraju to dotyka tworzy to poczucie regularności. Co kilka tygodni dostajesz informację o kolejnych motywowanych nienawiścią zabójstwach lub usiłowaniach. Za każdym razem wychodzących z tego samego środowiska.

Wspomniany apel wojskowych spotkał się oczywiście ze skrajnie różnymi reakcjami. Od gorącego poparcia liderki nacjonalistów Marine Le Pen, do lewicowych polityków mówiących o “wzywaniu do zamachu stanu” i nawołujących do ścigania autorów publikacji i tych którzy ją rozpowszechniają. Warto zwrócić tutaj uwagę, że dokładnie za rok odbędą się we Francji kolejne wybory prezydenckie i należy brać pod uwagę, że apel wojskowych może być po prostu elementem politycznej gry i wstępem do ruszającej niebawem kampanii wyborczej. 

Wszystko to rozgrywa się w świetle przetaczających się przez Francję kolejnych protestów. W ostatni weekend pod wieżą Eiffela tysiące ludzi wyrażały tym razem sprzeciw wobec wyrokowi sądu najwyższego, który zdecydował by nie osadzać w więzieniu 27-letniego muzułmanina, Kobili Traore, który w 2017 r. zamordował swoją sąsiadkę pochodzenia żydowskiego. Torturował on ją przez godzinę cytując wersety Koranu, a następnie wyrzucił przez okno. Sąd uznał, że był on niepoczytalny, bo wcześniej palił duże ilości haszyszu i skierował go pod opiekę psychiatryczną.

Patrząc na to wszystko należy przede wszystkim zwrócić uwagę na pewien widoczny trend. Na przestrzeni ostatnich lat kolejne przypadki podnoszenia tematu wojny domowej we Francji są coraz głośniejsze i wypowiadane coraz bardziej otwarcie. To oczywiście jeszcze nie znaczy, że ona nastąpi, ani nawet że jest ona prawdopodobna. Oznacza to natomiast że powoli temat ten normalizuje się w tamtejszej przestrzeni publicznej. Wizja konfliktu wewnątrz kraju staje się po prostu kolejną rzeczą, o której się mówi. Utrzymywanie i pogłębianie się takiego stanu może doprowadzić do tego, że Francuzi zwyczajnie przywykną do tego, że jest to jeden z potencjalnych scenariuszy na przyszłość.

W kraju od lat toczonym napięciami wewnętrznymi i okresowymi wybuchami wzburzenia społecznego, a także mającego widoczny problem z radykalnym islamem oraz może to tworzyć sytuację wysoce niestabilną. Co dokładnie się stanie gdy w takich realiach dokonany zostanie kolejny zamach z setką ofiar albo rząd podejmie kolejne decyzje wypychające tysiące wściekłych ludzi na ulice? Tego oczywiście ostatecznie nie wiadomo. Prawdopodobnie można jednak zaryzykować stwierdzenie, że nawet jeśli realna szansa na wybuch wojny domowej we Francji nadal jest względnie mała, to powoli, ale jednak cały czas rośnie.